SPECJALNE - Ranking

100 Polskich Płyt 2000-2009

7 listopada 2010



020Afro Kolektyw
Płyta Pilśniowa
[2001, T1-Teraz]

Nie no, ale zaraz, co ja mam napisać o tej płycie? Nie mam umiejętności writerskich Oli, poczucia humoru Kacpra czy pomysłów Jędrasa. Nie potrafię opowiadać jak Janek i doznawać jak Rysiu, bo jestem, co tu dużo mówić, stuletnim dziadem. Nawet nie gram z Jaxem w jednym zespole, ani nie wiem, co naprawdę dzieje się z Nestorem. Zresztą, wszystko, co mógłbym wymyślić, a nawet więcej, opublikował już kiedyś Kuba Ambrożewski na łamach innego portalu. "Żeby sprzedać się najlepiej, widzicie sami, że musiałbym leżeć w sklepie ze śmiesznymi rzeczami", więc zamilknę już. Każdy słyszał najpoważniejszy polski album dekady, prawda? –Krzysztof Michalak


019Ścianka
Pan Planeta
[2006, Ampersand]

Pan Planeta to ostatni długograj Ścianki do tej pory, a może i w ogóle. Twór zamykający pewną epokę, chciało by się rzec. To taka łatwa i przyjemna, bo samotłumacząca się, interpretacja wziąwszy pod uwagę schyłkowy charakter tej płyty. Mylna zresztą. W momencie wydania tej płyty było już dawno posprzątane. Nie mam tutaj na myśli jakiegoś wyświechtanego "Ścianka skończyła się na Kill 'Em All". Muzyka zasadniczo nie kończy się ani się nie zaczyna, a przynajmniej nie w tym sensie. Kończą się jej odbiorcy i szerzej pewien kontekst w którym funkcjonuje muzyka. W 2006 roku Ścianka była TĄ Ścianką, czyli zasadniczo zupełnie nie tą Ścianką, co dajmy na to płytę wcześniej. Jeśli szukać symbolicznej zmiany epok i dekadencji to należy zwrócić się właśnie ku "płycie wcześniej" z roku pańskiego 2002 – rocznika, nomen omen i w ogóle nie bez kozery, tegoż samego co debiut CKOD.

Mówię o tym wszystkim dlatego, że ja nie bardzo radzę sobie z płytą Pan Planeta. Ta płyta jakoś zawsze mi nie pasowała, co jest niechybnym objawem tego, że ja do tej płyty nie pasuję. Potrafię delektować się Ścianką w kontekście "polski zespół alternatywny z lat dziewięćdziesiątych/względnie bardzo wczesnych 2000". Ścianka 2006 jest już dla mnie dziwną zjawą, gościem z zaświatów, głównie dlatego, że brak mi elementarnego pojęcia co to tak na prawdę JEST "polski zespół alternatywny z lat dziewięćdziesiątych/względnie bardzo wczesnych 2000". Jest to żywotnym przykładem tego z jaką łatwością przeszliśmy do porządku dziennego nad zjawiskiem lat dziewięćdziesiątych w polskiej kulturze popularnej. Jak zupełnie bez sensu przenieśmy pewne wyobrażenia i pojęcia. Jak traktujemy je za niezmienniki mimo, że punkt odniesienia, na którym oprzeć winniśmy intelektualną dźwignię uległ kilometrowemu przesunięciu. Dlatego uważam, że bez fundamentalnego wyjaśnienia sobie "co to kurwa jest Ścianka i skąd to się tutaj wzięło" nie ma za bardzo sensu pisać "czym kurwa jest Ścianka i co to tutaj robi". –Paweł Nowotarski


018Pezet-Noon
Muzyka Klasyczna
[2002, T1-Teraz]

Dokonania tego duetu to triumf rapu w wydaniu tight, z konkretnym, repetytywnym, atrakcyjnym bitem i zasuwającego po nim równo jak po szynach Pezetem. Układanka pasuje – Pezet, najbardziej rasowy, obok Smarkiego i Tedego, polski raper, jest wiarygodny i zajmujący w tym swoim poszukiwaniu równowagi między życiową refleksją, a imprezowymi przechwałkami (odwrotnie niż naiwny Eldo z "przemyśleniem" na poziomie późnego technikum). Podkłady Noona pełnią tu rolę bezwzględnie dyscyplinującą – ich konkret sprawia, że kawałki nie mają szans odpłynąć, zachłysnąć się i utonąć w jakichś wątpliwych samplach orkiestrowych i mdłych sześciominutowych metanawijkach. Idealny background dla unikalnego monotonno-śpiewnego flowu Pezeta Tutaj też, w znacznie większym stopniu niż na Płomieniach, Pezet korzysta ze swojego wielkiego atutu – wielobarwnego słownika, obejmującego szerokie spektrum podwórkowego slangu, do którego sięga swobodnie i umiejętnie. Absolutną kwintesencję Muzyki Klasycznej stanowi spotkanie dwóch podwórkowych plejes, Mesa i Pezeta, narzekających na zepsucie moralne wśród najmłodszych reprezentantek płci pięknej. Razem z popisem Noona to najbardziej bossowskie kilka minut w polskim hip-hopie. Can't fake this. –Michał Zagroba


017Jurgen Kaczówka
Nawąchawszy (EP)
[2005, Salami]

Jurgen Kaczówka, piwo i karkówka! Kanary zajebały mi starych! Rymuje się nam, jesteśmy zajebiści! Czy ktoś na tym łez padole miał więcej panczy, które weszły do obiegu tych pięćdziesięciu trzech osób które to przeczytają? Dziwaczna EP-ka Jurgena i przyjaciół jest jak De La Soul Is Dead wobec 3 Feet High and Rising – nieliczni uważają ją za swoją ulubioną, ale są to ci, którzy naprawdę mocno siedzą w tym gównie. Zosia Dąbrowska pisała magisterkę zdaje się właśnie z koncepcji gier językowych, i jestem przekonana, że bez znajomości Nawąchawszy byłaby to praca bez porównania gorsza. Zresztą nawet jeśli się gardzi bądź nie zajmuje filozofią analityczną, płyta warta jest wykucia na pamięć. Z prostego powodu – znając Jurgena znasz odpowiedz na każdą zaczepkę. –Aleksandra Graczyk


016Flexxip
Fach
[2003, T1-Teraz]

Słowo kluczowe to "rozwaga". Fach jest jedną z najspokojniej płynących, wychillowanych płyt w polskim rapie, na której teksty propagują rozsądek, powściągliwość i skromność. Mes i Emil Blef wiedzieli, że trzeba mieć pieniądze, nie można tylko do nich dążyć po trupach. Nie chcieli, żeby patrzeć na nich jak na gwiazdy – w końcu pisali tylko teksty do bitów. Byli zwykłymi ludźmi, doszli do swojego sukcesu ciężką pracą. Wszystko to do ciepłych, estetycznych, spokojnych, i przy tym zadziwiająco bogatych, bitów. Nawet singiel "Szukam Tego $" (na którym powinni byli zarobić dużo więcej hajsu niż zarobili) jest raczej wymarzonym soundtrackiem do najpóźniejszych godzin imprezy, kiedy wszyscy pokładają się po zadymionym pokoju, niż do baunsu. I cały ten spokój i twarde stąpanie po ziemi, sprawia, że teoria spiskowa "Mam Wiadomość" ("Bóg jest skorumpowany") i poszukiwanie zaginionego kumpla w "Powiedz, Gdzie Jest" uderzają z dużą większą mocą. Blef i Mes nie chcieli być waszymi idolami, oni tylko nagrali album tak bogaty, dopracowany i równy, jak tylko pierwszy legal być może, zgarnęli nagrodę "Ślizgu" za płytę roku i, pewnie wiedząc, że niewiele jeszcze mogą zrobić lepiej, poszli swoimi drogami. –Łukasz Konatowicz


015Dinal
W Strefie Jarania I W Strefie Rymowania
[2006, white label]

Jest się za Pepsi albo za Colą, za Realem albo za Barceloną, wreszcie, za Smarkim albo za Dinalem. I ten ostatni dylemat jest, zdecydowanie, najtrudniejszy do rozwiązania. Gdybym musiał wybierać wskazałbym jednak na ekipę z Opola, której inwencja, luz i polot (ta żonglerka homonimami) nieustannie wprawia mnie w osłupienie. Urbek i Mej robią wspaniałą robotę jako producenci, wszyscy ziomale (z Wankzem na czele) reprezentują solidne flow (co znowu nie zdarza się często), ale clou wszystkiego stanowią nieogarniane teksty Opolan. No błagam, przecież pół tej płyty zdążyło już wejść do słownika mojego i wielu moich znajomych, a wciąż odkrywam coś nowego – drugie dno, kontekst i tak dalej. Poczynając od samego tytułu, Dinal często nawiązuje do innych tuzów hip-hopu ("pieprzę to publicznie jak Nas i Kelis", "Zostawiłem Mój Portfel Na Malince" vs. "I Lost My Wallet In El Segundo") i rodzimego podwórka ("jak wy macie stajla to my cztery wymiary", "i nie zmienia się nic jak u Pei hip-hop") jednak wciąż najlepsze są te żartobliwe opowieści dnia codziennego opatrzone błyskotliwym komentarzem. Top 10 tekstów? A co tam, spróbujmy:

10. "A na pierwszym planie nick Pan Wankz / W lepszym stanie niż Kansas"
9. "Bywa tam, na okładkach Bravo / Ale ciągle jej wybaczam – straszna słabość / Chłopaki mówili PKU / Ale ja się zajebałem w niej na chuj"
8. "Ja jestem sławnym raperem, moje flow jest proste / Pokazuję niewiele jak J Lopez topless"
7. "Czasem gardząc przeciętną szansą / Wiesz, pieprzyć małe szczęścia jak Janson"
6. "Joint wiosną z Urbkiem na schodach / Karol jak John Stockton na lufce asystował"
5. "Nikt nie chciał nas wydać na legalu / Bo nie nalegałem, ani nie grałem chłamu"
4. "Budzę się, a tu zamiast studia studia / Siedzę z tyłu słucham jakiegoś kurwa durnia"
3. "Zawsze wchodzi w to gra pozorów / Choćbyś był niedostępny jak crack w Opolu"
2. "Nie będziemy brali hery i rżnęli Halle Berry na Bali"
1. "Nigdy nie byłem jakiś dobry na wolno / Jestem wolny na dobre nawet bez torby na bongo"

Oj, jesteś Wankz, jesteś. –Jan Błaszczak


014Paktofonika
Kinematografia
[2000, Giant]

Bardzo ciężko jest poruszać temat tego albumu nie popadając przy tym w banał. Kamień milowy, fundament - te budowlane skojarzenia mimowolnie wychylają się przed szereg, ale nie ma się co dziwić, bo mnóstwo w tym prawdy. Poważnie, jak wyglądałaby polska scena bez Kinematografii? Boję się myśleć. Ile tak dobrych płyt powstało w naszej rap-grze? Zapewne niewiele. Największym atutem tego albumu jest fascynujące starcie trzech jakże różnych postaci wchodzących w skład Paktofoniki; na dodatek każdy z trójki MCs zalicza tu bez mała swoje "tour de force". Magik Magikiem – legenda zbudowana wokół tej postaci częściowo mówi sama za siebie, natomiast tu show często kradnie wyrzucający z siebie wersy z prędkością karabinu maszynowego Fokus, a to co wyprawia w "Powierzchniach Tnących" zdumiewa po dziś dzień. Dodatkowo każda z tych wzruszających opowieści została poparta odpowiednio znakomitymi podkładami, przez co mamy tu do czynienia z czymś zupełnie wyjątkowym. As simple as that. –Kacper Bartosiak


013Kobiety
Kobiety
[2000, Biodro]

Nie będę chyba już nigdy przywrócić w stanie odpowiedniego poziomu street credu przez ominięcie tej płyty na liście dekady, ale ja debiut Kobiet dopiero zrozumiałem w lipcu 2010 roku, kiedy wykonałem research do opisu Amnestii i po raz ostatni chciałem dać mu szansę. I potem wpadłem. "Marcello", wszyscy znają "Marcello", pieprzyć "Marcello", nie chodzi tu przez ani gram sekundy (bo czas się waży) o ten utwór, a to co jest potem, kiedy wpada się w stan bez "przed" i żadnych konkretnych planów na później, tylko teraz na slow mo i poziomo i może na rower albo nie i nic, że czytasz już aż trzeci miesiąc Braci Karamazow, bo tak naprawdę to wystarczy wsłuchać się w przyrodniczo-naturalistyczne teksty. Ten cały debiut to skondensowana gęsta wiadomość "nic nie rób, odpoczywaj", "Rzeka jak diament", rozedrgany kwiecień maj, zakręca nóżką dża, a nawet te parszywe smoki co wyłażą, wszystko się nakłada, otacza, prawie lepi i jest prowadzone leniwą kompozycją. Wiem, że to tak na pewno nie było i cały się zespół ostro pracował na ten efekt, ale ja tutaj słyszę w każdym akordzie slackerskie nieśpieszne nie staranie się. Oczywiście jest jeszcze jedna droga interpretacji, kiedy uderza psychodela jak w "Toshiro Pirania" czy jest leciutko bardziej popowo w "Notre Lune", ale ona też jest umoczona w tym stanie. Jeżeli tak jak ja nie zakumałeś jeszcze debiutu Kobiet, to zrób to teraz, zaraz. Odpal sobie trochę czasu, zainwestuj w natychmiastowe oderwanie. –Ryszard Gawroński


012Pezet-Noon
Muzyka Poważna
[2004, Embargo Nagrania]

Wiadomo, że Pezetowi zdarzało się zarówno dużo bardziej niż tu zgrywać kozaka, jak też dużo rozpaczliwiej płakać. Na Poważnej znalazł złoty środek – jesienny, wieczorny, spacer z rapem po mieście, ton refleksyjny, ale pozbawiony nadętości, bo zrównoważony śmieszną "Cepelią", czy żartobliwie-melanżowym "A Mieliśmy Być Poważni", a poza tym i przede wszystkim szczery, wyważony, autentyczny. Liryka o życiu codziennym na osiedlu, ale przez wrażliwość chyba najbardziej "wrażliwego" polskiego rapera (chociaż... pozdro Pih!). Przemijanie, obawa przed jutrem i już nie umiem żyć, już nie umiem nic. Rozkmina dotycząca byłych kumpli, którzy stopniowo odpadają po drodze; picie za błędy, ale i próba mobilizacji – wiemy jak Pezet traktuje rap. Klasyki – "Gubisz Ostrość", "Nie Jestem Dawno", "Szósty Zmysł" (próba singlowej niemal-diagnozy społecznej na tak bardzo niesinglowym bicie). O podkładach Noona nie muszę chyba wspominać, bo mimo, że Pezet (przecież jasne, że najściślejsza czołówka rodzimych emce) jest tu w szczytowej formie, nie jest opinią kontrowersyjną zdanie, że Noon mógłby nagrać tak samo dobry album bez większego problemu także z innym nawijaczem. Noon to w kraju klasyk sam dla siebie, ale to tak bardzo wiadomo, że nudno znowu powtarzać. Niejeden tej płycie dużo zawdzięcza, niejeden przy niej płakał. Narysujcie śliczną laurkę w kolorystyce ciemno-szarej i wklejcie ją zamiast tego tekstu. –Radek Pulkowski


011Kaliber 44
3:44
[2000, SP]

Niespecjalne wrażenie robiła na mnie ta płyta zaraz po wydaniu, kiedy zapoznawałem się z taśmą, na której "Konfrontacje" stanowiły tylko jeden indeks z wielu. Nie poszły w górę jej notowania ok. 2003 roku, kiedy to zapoznawałem się gruntownie z całą dyskografią Kalibra (tak, dopiero), za mało było tu zdziwaczenia z jednej, za mało konkretu z drugiej strony. To dziwaczne, jak bardzo lubię ją dziś, jako stary człowiek, gdy jest to płyta będąca dokładnym przeciwieństwem starości i dojrzewania. Wujek z CNE, którzy na S.P.O.R.C.I.E penetrowali obszary zarezerwowane dla szczególnie upośledzonych, tu wypadają niewiele lepiej i jest to ok. Single to pomniki na własnych prawach, a najbardziej "rapowe" wcielenie Kalibra, ich łabędzi śpiew, pozostaje ciekawą sygnaturą czasów, kiedy wielu z nas zaczynało słuchać rapu, takiego polskiego "golden age". Wybitnie równy symbol, który do dziś zadziwia: nie miałem pojęcia, że za tak dużą część oprawy bitowej odpowiadał Dab, bo kto tam się w 2000 roku martwił takimi rzeczami. I wiecie, te bity są dobre jak... a, nie cierpię tego porównania, jak chcecie to sobie wróćcie. –Łukasz Łachecki


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019