SPECJALNE - Ranking

100 Polskich Płyt 2000-2009

7 listopada 2010





030Something Like Elvis
Cigarette Smoke Phantom
[2002, Post_Post]

Lubimy na Porcysie zmiany na lepsze, a porzucenie przez Something Like Elvis okropnej estetyki z poprzednich płyt na rzecz post-rocka zmieszanego z lekkim posmakiem jazzu z naciskiem na muzykę filmową było chyba najlepszą przemianą poprzedniej dekady w polskiej muzyce. Zamiast kolejnych oczekiwanych hard rockowych, prawie metalowych, jak u jakiegoś System Of A Down, krzyków i riffów zespół w 2002 roku nagle wydał delikatny stymulant wyobraźni, który aż się prosi o grę "a do jakiej sceny w filmie pasowałby kawałek?". Czy "Mastershot" to bardziej dla ciebie narracja do ucieczki przed złoczyńcą czy pościg za nim? "Cardiac" to przejażdżka po mieście nocą jak w "Taxi Driverze" czy może bardziej moment, kiedy bohater innego filmu rozgląda się po opuszczonym mieszkaniu, gdzie ktoś stłukł szklany stolik i zostawił list z groźbami? "Someday, Somewhere…" – wzruszający happy end czy może podkład do smutnego montażu w środku fabuły? A "Phantom"? A "Foam"? W tej strasznej kategorii, jaką jest "muzyka tła", Cigarette Smoke Phantom wygrało w poprzedniej dekadzie 3:0 w polskiej lidze właśnie poprzez dowolność wizualizacji do tego albumu. Serio, puść sobie ten album i powyobrażaj. –Ryszard Gawroński


029Muchy
Galanteria
[2006, white label]

Rzeczywiście, udało nam się wynaleźć sporo dobrej polskiej muzyki datowanej na mijającą dekadę – chwała nam, chwała twórcom! Wic polega jednak na tym, że ilość wspomnianych twórców stanowi może 50% wyselekcjonowanych tu wydawnictw. Strzelam: trzy razy Kobiety, dwa (trzy?) razy Pezet, trzy razy Ścianka, dwa (trzy?) razy Stańko itd. Niby szkoda a z drugiej strony, trudno uwzględnić tylko Kobiety czy Dni Wiatru, pomijając resztę. Oczywiście mechanizm ten działa również w przypadku, kultowej w pewnych kręgach, demówki a ten tekst jest jego bezpośrednim rezultatem. Zaskakujące. Jednak, aby choć przez moment nawiązać do treści, użyję dość plastycznej metafory: jeśli chodzi o amerykańskie indie to ja zawsze byłem przeciw czerwonym kubrakom, ale w takiej interpretacji, to całkiem fajne. –Jan Błaszczak


028Kury
100 Lat Undergroundu
[2001, Biodro]

100 Lat Undergroundu to coś więcej niż wielogatunkowe post scriptum do Polovirusa. To odrębna wartość i pomysł – zbudowany wokół mrocznej, surrealistycznej industrialno-trip-hopowej parodii, z takimi kompozycjami jak wiejące chłodem i grozą, osnute smogiem abstrakcje "TPSA" i "2001", i najgorszym technicznie rapem w dziejach autorstwa samego Tymona, jednocześnie podającego ‘some of the best verses Polish rappers ever seen' – jadowita hip-hopowa publicystyka o syfnej rzeczywistości, wykpiona i doprowadzona do perfekcji i granic śmieszności zarazem. Zaangażowany tekst antyklerykalnego manifestu "Wypuście Ryśka Matuszewskiego" (jak się później okazało wynik pomyłki – wprowadzony w błąd Tymon wsparł groźnego psychola Mohana, guru sekty Himawanti) to od początku do końca klasyk – szczery, a zarazem samoporadioujący się protest-song! Jeżące włosy na głowie "Och, Tato" nawiązuje do najbardziej obrazoburczych, perwersyjnych, plugawych (wszetecznych, zdrożnych, zboczonych…) epizodów kabaretowego Tymona, znanego z niektórych występów Users (mocny gig w CSW, tam zdaje się też chodziło o kazirodcze gwałty – zabawne, ale mocno niesmaczne!) i bodajże Masła. Paradoksu dopełnia umieszczenie obok siebie śmiesznie-obleśnego "Wypierz Mi Bieliznę", z epileptycznym podkładem, i poruszającej, wybitnie oryginalnej pod każdym względem, sentymentalnej, leniwej ballady o jazzujących harmoniach, "Fin De Siecle". I co to do cholery są te neutriny? –Michał Zagroba


027Marcin Wasilewski Trio
January
[2008, ECM]

Trio Wasilewskiego miało za sobą współpracę z najważniejszymi jazzmanami świata w okresie, w którym średnia wieku w zespole wynosiła około 30 lat (a współpracę ze Stańką rozpoczęli, gdy lider miał ich 18). Przyspieszony kurs jazzowego dorastania na płycie January, szczytowym jak na razie osiągnięciu zespołu nazywanego już od dawna niesłusznie "sekcją Stańki", przybrał formę wręcz monumentalną, w porównaniu z jeszcze dość rozedrganym debiutem w barwach ECM. Notabene, jak głosi plotka, szef tej wytwórni namówił zespół na zmianę nazwy z Simple Acoustic Trio dlatego, że już nie było "simple". Zrozum jazzmanów. Tak czy inaczej, ten zestaw wysublimowanych perełek, brzmiących jak przystało na "stajnię" niesamowicie przestrzennie, jakby struny kontrabasu wychodziły Ci z ucha, gdzie każdy szum miotełki na werblu jest wręcz namacalny, to dla mnie kwintesencja muzyki wysmakowanej, nawet jeśli brzmi to jak wyznanie mieszczańskiego grubasa. Nieistotne, czy grupa bierze na warsztat Prince'a i "Diamonds And Pearls" (tytuł idealnie podsumowujący zawartość albumu), czy temat z "Cinema Paradiso", czy kłania się swojemu mentorowi w zgrzytliwej (kontrabas!) "Balladynie". Pięknie na tym delikatnym albumie kontrastuje choćby rozpędzający się "King Korn", a niemal dziesięciominutowy "The Cat" olśniewa mnogością zmian tempa i motywów. Spuentowałbym to krótkim "piękna płyta", ale nawet "poziom światowy" nie oddawałby istoty sprawy. –Łukasz Łachecki


026TenTypMes
Alkopoligamia: Zapiski Typa
[2005, T1-Teraz]

Wizerunek artystyczny Mesa wydaje się nie mieć luk, jego kreacja dziwkarza imprezowicza, któremu nie oprze się żadna sztuka zgadza się w każdym detalu. Niemniej gdyby gość nie był przy tym cholernie utalentowanym typem, to jego wizerunek podzieliłby u mnie los otwarcia ''Gin & Juice''. Człowiek, który odkrył dla Polski g-funk właśnie na tej płycie ugruntował swoją pozycję w rapgrze. Po świetnym, szczeniackim Fachu Flexxipa Szmidt nagrał materiał dojrzalszy, lirycznie ogarniający trochę mroczniejsze aspekty życia, już nie tylko najby, przelotne romanse, seksualne ekscesy, ale także strach, zdrady czy ocieranie się o śmierć. Na szczęście wrodzony luz Mesa, niepodrabialne flow i błyskotliwość skojarzeń ''Stąpasz po cienkim lodzie, dobrze o tym wiem / Ale to ciekawsze niż joga i słuchanie R.E.M.'', ''Zaraz... / Byliśmy przy pierwszych pchnięciach / Już prawie odleciała / Mieszkam w chuj od Okęcia'' rozładowują nieco ciężkawą atmosferę wynikającą z podjętej tematyki.

Muzycznie u Szmidta mamy do czynienia z zachodnim wybrzeżem pełną gębą, choć nie obyło się i bez syntetycznych patentów Emade w closerze jak i wariacji na temat Neptunes w imprezowym wymiataczu autorstwa projektu Stereotyp, dzięki to któremu na Alkopoligamii nierzadko obcujemy z ''żywymi bębnami, gitarami lepszymi niż Jimmy Hendrix"; sax i trąbka też goszczą. Ta druga daje o sobie znać zwłaszcza w być może najciekawszej na albumie ''Zdradzie''.

Tak właśnie prezentuje się jeden z największych polskich rap klasyków. Zapiski mimo incydentalnych spadków napięcia wciąż błyszczą jak szmaragd. Ktoś kiedyś na łamach Porcys stwierdził, że Mes to taki prawie Pezet – ''idź tam zobacz czy nie ma Cię gdzieś za drzwiami''. Lepiej zaopatrzcie się czym prędzej w Alkopoligamię i wyrzućcie klucz. –Wojciech Sawicki


025Obrońcy Hardkoru
Epikurejski Cytoblast Ulicy
[2004, Salami]

Jezu, jesteście taką bandą frajerów, jeśli nie lubicie tej płyty. Przynajmniej Obrońcy Hardkoru muszą tak myśleć. Przynajmniej mogliby to mieć w jakimś tekście. Wiecie przecież, że oni nie rapują tych wszystkich rzeczy na serio: że jak ktoś was będzie bił, to może będą właśnie oni, że ruchają laski w krzakach, że wciągają w chuj koksu, że kochają Meza. To wszystko żarty. Prawda, bando frajerów?

Tak, niewiele z tego co wyszło z ust tych kolesi – koślawego "gangstera" Błażeja, dzieciaka z obsesją analną Terminatora i szkolnego pimpa Jurgena Kaczówki – oraz ich rozmaitych ziomków, należy traktować serio. Tak, to jest pastisz rapu – w ogóle i tego krajowego. Ale Obrońcy Hardkoru to NIE są przaśne żarty, dla niewtajemniczonej publiki. To nie Kabarety z TVP. To nie Grupa Operacyjna. Epikurejski Cytoblast Ulicy jest dla ludzi, którzy słuchają hip – hopu. Począwszy od oczywistego cytowania Nasa, przez wszystkie namechecki, po wykrzywianiee samych form i konwencji (track o życiu na projektach, track o waleniu konia, diss, track okulturzee hip-hop, track imprezowy, całość jako DUŻY album pełen gości i zmierzający we wszystkich kierunkach) album obrońców jest dziełem ludzi, których świadomość gatunku może wiązać się jedynie z miłością do niego. Nie zrozumcie mnie źle, wiele fragmentów rozbawi każdego, kogo śmieszy sranie, dymanie i nieporadność. Znając "Party Up" DMX-a, jesteście jedynie na kompletnie innym poziomie interpretacji tego dzieła, fascynująco nihilistycznego w warstwie dźwiękowej i zwyczajnie szalonego w tekstowej. A pomijając już walory satyryczne – "Oguryn.org" to najlepszy imprezowy jam nagrany kiedykolwiek. –Łukasz Konatowicz


024Ścianka
Białe Wakacje
[2002, Sissy]

Białe Wakacje promowały dwa teledyski, nakręcone przez Bo Matina do utworu tytułowego i "Harfy Traw". Pierwszy z nich, z zespołem jadącym zdezelowanym kabrioletem, emanuje niepokojącą perwersją i napięciem, zestawionymi z apatią. Konkretyzuje pozbawiony tekstu kawałek i dodatkowo nasyca go emocjonalnie w trzech prowadzonych symultanicznie, zazębiających się narracjach – rzeczonej trasy, schadzki i podwórkowego meczu piłkarskiego, który przeradza się w bójkę. Zupełnie inna jest "Harfa Traw" – to wideo dosyć abstrakcyjne, ilustrujące jedynie na zasadzie odległych asocjacji. Komputerowa animacja połączona z rozmytymi ujęciami ulic i postaci ludzkich akcentuje oniryczną stronę piosenki, unikając jakichkolwiek opowieści, a zamiast nich tworząc wizyjne impresje. Pamiętam, że chociaż miałem swoją kopię tego albumu Ścianki, potrafiłem godzinami oglądać polską Vivę i wyczekiwać jakiegoś z tych teledysków, które o dziwo były w ich stałej playliście. Być może właśnie wtedy zacząłem świadomie słuchać komercyjnego popu. –Krzysztof Michalak


023Afro Kolektyw
Połącz Kropki
[2008, Polskie Radio]

Trzeci studyjny albumów Afrosów nie spotkał się z tak ciepłym przyjęciem jak dwa poprzednie co LEKKO mnie dziwi. Lekko, bo to przyjęcie nie było znowu jakieś totalnie z dupy, na szczęście nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzecza, że Połącz to dobra płyta, ale skala przymiotników używana do opisania tego wydawnictwa niezupełnie koreluje z moimi osobistymi odczuciami. Bo poważnie, co tu niby nie domaga? Produkcja – śmiem twierdzić, że najlepsza w ich historii, goście – ciekawi, teksty – jak zwykle gorzkie i fascynujące, więc do dziś boli mnie pominięcie tego albumu w porcysowej liście roku. Jasne, jestem w stanie zrozumieć tych, którym brakuje tu metafizyki goszczącej tak często na Czarno Widzę, ale nie zmienia to faktu, że Połącz Kropki to kolejne interesujące stadium rozwoju Afro Kolektywu, bo grupa na przestrzeni ostatnich kilku lat stała się czymś na kształt zespołu środka. Sami pewnie znacie wiele osób, które twierdzą, że hip hop to w ogóle nie ich muzyka, ale jednocześnie oddają Afrojaxxowi co Afrojaxxowe. I niech takich osób przybywa, bo odrobina wygrubaszenia nikomu jeszcze nie zaszkodziła a mało kto zasłużył sobie na popularność w takim stopniu jak Afro Kolektyw właśnie. –Kacper Bartosiak


022Skalpel
Skalpel
[2004, Ninja Tune]

Odkrywanie zapomnianych płyt na nowo to pewnie najbardziej absorbująca czynność związana z tym całym podsumowaniem. "Nie no, Skalpel musi być", ale okazało się, że w głowie mam przede wszystkim zbiór wyblakłych etykietek z hasłami takimi jak "międzynarodowy sukces", "kreatywne cięcia", czy "Ninja Tune". Powrót do debiutu duetu był więc jak drugi pierwszy raz i myślę, że z większym bagażem muzycznego doświadczenia, z wybitnymi, ale i przelotnymi fascynacjami i rozczarowaniami, dopiero teraz nadażyła się okazja, by właściwie docenić jakie wszystko jest tutaj trafione. Stosunkowo rzadko się zdarza, by album, którego przestałem kiedyś słuchać, po pewnym okresie czasu zachwycał mnie bardziej, tak bym mógł go odczytywać w odniesieniu do właśnie tych płyt, artystów, metod aranżacji i kompozycji, które teraz wybieram jako swoje ulubione. A co może być fajniejszego od miksu, który posiada wciągającą narrację w uporządkowanej i dojrzałej kompozycji, zbudowanej na bazie oszczędnie i starannie pociętych i porozmieszczanych sampli, potraktowanych rzekomo bezceremonialnie (dla oryginałów), a jednak przecież z wielkim szacunkiem dla źródła (podkreślone przez Borysa w recenzji wspaniałe brzmienie nie hip-hopowych, a jazzowych bębnów), zachwycającej wielowarstwowością i wyrafinowaniem? Dekonstrukcje, rekonstrukcje, kolaże, cokolwiek, ważne, że na końcu jara mnie powstała dobra muzyka w najklasyczniejszym znaczeniu tego określenia, a nie proces jej powstawania. –Kamil Babacz


021Łona
Koniec Żartów
[2001, Asfalt]

Mam nadzieję, że zainteresowany nie obrazi się za ujawnienie sekretu, ale kolega Piotr Piechota na ustnej maturze z polskiego omawiał dobre parę lat temu "Rozmowę". Chyba dostał maksymalną liczbę punktów, ale w ogóle ten utwór – pierwsze przesłuchanie i już wiadomo, że to nie tylko błyskotliwy singiel, ale i narodziny nowej postaci na scenie. Nie wiem czy poza Afrojaxem pojawił się dotąd ktoś, komu równie blisko do ideałów sierpnia, czyli w tym wypadku dokonań Kalibra. A zatem nawijki "oczytanej" i niezwiązanej w żaden sposób z mięśniem tym czy owym (Fisz niby podchodzi, ale jako pół-baba... jednak nie). Niektórym bitom Końca Żartów być może brakuje finezji, zgoda. Ale Łona, który w przeciwieństwie do większości raperów nie czuje spiny by coś udowadniać (bo w ogóle nie czuje żadnej spiny), radzi sobie ze słuchaczem i bez mocarnego wsparcia. Nie zawsze jest on doceniany, ale historia jeszcze osądzi. –Jędrzej Michalak


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019