SPECJALNE - Ranking

100 Polskich Płyt 2000-2009

7 listopada 2010





040Nosowska
Sushi
[2000, Universal]

Czasy, w których byłem fanem Katarzyny Nosowskiej, co obejmowało jej działalność solową i w zespole, wizerunek i teksty, wokal i ekspresję, skończyły się jakoś w gimnazjum. Powiedzmy, że od tego czasu moje preferencje muzyczne, ale też sympatyzowanie z pewnymi sposobami ekspresji i narracji, nieco się zmieniły. Jeżeli mam do czegoś wracać, to praktycznie tylko do Karmy, ale i tak nie zawsze udaje mi się wytrzymać do końca. Nagle się okazuje, że świat się naćpał i Sushi ląduje w trójce moich ulubionych polskich płyt lat zerowych i trzeba się przed sobą przyznać, że pewność z jaką umieściłem tę płytę na danej pozycji, wynika z wrażenia wywołanego wiele lat temu. Odpaliłem sobie album i kiedy usłyszałem powtarzane "Ja przepraszam państwa najmocniej za zgrzytanie zębami", a wcześniej jakieś bzdety o żadnych łzach i żałobach (nadal niby wrażenie robi kontrastujący refren, ale wydaje się to banalnym zabiegiem, skoro nic się w nim właściwie nie dzieje) to zrobiło mi się niedobrze. Niegdyś uwielbiane za zupełnie niepolskie brzmienie "Electrified" zestarzało się okropnie, porządniej wyprodukowanych utworów jest dzisiaj mnóstwo, a przy tym tego typu niezbyt kreatywne refreny pewnie zdarzają się debiutantom. Z kolei sposób melorecytacji zwrotek został pozbawiony uroku przez producenta tej płyty, Andrzeja Smolika, powtarzany bez pomysłu i końca na jego solowych płytach, podobnie zresztą jak same efekty jego pracy producenckiej.

Myślałem już, że czeka mnie porażka, skoro trzy kiedyś uwielbiane utwory, dzisiaj nie tylko nie robią na mnie żadnego wrażenia, a nawet lekko denerwują, ale sytuację uratowała dalsza część albumu – paradoksalnie właśnie ta, która kiedyś robiła na mnie znacznie mniejsze wrażenie. "Rósz" antycypuje dokonania Ramony Rey – nim ta zdecydowała się na mieszanie minimalu i electro z popem, podobne rzeczy zrobiła Nosowska, choć ubierając się w eklektyzm, w którym tak dobrze się prezentuje. Tutaj już ciężko oprzeć się hipnotyzującej linii basu, osiągającą nawet swój funkowy moment, minimalowym przeszkadzajkom, humanizującym całość azjatyckim klawiszom i powtarzanej, nawarstwionej linijce "A co jeżeli kocham inaczej?", tak odległej od pretensjonalnej poezji z początku albumu. Małe przewidywanie przyszłości odbyło się też w tytułowym utworze: niekończąca się nostalgia za 80sami, wręcz balearyczna linia synthów i chyba przede wszystkim zamiłowanie do synkopowego rytmu, osiągające teraz swoje apogeum, ujęte w awangardową mieszankę, w której nawet znalazło się miejsce na jakieś dęciaki. Ciekawe, czy wtedy nazywaliby to trip-hopem. Moda na hałaśliwe i brutalne electro w Polsce dopiero się rozkręci, a to właśnie eurodance'owość i gryzącą się poetyckość "Nix" będą potem naśladowały zespoły skupione wokół sceny electroclashowej. Tylko to Nosowskiej udaje się ta sztuka bez żenady, jaką wywołuje operowanie tego typu kontrastowaniem, w gorszych przypadkach chłopomańskimi skojarzeniami na poziomie Doroty Masłowskiej. Zachwyca mnie kwaśne "Weejte Wel Vogel", które chyba bije większość osiągnięć Bjork w tych tematach, a z pewnością wszystko na ledwie dwa lata młodszym Ray Of Light, z kolei dzisiaj broni się doskonale, płynąc na fali przywracania honoru eurodance'owi i trance'owi od mainstream popowców i dance'owców, po chillwave'owów i zanudzonych sobą indie DJów. "Lubię dobry trance" słyszę coraz częściej, kto też nie przepada za acid house'owym "Overpowered". "Tfu" brzmi jak wyjęte z Extrapopu, o której zajebistości do poczytania w innym miejscu. Koniec płyty równie nieudany, jak go zapamiętałem, ale koniec końców wypuszczam powietrze ze spokojem, bo to naprawdę udana płyta, nawet jeśli zupełnie inna niż ta, która trafiała na trzecią pozycję na liście. –Kamil Babacz


039Monosylabikk
Rocks
[2007, Kitty-Yo]

Chociaż Skalpel jest rzeczywiście wyraźnie lepszy, to jednak porównując media coverage wrocławskiego duetu i Monosylabikk, upierałbym się, że Filipa Kanieckiego traktuje się nieadekwatnie do dokonań. Nasz rodak rówieśnik został ZAMILCZANY PRZEZ SALON, mimo wydania płyty dla Kitty-Yo i ściągnięcia na ficzering zupełnie przyzwoitego rapera zza Atlantyku, może nie pierwszoligowego, ale załóżmy na poziomie kanadyjskiej alternatywy. Niby małe szczęścia, ale krzyczmy, że dochrapaliśmy się zielonogórskiego Prefuse'a, a jeśli nie Prefuse'a to może chociaż Daedelusa czy Dabrye, albo ewentualnie, jeśli też nie, to przynajmniej Machine Druma, i w kwestii osiągnięć na polu instrumental hip-hop wyprzedzamy już Turkmenistan. Mamy tu mieszankę pozytywnego indie hip-hopu w guście Living Legends ("That Coulda Been", "The Stomp" i "Como And Mono"), delikatnie abstrakcyjnych turntablizmów z mocno wyeksponowanymi bębnami – zahaczających o cały wachlarz stylistyk, od twardszego Shadowowego uderzenia "Push", poprzez folk-akustykę Books w "ET", po post-rockowy flavour Four Tet na "Itd End Up On Landbroke Grove". Eksploracje Monosylabikk zawiodły go nawet momentami w kierunku ulotnych, rozmytych nastrojów i wodnych Fenneszowych gitar. –Michał Zagroba


038Plastic
Plastic
[2006, EMI]

Młody adepcie sztuki indie: weź się w garść i zaznacz sobie wyraźnie w zeszycie, że debiut Plastic powinien być twoim sztandarowym zespołem na drodze do zakumania popu. Pop sprawiający frajdę, pop dla wszystkich, ale podbudowany odpowiednimi inspiracjami, syntezatory i słodki głos w słusznej sprawie – to wszystko znalazło się na debiucie Plastic i zgrało się dobrze jak mało kiedy w Polsce. "Feel Me" zachwycało swoim urokiem klawiszy, prostym tekstem, nawet saksofonem na końcu, "Szukam" zwracaniem się ku Reni Jusis, "Superstar" silnie podbitym optymizmem lat osiemdziesiątych, a było jeszcze "Wonderful", nie można było zapomnieć o openerze, o prawie lounge’owym "Nice Girl". Kurde, całość tego albumu składa się na potencjalny punkt odniesienia w polskiej muzyce, dlatego młody adepcie jeszcze raz zaznaczam: poznaj tę płytę bez kręcenia nosem, już, teraz, zaraz, bo mam wrażenie, że wciąż za mało osób ją doceniło. Powinno być inaczej! –Ryszard Gawroński


037Tomasz Stańko
Soul Of Things
[2002, ECM]

Prawdopodobnie sam będę zdziwiony przyglądał się redakcyjnemu głosowi w sprawie "Tomasz Stańko a 00s", dlatego jeśli mam możliwość wyrazić swoją opinię na temat MISTRZA to przyznam, że ta klasyczna niemal suita jest mi najbliższa, a słuchałem jej nie tak zaraz długo po 3:44 (snobizm na jazz i jego ostatnie podrygi w początkach poprzedniej dekady, a z przywołania nie ma się co śmiać, wszak Dab i Stańko skończą 10 lat później promując jeden browar!). Otóż, jako się rzekło, jestem strasznym fanem Simple Acoustic Trio, zwłaszcza z ostatniego okresu, już pod nową nazwą. Odwrotnie wręcz przedstawia się moja ocena ich dokonań w zespole Stańki: dla mnie to "Soul of Things", mimo horrendalnej długości, jest najmniej rozlazłym i monotonnym efektem ich współpracy, tej mieszanki młodości z rutyną, a późniejsze prace trafiają do mnie tylko fragmentami. Brzmi to trochę absurdalnie, zważywszy na charakter nagrania (13 wariacji), ale to tu odnalazł się centymetr przestrzeni między nieco szorstkim tonem Stańki a niezwykle wymuskanym brzmieniem tria. I choć najbardziej wyraziste highlighty tej współpracy trafią się jeszcze później (np. II wariacja na Suspended Night, z zajebistą linią kontrabasu), to uwierzcie mi, że oprócz potrzeby napisania tekstu o jazzie w którym padnie słowo "zajebisty" odczuwam przymilną potrzebę przekazania wam, że Łachecki ma rację, a Soul Of Things to najlepszy Stańko od lat, i najlepszy na lata. –Łukasz Łachecki


036Ramona Rey
2
[2009, Arana]

W kwestii postępów Ramony za pierwszy symptom zmian na lepsze, po budzącym mocno ambiwalentne uczucia self titled debiucie, należy uznać "Lubię Cię" w wersji Ricardo Villalobosa. Wtedy całe przedsięwzięcie jawiło się jako niegroźna, egzotyczna ciekawostka, ale jak się okazało był to początek drogi panny Okońskiej ku minimalowym szczytom. 2 to jedna z najbardziej nowatorskich płyt ostatniego dziesięciolecia na krajowym podwórku – chyba nigdy wcześniej gwiazda utożsamiana z mainstreamowym popem nie wykonała tak ambitnej stylistycznej wolty w tak dobrym stylu. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że wokalistka mimo wszystko do końca nie porzuciła swoich korzeni i bardzo często słuchając tego albumu skojarzenia mimowolnie kierują się chociażby w stronę Loose. Znakiem rozpoznawczym Katarzyny Okońskiej stały się te specyficzne, poszatkowane wokale, które mogą miejscami irytować, ale na tle takich podkładów prezentują się lepiej niż w porządku. Warto też wspomnieć o zmianie w sferze wizerunkowej – to już nie ta Ramona Rey, którą pamiętacie z posiedzeń na desce klozetowej, teraz prędzej zobaczycie ją w okolicach parkietu w mocno dwuznacznych sytuacjach. I taką jej wersję można by łyżkami jeść. –Kacper Bartosiak


035Tomasz Stańko
Suspended Night
[2004, ECM]

Suspended Night to album, który może podobać się zarówno niedzielnym słuchaczom Trójki, stałym czytelnikom Jazz Forum, jak i wszystkim poszukującym w muzyce emocji, świeżości i piękna, czyli m. in. nam tutaj. Ośmieleni chyba sukcesem poprzedniego wydawnictwa, muzycy kwartetu zdecydowali się uwolnić nieco strukturę swoich kompozycji, wciąż eksplorując obszary nastrojowego liryzmu. Późnowieczorność tej muzyki słychać już w otwierającej album balladzie "Song For Sarah", dość nieoczekiwanie "oddanej" pianiście Marcinowi Wasilewskiemu, który buduje ją na jarretowskiej melodii, jakby czekając na włączenie się Stańki. Mistrz oczywiście dorzuca trzy grosze swojej trąbki o davisowsko-marsalisowskim (a moze po prostu stańkowskim?) feelingu, ale już do końca albumu nawet nie próbuje przytłumić młodszych kolegów wirtuozerską wyobraźnią weterana. Dziesięcioczęściowa suita "Suspended Variation" to fascynująca gra zespołowa, w której czuć doskonałe porozumienie i świetnie opracowaną taktykę. Nieco wyciszone, spokojne pizzicato kontrabasisty Sławomira Kurkiewicza świetnie współbrzmi z perkusją Michała Miśkiewicza, który równie często koncentruje się na uzyskaniu odpowiedniej barwy i tekstury, co rytmu. Daje to pole do popisu Wasilewskiemu i Stańce, uzupełniającym się w kreowaniu zwiewnej melancholii, chwilami przeradzającej się w fantazyjną zadziorność. Napięcie nie wynika tu jednak z rywalizacji ani chęci zaimponowania. Mamy raczej do czynienia z całonocnym spotkaniem najbliższych przyjaciół przy karafce wina. Spotkaniem niezwykle udanym. –Krzysztof Michalak


034Lech Janerka
Fiu Fiu
[2002, BMG]

Jako dziecko brałem autora za zespół nazywający się Lechia Nerka. Serio. Co do Fiu Fiu, to nie słucha się tej płyty przesadnie łatwo – stylistycznie jeszcze osadzona w hardzie lat osiemdziesiątych, oferuje jednocześnie wizję życia typową dla Janerki. A zatem emptiness meets loneliness, a w każdym razie dominuje poddawanie "obesranej prawdy" w wątpliwość. Ku rozpaczy optymistów, Janerka dzieląc się swoim światopoglądem robi to zbyt charyzmatycznie, by choćby na kilka godzin nie przyznać mu racji. Gdybym był świetnym księdzem, to niektóre fragmenty tej płyty puszczałbym na licealnych lekcjach religii – może kilka (akurat nie zajętych rysowaniem fallusów w zeszytach) osób zmusiłoby to do refleksji. –Jędrzej Michalak


033Noon
Bleak Output
[2000, dDrecords]

Noon – znany swego czasu najszerzej jako "najlepszy polski producent hiphopowy", współodpowiedzialny za tak kluczowe dokonanie w polskiej historii tej muzyki jak Światła Miasta Grammatika, czy głośną i klasyczną kolaborację z Pezetem – w pierwszej odsłonie solowej. Bleak Output zostało pierwotnie wydane w Holandii i przyznaję, że Noon doprawdy mógł liczyć na gorące przyjęcie na całym świecie, bo materiał tworzący album to poziom światowy i jakkolwiek frajersko to nie brzmi (jak wychwalanie polskich artystów w porównaniu do tuzów światowych) – rzeczywiście wydaje się być z tej samej półki co jakiś DJ Krush czy nawet Shadow, zwłaszcza jeśli nie ten historyczny, debiutancki. Noon słyszy trzaski winyli jak mało kto, kojarzy instrumentalny hiphop z pejzażami Briana Eno i fantastycznie wyłuskanymi samplami ze starych polskich nagrań, a wszystko to przesiąka pod jego rękami niepowtarzalną, miejską, wręcz warszawską melancholią i tęsknotą. Wszystko to będzie charakteryzowało dokonania Noona także na następnych, nie gorszych przecież wydawnictwach – Bleak Output brzmi jednak mimo wszystko najbardziej tradycyjnie hiphopowo, klasycznie, bez aż tak dalekich wycieczek w stronę różnego rodzaju eksperymentów, z mikroskopijnymi samplami i dziwaczną rytmiką na czele. Warto mieć, szczególnie, że dostępna w Polsce edycja specjalna albumu zawiera również smakowite bonusy. Ci co mają – wiedzą. Stłumiony w mieście krzyk. –Radek Pulkowski


032Tede
3H – Hajs, Hajs, Hajs
[2003, Wielkie Joł]

Druga solówka Tedeusza to jego (i w znacznej mierze naszego hip-hopu) White Album. Demonstracyjny eklektyzm podwójnego kompaktu imponuje odwagą i ambicją, pozwalając sobie na self-indulgent wyskoki właściwie w każdy rejon, o jakim gospodarz imprezy tylko zamarzy. Inaczej niż w przypadku debiutu, artysta zaprosił tu do kolaboracji przy konsoli garść szanownych gości (Bartek Królik, Jajo, IGS, O.S.T.R., Ośka, Mario etc.) i wspólnie z nimi zakreślił szalenie rozpiętą mapę stylistyczną, od miękkiego soulu ("Zeszyt Rymów" z Sistars), przez rasowy uliczny "hardkor" ("Hajsu"), bliżej niezidentyfikowany "olskul" ("F.I.O.D.O.R.") jazzowe, pocięte rytmicznie r&b (manifest muzycznej wolności "Przyczajony Hip, Ukryty Hop"), klubowe bangery dla dziewczyn ("Dlaczego"), klubowe bangery dla chłopaków (pijane w trzy dupy zawodzenie w "Pili Gin"), zwiewne mgiełki nieodległe od popowej mikroelektroniki ("Sam Na Sam"), chore, narkotyczne, kwaśne pętle ("One"), romantyczne wieczorne ballady ("Proste"), kubistyczna architektura około-IDM ("Przezioom") czy próby minimalistyczne, około-Neptunesowskie ("Jestem Najgorszy").

Tekstowo, tradycyjnie TDF pokazuje swoje wszystkie – złe i dobre – cechy charakteru, ale co bije w oczy, to nowa sytuacja, do której musi się odnieść, a mianowicie swój status celebryty. Dlatego najbardziej reprezentatywne są te wersy, w których regularnie odgryza się swoim prześladowcom "tak zawiedzionym moją płytą S.P.O.R.T.", stara się uwiarygodnić i legitymizować swoją obecną ("komercyjną") działalność jako naturalną kontynuację WFD i ogólnie przejście od "złotej ery" polskiego rapu do kariery mega-zarobkowej ("Podziemie? / Jakie kurwa podziemie?!"), wreszcie chełpi się, że "mi płacą za popularność". Definiująca linijka pada pod koniec "Supersnajpera", gdzie dawno nie widziana koleżanka ze szkoły mówi mu: "Czytałam z tobą wywiad / Naprawdę fajny / Często tu bywasz? / Może się spotkajmy / Weź telefon do siebie daj mi / Spotkajmy się i powspominajmy, e?", na co po chwili zagadkowej pauzy Jacek ripostuje "co ty jesteś, głupia?!". Przywiązując się do analogii z początku, podobnie jak u Beatlesów drugi dysk nieco odstaje (lol), ale nie bądźmy śmieszni – tak potężna, monumentalna wręcz optyka "albumowa" to u nas totalnie bezprecedensowe umocnienie swojej pozycji na tronie – mimo całego pułku chętnych strącić króla. Ale jak widać w swoich polemikach z krytykantami Tede miał przekonujące argumenty (na przykład osławione "Co, może się mylę, co?!") i dalej było już tylko z górki – przez resztę dekady Graniecki mógł na spokojnie trafiać na okładki pism, do TV i do łóżka Weroniki Rosati. –Borys Dejnarowicz


031Pleq
The Metamorphosis
[2009, U-Cover]

Pleq wydał rok temu świetny album. Nikt nie potrafiłby tak dobrze o nim opowiedzieć, jak sam autor, zatem postanowiłem zadać mu parę pytań:

The Metamorphosis było dużym powiewem świeżości w polskiej elektronice. Jak wyglądała praca nad tym albumem?

Dzięki za miłe słowa. "Powiew świeżości" – nigdy tak o tym nie pomyślałem, ale może rzeczywiście tak było. Po moich pierwszych IDM/Glitch płytkach, postanowiłem zrobić album glitchowo-melanacholijny: wolny, uspokajający i bardzo wrażliwy. Doszedłem do wniosku, że nie obejdzie się to bez wokali, więc zaprosiłem do współpracy Japonkę Chihiro, z którą współtworzyłem utwory "Metamorphosis Pt. 1" i "Metamorphosis Pt. 2", oraz Greczynkę Eleni Adamopoulou, która użyczyła swojego głosu w utworze "Maus".

A czego wtedy słuchałeś? Czy są jacyś muzycy, którymi szczególnie się inspirowałeś?

To dość trudne pytanie. Słucham przeróżnej muzyki, ale nie mam jakichś swoich ideałów muzycznych, na których mógłbym się wzorować. Moim zdaniem to zwyczajnie nie ma sensu, bo wtedy nie tworzysz nic nowatorskiego, tylko odtwarzasz pewne schematy. Nie twierdzę, że robię coś innowacyjnego, ale mam otwarty umysł i nie ograniczam się do jednego stylu muzycznego. Moje granie nazywam Glitch & Melancholy i niech każdy sam zinterpretuje, co może wchodzić w skład tego połączenia. Uwielbiam na przykład japoński noise: Pain Jerk, Massona, Thirdorgan, Monde Bruits, K2, Merzbow. Słuchałem ich naprawdę sporo i sądzę, że brzmienie tej sceny drzemie w każdym moim utworze. Sam nie wiem, czy rzeczywiście tak jest, ale chyba można to usłyszeć gdzieś w tle.

Twoja muzyka jest bardzo nasycona emocjonalnie, ale dość abstrakcyjna, można ją różnie interpretować. Czy chciałeś w niej zawrzeć jakieś narracje, idee? Skąd wziął się tytuł albumu, tytuły poszczególnych utworów?

Nazywanie utworów stanowi dla mnie największy problem. To często wynik fuzji, przypadku, choć z drugiej strony widać precyzyjne połączenie dźwięku ze słowem. Wiesz, to skomplikowany i dość osobisty proces. Czasem nazywam pewien dźwięk, a potem całość rodzi jakiś tytuł, ale każdy z utworów jest tworzony w inny sposób. Tytułowa metamorfoza to natomiast zmiana w moim podejściu do robienia muzyki. Wtedy zdałem sobie sprawę, że chcę tworzyć Glitch & Melancholy, o czym już wspomniałem.

Gdzieś czytałem, że duży wpływ na Twoją twórczość mają studia filozoficzne.

Studia to oczywiście nieodzowny element mojej twórczości. Filozofia pozwala mi płynąć, stale otwiera mnie na nowe dźwięki. Nawet nie sama filozofia, a sposób myślenia, który się z nią wiąże. Wierzę, że dzięki temu tworzę dojrzałą i intelektualną muzykę.

Możesz powiedzieć jeszcze kilka słów o swoich obecnych projektach?

Hehe, jest ich ogrom. Właściwie dzięki The Metamorphosis stałem się rozpoznawalny za granicą i po części też w Polsce, co dało możliwość wielu kolaboracji. Mam już prawie skończoną EP-kę z Anną Rose Carter i album z Phillipem Lamy. Zacząłem pracę z Offtheskym, Pjuskiem, Krzystofem Orlukiem i Lupusem. Niedawno belgijski U-Cover wydał płytę My Life Begins Today, zadedykowaną chorym na stwardnienie rozsiane. Własnie ukazuje się singiel "Good Night", promujący nowe LP, które francuskie Basses Frequences wyda pod koniec października. Grecki label Impulsive Art wypuści niedługo kolejne LP z remiksami, a w mAtter z Japonii ukaże się moje CDr Absorbed By Resonance z dołączonym albumem ze zdjęciami.

To naprawdę dużo. Bardzo się z tego cieszę i czekam z niecierpliwością na Twoje kolejne sukcesy. Dzięki za rozmowę. –Krzysztof Michalak


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019