SPECJALNE - Ranking

100 Polskich Płyt 2000-2009

7 listopada 2010



050Skalpel
Konfusion
[2005, Ninja Tune]

Ten album raczej nie wywołał u nikogo konfuzji ani zdziwienia. Na swoim drugim albumie dla Ninja Tune wrocławski duet zaprezentował sprawną kontynuację stylu, dzięki któremu w 2004 roku przebojem wdarł się na łamy prestiżowych magazynów o muzyce i sklepowe półki na całym świecie. Jeśli tak, to musiało być co najmniej dobrze, na pewno też przyjemnie. Eksplorując dokonania złotej ery krajowego jazzu, tnąc je i sklejając wedle klucza własnej wyobraźni, Igor Pudło i Marcin Cichy stworzyli kolejne wydawnictwo, które niedzielnym słuchaczom towarzyszyło przy porannej albo wieczornej kawie z papierosem, a zapaleńcom spędzało sen z powiek nieoczywistymi źródłami sampli. Wszystkich rodaków natomiast napawało dumą, bo oto polski zespół, pracujący z polskimi winylami, na dobre zadomowił się w legendarnej wytwórni i znów zbierał pochwały. Konfuzję w takiej sytuacji mogło wprowadzić jedynie niespodziewane ucichnięcie doniesień o następnych pracach projektu. –Krzysztof Michalak


049Tomasz Stańko
Lontano
[2006, ECM]

Już chwilę po ukazaniu, Lontano podzieliło krytyków. Niektórzy widzieli w nim symptom zagubienia kwartetu Stańki, zdecydowana większość zaś – kolejny szczebel ewolucji jego soundu. Wszyscy byli jednak zgodni co do jednego – to album inny od swoich poprzedników. Kompozycje uległy jeszcze większemu rozluźnieniu, niż na Suspended Night, przybierając formę mgławicowych quasi-improwizacji, niespiesznie dryfujących w nieznanym kierunku. Wasilewski nie koił już subtelną melodią, a raczej wprowadzał podskórny niepokój licznymi zwrotami i rozedrganymi ozdobnikami. Stańko nadal czarował zmysłową frazą, ale zdarzało mu się też wybuchnąć poszarpaną, free-jazzową solówką. U Kurkiewicza czuć było tłumione napięcie, a u Miśkiewicza wręcz nieskrywaną, często wysuwającą się na pierwszy plan neurozę. Lontano nadal emanowało wieczorną nastrojowością, ale o zupełnie innym kolorycie: zabłąkaną gdzieś w zawiłej przestrzeni, pośród niepojących faktur i harmonii. Czy przez te zabiegi muzyka kwartetu coś straciła? Tak, poniekąd. Czy coś zyskała? Tak, z pewnością. –Krzysztof Michalak


048Tomasz Bednarczyk
Let's Make Better Mistakes Tomorrow
[2009, 12k]

Zimny kompres na czole, markowy klimatyzator, zroszona trawa o poranku, zacieniony pokój. Tak, ten krążek to najlepsze co może ci dać Polska, gdy z nieba leje się skwar. Sofomor Bednarczyka jest za pan brat z heckerowską ontologią, a w jego żyłach leniwie sączy się krew Basińskiego, BJ Nilsena czy tam innego Mathieu. Autor ma smykałkę do tworzenia klarownych elektroakustycznych pejzaży, które należałoby oprawić i powiesić sobie nad łóżkiem. Wszystko to urozmaicone dobiegającymi z oddali postrzępionymi głosami, dzwonkami od nieistniejących rowerów. Na uwagę zasługuje również fakt swoistej dwubiegunowości Let's Make Better Mistakes Tomorrow, tego że po utworze ''The Sketch'' album z jasnych, odprężających barw przechodzi w ciemniejsze, bardziej mroczne odcienie. Upały napierajcie. –Wojciech Sawicki


047Fisz I Emade Jako Tworzywo Sztuczne
F3
[2002, Asfalt]

Trochę się przy okazji F3 mówiło o ekspresji żywego bandu. Wydaje się to odrobinę na wyrost, chociaż przy kilku okazjach rzeczywiście czuć posmak współpracy grupowej. W "Zapomnij" narastające intro przypominające monumentalny wstęp do "Timeless" Goldiego urywa się szybko, ustępując miejsca zamglono-zadymionej, toczącej się w koło pseudo-soulowej balladzie z przygrywającą gdzieś bokiem gitarką i sporadycznymi interwencjami basu. Element żywy jeszcze wyraźniej słychać w "Niedopałkach" – funku a la Tworzywo Sztuczne, znaczy mocno autorskim i chyba przekombinowanym. Inaczej w microhouse'owym "Superfrajerze" – z tą leniwą magmą dźwiękową w podkładzie i głęboko zatopionym, ledwo czytelnym basem jest to rasowy Jelinek, choć fletowe przygrywki próbują nadać kawałkowi bardziej indywidualnego sznytu. Jak kilka innych fragmentów na płycie, utwór ten pewnie lepiej sprawdzałby się jako instrumental, ale Fisza z jego "popisami" ("Jestem taki superfrajer wiesz, tak, aha") po prostu trzeba nauczyć się olewać.

Dobra, bez złośliwości, w "Superfrajerze" te powtarzane frazy, echowane żeńskimi wokalizami, mają akurat sens. Późniejszy laureat Paszportu Polityki wnerwia bardziej w "Dynamicie" ("Ludzie teraz marzą o tym mydle, co zmyje cały ten dynamit / Ja mam dynamit wypełniony miłością"), a solidarnie wraz z nim wnerwia brat, serwując rozwałkowany dub, rozerwany na części i porozrzucany, z zalążkiem plemiennego-klaskającego bitu i falująco-łopoczącym basem. Jakby nie patrzeć ta próba zagospodarowania chaosu i połączenia nieprzystępnych elementów tyleż boli, co frapuje, antycypując nawet trochę dubstepowe klimaty. Równie abstrakcyjnie wygląda miłosna halucynacja "Loff" i orientalne "Polityki" (tam też kolega Fisz odwala niezłe przedszkole: "Byliście na lekcjach demagogii, nie było was na lekcjach myślenia”, seriously dude…).

Podkreślmy, absolutnym bohaterem tej płyty jest Emade, jeżeli założyć, że to on odpowiada za warstwę muzyczną. To wolno kreślone klawiszowe kręgi w "Warszafce" pozwalają odwrócić uwagę od kolejnych wyczynów poetyckich spod znaku "Ja jestem wrażliwiec i gardzę tą całą zakłamaną warszawską socjetą". To przekapitalne instrumentalne zakończenie ze sklejką samplową r'n'b i saksofonem decyduje o wartości tego kawałka, a nie, nośny skądinąd, refren "Warszafka płonie". Głównie za sprawą rewelacyjnych podkładów, F3 jawi się jednym z najbardziej kreatywnych momentów polskiego hip-hopu. –Michał Zagroba


046Pl.otki
Pl.otki
[2007, white label]

Meiner Meinung nach oto gitarowe odkrycie tej listy. Dawno (nigdy?) singlem stręczycielem mojego umysłu nie było college-rockowe napierdalanie "z nad Wisły" ("Stinky Spam"), nie pamiętam też kiedy ostatni raz ryczałem przy balladzie śpiewanej po polsku ("Pies'o'pies"). Wymienione dwa tracki to highlighty tego ledwie półgodzinnego wydawnictwa, ale także i pozostałe jego fragmenty nie ograniczają się jedynie do konkurowania z najzacniejszymi numerami Pustek czy też Maków i Chłopaków. Tu momentami słychać nie tylko Death Cab For Cutie, ale i Unrest, dacie wiarę? Równie sensacyjny jest skład grupy – na wokalu udziela się Natalia Fiedorczuk (która chyba w żadnym innym projekcie nie brzmi tak przekonywająco), a także członkowie... Pidżamy Porno i Sweet Noise. Nie do końca rozumiem, ale słucham. –Jędrzej Michalak


045Drivealone
Thirty Heart Attacks A Day
[2009, Ampersand]







–Wojciech Sawicki


044Band Of Endless Noise
Riders On The Bikes
[2005, Post_Post]

Nie mogę się zdecydować czy to zabawne czy wręcz przeciwnie, ale wydane pięć lat temu Riders On The Bikes deklasuje wszystkie tanie post-rockowe imitacje, które zalewały nas ostatnimi czasy. Zawsze się zastanawiam: dlaczego nikt tego nie wykorzystał? Przecież Raciborzanie dali dobry przykład, więc teraz nic tylko żenić zachodni post-rock z czymś tutejszym, sprawiając, by ten, nadmiernie eksploatowany, gatunek tchnął wreszcie czymś nowym, intrygującym. Takie zespoły rzadko są na topie, zazwyczaj się o nich trochę zapomina, niemniej jednak (a może "tym bardziej") dobra to nowina, że The Band Of Endless Noise znowu coś nagrywa i być może niedługo będzie okazja, aby sobie o nim przypomnieć. –Jan Błaszczak


043Kings Of Caramel
Kings Of Caramel
[2008, My Shit In Your Coffee]

Denerwuje mnie status muzyków Ścianki na czele z Maciejem Cieślakiem. Jasne, że dokonaniami zespół zdecydowanie na niego zasłużył, sądzę jednak, że w kraju jakim jest Polska, zostanie właściwie żywą i aktywną legendą, z racji braku konkurencji w podobnej dyscyplinie i kategorii wagowej, skazuje na artystyczną wolność szybko i najpewniej przeradzającą się w marazm, poczucie bezpieczeństwa na swoim stołku. Trochę tak to wygląda: Ścianka nagrywa limitowane albumy, Cieślak występuje z Nathalie and the Loners… Jasne, że nie muszą się starać i spinać, nie ma zagrożenia, ale niedosyt jednak pozostaje. Sąd mój znajduje jednak miejsce dla jaskrawego, znaczącego wyjątku – w przypadku Kings Of Caramel z braku twórczego ciśnienia powstał materiał autentycznie śliczny. Niewymuszoność przeszła tym razem raczej w błogość niż w lenistwo czy nadmierną pewność siebie, a owa błogość prostą drogę miała do delikatnie nadrealistycznego, na pograniczu snu i jawy, klimatu. Idealna baśń dla dzieci, ukazująca im w kolorowej, miłej formie archetypowe emocje na nie czekające i mechanizmy tymi emocjami rządzące. Mam tu na myśli także to, że album wbrew obiegowej opinii nie jest tylko i wyłącznie przestrzennie wyprodukowaną, oniryczną sielanką. Jako dowód niech posłużą choćby niepokojący "The Scar" czy przewartościowanie błogości na rzecz wyłaniającego się ze wspomnianych przestrzeni kilkuinstrumentowego zgiełku w "This Tree" lub przynajmniej pianinowego free w "My Height". –Radek Pulkowski


042Tymon & Transistors
Wesele
[2004, Sony BMG]

Kiedy poznawałem Wesele, co odbywało się mocno dużo czasu po premierze, nie byłem świadomy tego co znajdę na tej płycie. Słyszałem tylko ploty, że z Transistorsami to Tymon Tymański jest prosty i piosenkowy, tak jak zawsze chciał. Włączyłem "Wieś jak malowanie" i totalnie oburzyłem się! Jakie tam melodie, ta muzyka cała krzyczała "Polovirus 2003, my Kury powracamy, hej"! Potem naszedł refren i wszystko stało się jasne: Tymon spryciarz zmiesza znaną już kpinę z najlepszymi hookami jakie tylko wyczai. Zmniejszył poziomu eklektyzmu, pozbył się ciągłych muzycznych żartów w stylu disco polo z jazzową klawiszową wstawką, a potem postawił generalnie na Beatles i grypsy jak z Polovirusa. W ten sposób humor Tymona były w stanie zakumać nawet całe masy półgłówków ("Lubię, "Cellulitis"), fani wiadomego zespołu mogli doznać inspiracji ("Mówisz Mi"!), a tęskniący za parodiami gatunkowymi zadowolić się celnymi atakami ("Ewakuacja Watykanu", "Sztuczne szanty"). Młodsze pokolenie dostało swoje kpiny, starsze ładne post scriptum. Nawet Adam Małysz miał okazję do uśmiechu. –Ryszard Gawroński


041Skalpel
Sculpture (EP)
[2003, Ninja Tune]

Zapuściłem se Sculpture po raz pierwszy od hooo hoooo i nie jestem w stanie uwierzyć jak świeżo nadal to brzmi. Opener "Break In" przepoczwarza się ze słynnego słuchowiskowego intro a la Kaszpirowski przez równie pamiętne wyładowania smyków aż po transowy, nocny jam. Klejnot w dorobku wrocławskiego duetu "Voice Of Reason" nigdy nie prezentował się bardziej uroczyście i wykwintnie, a z perspektywy siedmiu lat wokaliza Yarah Bravo zdradza podejrzane powinowactwo z freakami ze stajni Anticon. Wyważona, opanowana, zen-like (heh) pętla tytułowa relaksuje jak gorąca kąpiel z olejkami zapachowymi. Deszczowy pejzaż "Ninjazz" dopełnia mistyki. Dwa bonusowe tracki, dostępne w polskiej wersji razem z (mistrzowymi) didełoklipami eksplorują inne strony wrażliwości obu panów – "Tension" jest mocniej rozedrgane, frenetyczne, a – "Enviromental Sounds" – stricte filmowe. Lecz treść zawsze góruje u nich nad perfekcyjnym opanowaniem stylu. Tak, to ta EP-ka została wyprzedana "na pniu" w londyńskich sklepach. Żaden inny krajowy "akt" nie mógł się w 00s poszczycić tak oszałamiającym sukcesem, jak edycja w Ninja Tune i sensacyjna premiera na Wyspach. Zawsze gdy przypominam sobie ten fakt, to oddycham z ulgą – jak dobrze, że to właśnie oni – bo mało kto na to bardziej zasłużył. –Borys Dejnarowicz


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019