SPECJALNE - Ranking

100 Polskich Płyt 2000-2009

7 listopada 2010



060Tomasz Stańko
Dark Eyes
[2009, ECM]

Gros melodii Dark Eyes nieodparcie kojarzy mi się z melancholijnymi tematami rodem z dramatów w wersji wyrafinowano-davisowsko-skandynawskiej, więc trudno się przy tym nastroju nie rozpłynąć. Soundtrackowy charakter krążka przejawia się tu we wszystkim – przeciągłych zawodzeniach trąbki, niespiesznym snuciu opowieści, nocnych ilustracjach i unoszącym się w niektórych utworach, lekko nerwowym nastroju grozy wprowadzanym przez rozedrgane gitary i "napięte" partie perkusji. Nie wspominając o rozległej kinematograficznej przestrzeni, charakterystycznej dla większości produkcji Stańki. I muśnięciach jazzowej kameralistyki, kiedy fortepian melduje się w roli głównej. Spośród wszystkich płyt Stańki z minionej dekady, ta jest chyba najbardziej przystępna, momentami wręcz hitowa, i najbardziej ewidentnie, bezpretensjonalnie ładna. –Michał Zagroba


059Łona
Nic Dziwnego
[2004, Asfalt]

Jakiś czas temu wracałem po imprezie do chaty. Trzecia w nocy, główna ulica mojej dzielni zupełnie pusta. Ja wychodzę ze sklepu z wodą i fajkami, a z naprzeciwka idzie koleś dwa razy większy ode mnie, coś wkurwiony na twarzy. Podchodzi do mnie na taką odległość, na jaką oni zwykli podchodzić, gdy mają sprawy do załatwienia (czyli zasadniczo niekomfortową), zatrzymuje się. Ja już myślę "Oho, będą problemy", a on zaczyna groźnym tonem: "Słuchaj, ziomuś, co to może znaczyć - jest koleś i na lewej nodze ma pumę, a na prawej adidasa?". Spuszczam wzrok z jego oczu, patrzę się w dół, a on ma na lewej pumę, a na prawej adidasa! Ogłupiałem, zacząłem się śmiać i odpowiedziałem, że nie mam pojęcia, a ten mnie twardo klepnął po plecach, rzucił: "Szacunek ludzi ulicy!" i poszedł dalej.

Szacunek ludzi Porcysa dla Łony, ale to przecież nic dziwnego. –Krzysztof Michalak


058Noon
Gry Studyjne
[2003, Teeto]

Można się spierać, które dokonanie Noona to jego największe osiągnięcie. Gry Studyjne to tylko epka, ale nie da się jej pominąć w tego typu rozważaniach. Wymaga ona co prawda więcej uwagi, nie jest tak przystępna jak Bleak Output czy któraś z Muzyk, ale w zamian oferuje porcję Prefusowej charyzmy. Zresztą co tam Prefuse, nie widzę w czym Noon miałby mu ustępować i ten krążek to tylko kolejne potwierdzenie, że koncentrując się na klimacie, Noon nie zwykł zapominać o treści. –Jędrzej Michalak


0572cztery7
Spaleni Innym Słońcem
[2008, Fonografika]

Chociaż to Łona jest ze Szczecina, to drugi album g-funkowego trio ugruntowuje pozycję Piusa, Mesa i Stasiaka na czele polskich West-Coast'owców. Co prawda Spaleni Innym Słońcem nie wnosi dużo do formuły wyprowadzonej na Funk – Dla Smaku, ale wciąż ten leniwy i tradycyjnie rubaszny zestaw piosenek sprawdza się znakomicie – i to nie tylko w sierpniowe popołudnia. Nawet jeśli brakuje mi tu trochę kawałka tak dobrego, jak "Na co ci używki?" (może dlatego, że tym razem zabrakło Praktika), muszę przyznać, że singiel "Nie daj zrobić się w chuj" również dostarczał mi sporo przyjemności. No dobra, być może tej zawstydzającej, ale trudno się było nie uśmiechnąć na konstatację: "po pierwsze nie dla sławy / po drugie chuj wam w dupę". Za to już ewidentny szacunek za oddanie tego co cesarskie F.F.O.D. – bardzo fajny i chyba dość potrzebny (jeśli spojrzeć na rozpoznawalność tamtego składu) gest. Podsumowując, tak długo jak spotykanie się z wesołym tandemem nie będzie odbijało się na jakości solówek Mesa, bez cienia wątpliwości przybijam piątkę dwójce, czwórce i siódemce. –Jan Błaszczak


056Ścianka Quintet
Secret Sister
[2007, My Shit In Your Coffee]

Z pewnością jedna z najmniej przesłuchanych i najboleśniej niedocenionych w powszechnym mniemaniu pozycji w naszej setce. Być może dlatego, że ten napisany w wolnych chwilach na trasie, zarejestrowany w składzie poszerzonym o Tomasza Ziętka (trąbka) i Ireneusza Wojtczaka (saksofon tenorowy, flet), a wydany poza oficjalnym obiegiem (to legendarny numer 0001 w katalogu wtedy fikcyjnej – a dziś już realnej – oficyny pod wdzięczną nazwą My Shit In Your Coffee) materiał trwa zaledwie 23 minuty i jakoś nigdy ta kapryśna wycieczka Macieja Cieślaka w świat jazzu nie została potraktowana z należytym respektem. A może po prostu mało kto ją słyszał (względnie – uważnie przesłuchał?). Wiem, że powtarzanie tego po raz tysięczny jest nudne jak codzienne czekanie na środki komunikacji miejskiej albo stanie w korkach, ale niestety to święta prawda – złotoręki M.C. czego się nie dotknie, to wychodzi mu co najmniej zawodowo, a ja – choć zdaję sobie sprawę, że jestem w tej opinii odosobniony – zaliczam Secret Sister do koronnych atutów w talii artysty. Inaugurujący tę skromną kolekcję temat tytułowy to jeden z najbardziej rasowych riffów Maćka, błyskawicznie skontrowany dętymi wyładowaniami. Dojrzała gracja "Susanne's Theme" rozwiązuje się trochę jak "Luke The Skywalker" (widoczny wspólny mianownik coltrane'owski z czasów modalnych). Pastiszowy "Highway" kluczy harmonicznie "na rauszu", by orbitować wokół ostro dysonansowych, chropowatych spiętrzeń. I nawet teoretycznie pasująca jak pięść do nosa neurotyczna ballada "Jasmin Girl" (nieodległa przecież od "piosenkowej" odnogi Ścianki) się wpasowuje w ten "soundtrack". Tak jak powiadam, słuchajcie sobie dalej "Miast I Nieb" i innych takich – ja znam, fajne – ale wolę zwiewny psycho-swing "The Ball Scene Theme". No i jeszcze ten opis z tyłu okładki – Arkadiusz "Disappearer" Kowalczyk, "ścisła jazzowa czołówka" i "pamiętny wypadek autokarowy pod Rzeszowem". Kultowy przedmiot ta tekturka – kiedyś to pierwsze "tłoczenie" będzie chodziło po zawrotnych cenach na eBayu. –Borys Dejnarowicz


055Feel Funk Or Die
Promillennium
[2001, Blend]

Polski skład hip hopowy nagrywa ponad połowę płyty po angielsku - już sam ten fakt gwarantuje moc wrażeń. No i rzeczywiście, pierwszy odsłuch pozostawia wrażenie, że udało się tu może ze trzy angielskie słowa zarapować bez silnego biało-czerwonego akcentu. Wątek komiczny osiąga apogeum, gdy panowie nawijają zdaje się o "Portorican bitches" - jak rozumiem, stanowią one duży problem we Wrocławiu. W sumie jednak nie do końca się dziwię, że wyobraźnia zaprowadziła Feel Funk Or Die tak daleko - podkłady które wysmażył tutaj duet White House są tak sugestywne, że nie jeden okularnik zwinie podręczniki i powędruje do mamusi. MF Doom (i jego wcielenie jako Viktor Vaughn zwłaszcza), Dan Nakamura czy też Cypress Hill nie powstydziliby się tej momentami perfekcyjnej, futurystycznej paranoi. Płyta sprawia wrażenie, jakby została nagrana trzydzieści lat po ostatnim wschodzie słońca, serio. W dowolnej zatem kolejności: Noon, Kix, White House. –Jędrzej Michalak


054Ortega Cartel
Lavorama
[2009, Sixteen Pads]

Nie lubisz koleś polskiego hip-hopu? Posłuchaj Ortegi Cartel. Typy od czterech płyt i jednej epki tworzą swoje na światowym poziomie w podkładach i na "coś trzeba gadać" podejściu w tekstach. "Tak co krążek Patr00 klepie podkład ja dobijam", "kanadyjska zima, polski jazz", "czy to coś zmienia że wyszliśmy z podziemia napierdalając ciągle na ten sam temat" – można o nich komentarz napisać cytując ich własne tekst poprzez urocze zanurzenie w autotematyzm z podejściem przekonanym o własnej zajebistości niepodważalnej, a podkłady, o kurde, podkłady wymiatają każdy po kolei światowością! Posłuchajcie takiego "Sunshine" - ten kawałek mógłby się pojawić na płycie jakiegoś undergroundowego gościa, co o Polsce słyszał tylko z głupawej wypowiedzi Georga Busha. Kulminacja sytuacji "JEZU CO ZA PODKŁAD" znajduje się pod numerami 9, 10 i 11, gdzie singlowa "To Historia" zachwyca luzem, "Ciągle Tu Jestem" ze Spinache wgryza się najlepszym jazzem na albumie i krótkim "Bananem" zahaczającym o Kalibra 44. I kurde, co ja robię! Tej płyty ni powinno się opisywać wybierając jakieś kawałki, bo się jakiś na pewno pominie i będzie nieuczciwie w stosunku do reszty! Ortega Cartel stworzyła godzinę i dwadzieścia minut materiału, gdzie nie ma słabszych momentów. Jest impreza z Tede, jest relaks, jest retrospekcja z Cypress Hillem w tekście i nawet skity śmieszne są. Jest wszystko czego powinno się oczekiwać od takiej płyty. –Ryszard Gawroński


053Ewa Braun
Stereo
[2002, Post_Post]

Polski odpowiednik Leaves Turn Inside You w tej dekadzie to album budzący pewne kontrowersje. Nikt o zdrowych zmysłach nie kwestionuje postępu, jaki stał się udziałem Ewy Braun w trakcie kilku ostatnich lat ich aktywności, ale kilka elementów na Stereo może budzić mimo wszystko pewną irytację. Partie wokalne są miejscami tak zbędne, że aż uszy bolą i dziwne, że członkowie grupy sami na to nie wpadli. Natomiast pod względem kompozycyjnym jest zdecydowanie lepiej, bo przeważnie mamy do czynienia z hałaśliwym post-rockiem, którego korzeni można szukać w spuściznach (tak!) Unwound czy Tortoise. Z racji tego, że mało kto przecierał takie szlaki w trakcie minionej dekady na krajowym podwórku, to momentami jak najbardziej jest się czym jarać – że wspomnę tylko o kapitalnie narastającym openerze płyty. Później także nie jest źle, ale Stereo to mimo wszystko propozycja raczej tylko dla fanów gatunku. –Kacper Bartosiak


052Surowa Kara Za Grzechy
1984 (demo)
[2003, white label]

Nieco danych technicznych: rok produkcji 2003, made by Jimmy Dean (aka Afrojax) & Skarlett. Religijni ekstremiści mogą wziąć ów niszowy projekt za spełnienie się w końcu zapowiedzi o nadejściu świata sprawiedliwego. Aranże a la kultowa czeska fryzura “krótko z przodu długo z tyłu” dają zaś szansę na podbój rynku chińskiego, jeśli tylko tamtejsze kilka par uszu weźmie omyłkowo SKZG za down-tempowe disco polo. I znowu tylko my będziemy mieli rację. Album duetu to bowiem urzeczywistnienie ludowego porzekadła, iż gdzie Aya Rl z Papa Dance się pieści, tam znikają wszelkie boleści. Celem projektu była chyba przede wszystkim polewka, ale udało się osiągnąć o wiele więcej: tak bardzo im nie zależało, że göttliche Gnade tchnęło piosenkową nieomylność godną najlepszych numerów Adult. Serio, żaden krążek Afro Kolektywu nie oferuje tak bezbłędnych zwrotek i refrenów (higlightem pod tym względem chyba “Kiedy Śnię Swój Mały Sen”), a współczynnik ironii na każde słowo nie odstaje od Hoffmanowej normy (tu pojedynek “Ona Chce Się Wieszać” vs “Kto Pierwszy”, can’t decide). Jeśli głowisz się własnie jak rozwiązać drażliwą kwestię muzyki na weselu, polecam SKZG – znajomi bedą doznawać hooków, a ciocie się nie skapną, że coś tu nie pachnie schabowym. –Jędrzej Michalak


051Kobiety
Pozwól Sobie
[2004, Mandarynka]

Oczywiście, sto płyt to dużo, ale mimo wszystko obecność w tym podsumowaniu całej dyskografii Kobiet, o czymś świadczy. Mianowicie o tym, że nawet jeśli uwielbiamy przemierzać muzyczne ekstrema, to at the end of the day, (przepraszam, ale ten anglicyzm zbyt dobrze tu pasuje, abym mógł sobie darować) lubimy usiąść sobie wygodnie i oddać wspaniałym melodiom. W takich właśnie momentach możemy zawsze liczyć (ekhem) na Kobiety, mające sto tysięcy pomysłów na to jak, nucąc "pa pa pa", wprawić nas w doskonały nastrój. Turnus w krainie czarów. Słodkość, pięknie aranżowanych (wibrafon, dęte – wspaniałość), melodii, którym nawet cukrzyk nie zarzuci nadmiaru lukru. Paleta brzmień zawiera też inne odcienie: bardziej garażowe ("Czarny Prezydent"), nowofalowe ("Pusta Polska"), yassowe – i dobrze! Nic jednak nie poradzę, dla mnie esencją tej płyty są te, zawstydzające Belle & Sebastian, słoneczne piosenki ("Pozwól Sobie", "Doskonale Tracę Czas"), których zapewne mógłbym słuchać godzinami i wciąż byłoby mi mało. Ej, pozwólcie sobie! –Jan Błaszczak


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019