SPECJALNE - Ranking

100 Polskich Płyt 2000-2009

7 listopada 2010





080Sfond Sqnksa
Obawa Przed Potem
[2001, Blend]

W południowej części Wrocławia mieszkał człowiek, który odważył się dać Polsce George'a Clintona. W tym celu powołał do życia projekt o nazwie Sfond Sqnksa, który za rezydencję obrał sobie piwnicę domu pewnego znajomego. Z racji swojego wyglądu miejsce to zaczęto później nazywać White House'em, ale to nie ta opowieść. Otóż, wraz z młodym producentem, debiutującym właśnie za sprawą 2071, ów raper oddał się totalnej improwizacji, która obrodziła szczególnym dziełem. Obawa Przed Potem, bo o niej mowa, płynie. Trochę funkowe, trochę swingowe podkłady podgrzewają atmosferę, w której Roszja (odsłaniamy karty) i wielu okolicznych znajomych (Jot, Siny, Tymon, Dany) opowiadają historie nie z tej planety, bawiąc się przy tym słowem, żonglując skojarzeniami. Po kolei: najpierw niezwykły groove generowany cieplutkim basem; dalej, śpiewane refreny, zostające w pamięci na bardzo długo ("bo może to ty jesteś tą osobą!"); świetne, wyluzowane linijki ("widzisz, mi złość do świata w niczym nie pomogła / nie mam zamiaru spędzać takiej szansy na modłach"); wreszcie, chyba najlepszy polski teledysk jaki widziałem ("Zabawna Zbrodnia"). Pomimo powyższych zalet Obawa Przed Potem rozeszła się w skandalicznie niskim nakładzie i do dziś znana jest dość wąskiemu gronu. Jako, że Sfond Sqnksa może wprowadzić was w stan totalnej euforii, radzę go aplikować wieczorami, w przyjacielskim gronie – niekoniecznie muzycznych erudytów, bo "to nie jest przebój z pojebanych wakacji / tylko funk w najczystszym wydaniu". –Jan Błaszczak


079Eugeniusz Knapik
Trio Na Skrzypce, Klarnet I Fortepian
[2003, Warszawska Jesień]

Nie mogę powiedzieć, żeby Knapik w XXI wieku był jakiś bardzo ożywczym kompozytorem. Swoje najważniejsze kawałki ma już raczej za sobą i Trio należy rozpatrywać może jako niezobowiązującą acz kapitalną repryzę z elementem. Nie bez powodu też nawiązuję w tym miejscu do Lutosławskiego – słychać, że nie byli sobie obcy. Młodszy o ze dwa pokolenia Eugeniusz studiował u Góreckiego i Messiaena, żeby potem stanąć na czele stalowowolskich sentymentalistów, bodaj najbardziej zaangażowanej fali retro w dziejach naszej współczechy. Gdzieś po drodze skrzyżował smyczki (!) z autorem Gier Weneckich, prawdopodobnie nigdy już nie zrywając z fiksacją na temat jego co bardziej romantyzujących tropów.

To rzekłszy, pozwolę sobie na przyznanie temu triu odznaki najmniej narzucających się nawiązań do kameralistyki Szymanowskiego w ciągu ostatnich, powiedzmy, dziesięciu lat. Oczywiście nie polecałbym nikomu romantycznego smęcenia, gdyby nie było naznaczone optyką polskiej rewolty spod znaku wyżej wymienionych gwiazd. Wypadałoby teraz zanalizować nieoczywistość takiego podejścia autora, ale na to już niestety brakuje mi języka, a winę zrzucam na Porcys, który sześć lat temu zrekrutował mnie z internetu zanim zrobiło to "Glissando". W każdym razie na jesienne popołudnia jak znalazł. Jeśli szukacie naprawdę ślicznych dwudziestu minut przebieżki po rodzimym romantyzmie jak mało co reprezentującym postawę zera komercji czy spięcia kołnierzyka, bierzcie go zanim znowu najdzie was chętka na dwunastotonowców. –Mateusz Jędras


078Krakowski / Kosma
Disko
[2002, Gusstaff]

Przez całe dziesięciolecia świadomość muzyczna Polaków była kształtowana przez garstkę ludzi, którzy - co zrozumiałe w obliczu utrudnionego dostępu do zachodnich wydawnictw - usilnie promowali swoje ulubione zespoły, zupełnie marginalizując przy tym całe nurty, które miały niebagatelny wpływ na światową muzykę. Efekty takiego stanu rzeczy są odczuwalne do dzisiaj - chyba wszyscy starsi słuchacze w naszym kraju kojarzą mało istotny zespół Budgie, a młodsi - kuriozalny Archive, za to o Odessey And Oracle czołowy krytyk może powiedzieć, że to album znany tylko nielicznym specjalistom. Disko wyraźnie wyłamuje się z tego "polskiego kanonu", nawiązując chociażby do pionierskiego post-rocka Talk Talk (którzy niestety są u nas rozpoznawalni tylko za sprawą dwóch największych przebojów), avant-popu, brazyliskiej muzyki popularnej czy może nawet jazzującego jammowania z Astral Weeks. Intrygujące aranżacje Krakowskiego i Kosmy, wzbogacone urokliwymi żeńskimi wokalami, choć mogą pozostawiać cień niedosytu, z pewnością są godne zauważenia i docenienia. Zauważamy i doceniamy. –Krzysztof Michalak


077Noon
Pewne Sekwencje (EP)
[2008, Asfalt]

Nie podejrzewałbym Noona o sprawne kompilowanie inspiracji. Gość potrafi powiedzieć w wywiadzie coś o żenująco banalnych piosenkach Beatles i o tym, że jego ulubionym zespołem jest Depeche Mode, a ich płyty wciąż przynoszą zaskakujące pomysły. Można? Można. To jest czasem ciekawe, jak artyzm kończy się na kompilacji szlachetnych źródeł, a jak stwarza się ex nihilo. Ale właściwie, czy prawdopodobnie nie znający Jelinka warszawiak tworzy "Etron" z niczego? Te wszystkie skwierczenia, pomysły nie tak odległe od naszych faworytów, stworzone przez depeszowca – nieźle, nie? Fenomen Noona to nigdy nie był fenomen polskiego Shadowa, gość ma na koncie szereg najbardziej poruszających bitów w historii polskiego rapu, ale na Pewnych Sekwencjach z rdzenia "rapowców" ostało się niewiele. Podobno ta króciutka, niespełna dwudziestominutowa płyta to jedyne utwory, jakie zostały zachowane po zniszczeniu dorobku, jaki powstał w okresie 5 lat od "Gier Studyjnych". Później Noon wycofał się ku masteringowi i innym pracom studyjnym, nie zmienia to jednak faktu, że "przebojowe" "Esiane", surowe (nomen omen) "So/Raw" czy mój ulubiony "Hoken" stanowią godne zwieńczenie wciągającej, solowej dyskografii jednego z najciekawszych polskich producentów ostatnich lat. –Łukasz Łachecki


076Band Of Endless Noise
Band Of Endless Noise
[2002, Antena Krzyku]

Band Of Endless Noise pojawili się z tym albumem na polskiej scenie i od razu nieźle na niej namieszali. Za sprawą gości z Karpat Magicznych, niecodziennego instrumentarium (m.in. drumla, kalimba, tybetańska misa śpiewająca, waltornia), fascynacji muzyką etniczną i kulturą Tybetu, ich s/t emanował egzotyką i tajemniczością. Ani przez moment nie wyczuwało się jednak w tym graniu jakiejkolwiek pretensji czy snobizmu - wszelkie smaczki i eksperymentalne aranże były podporządkowane ciepłemu, eterycznemu songwritingowi. Właśnie w rześkich, delikatnych piosenkach, które chwilami nawet przebijają najlepsze avant-popowe wzorce zza zachodniej granicy, tkwi największy urok wczesnych Band Of Endless Noise. To nimi utarli nosa wszystkim spinającym się na eksperyment rodzimym post-rockowcom i to przez nie prawie niczego nie mogę usłyszeć na zajechanej dziesiątkami odtworzeń kasecie z listkami witaminy C w artworku. Noise is everywhere (but here). –Krzysztof Michalak


075Kasia Stankiewicz
Extrapop
[2003, Sony Music]

Ktoś się kiedyś upomniał o Extrapop przy okazji wszystkich pochwał dla Futrzaków, Plastików, Moskitów oraz innych Ramon Rey i słusznie zrobił. Dziwne, ale nigdy nie było okazji, by powiedzieć, jak bardzo dobra jest to płyta. W 2003 roku stosunek do popu na Porcys określiłbym jako nieufny, a co dopiero do polskiego popu. Zdarzyła się jednak wtedy rzecz niespotykana – znana wokalistka wzięła sprawy w swoje ręce, zerwała z miałkością, z jaką była kojarzona, ale ryzykując wszystko i stawiając na ambitne, oryginalnie zaaranżowane utwory, zachowała jednak ciągłość, wysuwając na pierwszy plan swój delikatny, lekko matowy głos. Wszystko dograł staranny wizerunek i rewelacyjne teledyski, efekt więc był prawie doskonały i nawet parę lekko odstających piosenek nie jest w stanie zachwiać poziomu całości. Potrzeba rehabilitacji tej płyty jest tym większa, że była komercyjną klapą (nadal jestem na tyle naiwny, by wierzyć, że podstawą popu zarówno jako gatunku, jak i pewnej "postawy", są ładne melodie i zupełnie wątpię w Polaków, którzy nie wykupili całego nakładu po tak ładnym, ale i przecież chwytliwym singlu jak "Schyłek Lata") i poza poklepaniem po plecach, przyniosła Stankiewicz więcej problemów niż zasłużonego zachwytu.

A Extrapop jest może odważniejszym albumem, niż jakikolwiek Reni Jusis, która trzymając się tanecznej elektroniki, tylko sporadycznie radziła sobie z próbami bardziej lirycznymi, choć jednocześnie jak większość płyt Jusis, posiada pewien koncept i narrację. Z kolei liryzmem operuje się tu nieco inaczej niż w Polsce, eee, wszędzie. Zarówno tętniące bogactwem nowoczesnej aranżacji i produkcyjnej sprawności, jak i znacznie prostsze, z delikatnym wyrafinowaniem budowane kompozycje, łączy specyficzny klimat – wszystkie są głęboko introwertyczne. Wrażenie to potęguje sposób śpiewania Kasi – kiedy snuje ona swoje emocjonalne, pierwszoosobowe obserwacje, brzmi jakby przez cały czas się lekko uśmiechała, w czym nie da się nie zauroczyć – jak i sposób ich edycji – wielość chórków, ech tworzy wrażenie krystalicznej czystości wokalu i przestrzeni, a zarazem potęguje odczucie wewnętrznego monologu, niezwykle zresztą ciekawego, więc tym bardziej cieszy polski język, który zdominował teksty. Ale o zjawiskowości decydują przede wszystkim zestawienia: złamany liryzmem electro-pop sąsiaduje z delikatnymi, prawie akustycznymi, a za chwilę prawie deep-house'owymi utworami i mimo tego wszystko tworzy przemyślaną całość. Przy czym warto podkreślić, że oto przykład muzyki, która niczego nie naśladuje, a wyróżnia się własnymi pomysłami i stylem. Już przez samo flirtowanie z mainstreamem, pozostawanie w jego obrębie, przy jednoczesnych próbach zastosowania niedominujących w nim tematów, zarówno lirycznych, narracyjnych, jak i kompozycyjnych, jest to jedna z najbardziej oryginalnych popowych płyt, z jakimi się zetknąłem i zdecydowanie nie mówię tu tylko o polskich albumach. –Kamil Babacz


074Kobiety
Amnestia
[2008, Biodro]

Moje polskie listy były pisane przez ten braki zupełnie złej pozycji, ale mam teraz mam szansę zrehabilitować: wybacz totalny debiucie Kobiet, wybacz niesamowite "Pozwól Sobie". Zakumałem was dopiero po listach, a przecież powinniście być w samej czołówce! Teraz przynajmniej prawidłowo kminie, teraz wiem, że Amnestia jest doskonale po środku pomiędzy ich całościowo wymiatającym startem, a sofomorem z dwiema najlepszymi piosenkami w karierze. Nawrocki pomimo komplikacji personalnych (z oryginalnego składu został tylko on) dał radę i stworzył spójnie doskonale szklano-wibrafonową płytę z dużą ilością utworów wybijających się: z dającą nadzieję "Amnestią", chemiczno-miłosnym "Dr Radkiem" i niszczącym wszystko "Bi Automatem". I tu nie chodzi o to tylko, że jest spoko brzmienie i trzy piosenki się mocno wybijają, bo tak jak w 2000 roku Nawrocki wszedł do ligi mistrzów pisania piosenek i tekstów, tak wydając Amnestię utrzymał się w swojej klasie. Może było trochę słabiej, ale nadal niesamowicie. –Ryszard Gawroński


073Levity
Levity
[2009, Lado ABC]

To jest chwilami jazz bardzo przyjazny dla osób o mentalności, mówiąc umownie, piosenkowej – grany po zmierzchu, po skandynawsku wykwintny, jednocześnie przystępny melodycznie, nawet w obrębie impro. Z jednej strony to jest w sensie brzmienia niepodważalnie jazz, z drugiej są tu fragmenty, które na płytach Sea & Cake pewnie należałyby do najbardziej wymiatających i chwytliwych. Takie jak temat przewodni "Spaceru Szopena", modulowany później i urozmaicany lirycznymi pasażami fortepianu albo wstawką z bardzo czarnym, nowoorleańskim w klimacie monologiem basu i przejmującą inicjatywę, rozpoczynającą urokliwie, ale dążącą do bardzo efektywnego finału solówą pianina. Nawet kiedy robi się ilustracyjnie klawiszowo, jak w "Rotwang", albo improwizacyjnie, jak w "Piosence O Ciszy", coś się ciągle zmienia i idzie do przodu, niezbyt jednak gwałtownie, zachowując wspólny mianownik piosenki. Bardzo zmyślne to wszystko. Nie wahałbym się porównać do innego tria, nieco starszego, Medeski, Martin & Wood. Zespół niestety trochę przegapiony, niestety również tutaj, za co się niniejszym rehabilitujemy i namawiamy do przesłuchania. –Michał Zagroba


072Jacaszek
Treny
[2008, Gustaff]

Kiedy współczesna poważka spotyka elektronikę to z definicji można się spodziewać czegoś interesującego. Michał Jacaszek, zdolny twórca, który wcześniej próbował swoich sił między innymi we współczesnej interpretacji "Bogurodzicy", nagrał przeładowany smutkiem i bólem koncept-album wprost odwołujący się do znanych chyba wszystkim ponadczasowych dzieł Kochanowskiego. Każdy z jedenastu utworów tu zawartych jest zbudowany na interesujących, minimalnych fundamentach, a czynnikiem łączącym te kawałki jest zdecydowanie posępny klimat. To jednak sprawia, że ciężko przyjąć taką dawkę smutku w całości na raz, przez co siłą rzeczy częściej wraca się do wybranych subiektwynie najmocniejszych fragmentów tego albumu. A jest ich bez liku - chociażby zjawiskowy "Lament" czy "Rytm To Nieśmiertelność II" z ładnymi wokalizami Mai Siemińskiej – ale to tylko wybrane momenty, bo tak naprawdę problemem Trenów nie jest jakaś zniżka formy w niektórych miejscach, tylko to, że zwyczajnie, po ludzku, chyba ciężko w jakichkolwiek warunkach przyrody wytrzymać seans z tą płytą całości i nie mieć potem zjebanego dnia. A to jednak ważny czynnik, myślę. –Kacper Bartosiak


071Iza Lach
Już Czas
[2008, EMI]

Droga z "Od Przedszkola do Opola" na Porcys jest długa, ale do pokonania. Iza Lach podobno słucha Beach Boysów i Snoop Dogga – ale w ogóle by mnie to nie interesowało, gdyby jej album był miałki i prymitywny. Nie jest – poza krążkami Plastic i ewentualnie Ramony Rey, to w ten rodzimy pop najsensowniej się zagłębiać. Jest w co i po co. A jeśli jednak nie porzuciiście wiary w sześć przyciskanych do gryfu strun, spotkanie z Izą pewnie i nie zasieje ziarna zwątpienia (od tego są gwiazdy z importu), ale powinno przynajmniej nauczyć tolerancji. –Jędrzej Michalak


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019