SPECJALNE - Ranking

100 Polskich Płyt 2000-2009

7 listopada 2010





090Tymański Yass Ensemble
Jitte
[2004, Tone Industria]

Niedawno śnił mi się namiętny, acz krótki romans, a rano dostałem po łbie pałką, a konkretnie Jittą, co to wali z siłą dziesięciu rąk. Można by zatem zakładać, ze ktoś usilnie pragnie wybić mi z głowy Miłość, a tu wręcz przeciwnie. Słuchając bowiem tej płyty wszystko mi przypomina, że mnie ktoś pokochał, szkoda jedynie że nie tańczę już ze smokiem, a z dystyngowanym, zasłuchanym w Bitches Brew chicagowskim legwanem. Co ma także i dobre strony; jaszczurka raczej mnie nie pożre, gdy po raz kolejny będę obcował z tym kameralnym, pięknie sklamrowanym krążkiem, który urzeka niezwykle liryczną atmosferą, powściągliwymi riffami Tymańskiego, jak i urokliwym saksofonem Ślusarczyka. A czy ktoś z was wie może czy w przyrodzie występuje coś takiego jak słaba płyta Tymona? Bo ja jeszcze z taką poczwarą się nie spotkałem. –Wojciech Sawicki


089Woody Alien
Pee And Poo In My Favorite Loo!!
[2008, Gustaff]

NoMeansNo – Pee And Poo In My Favorite Loo!!MeansTheShit. W skrócie (bo już nie raz starałem się was przekonać) to jest świetna płyta – trochę hardcore-punkowa – a przecież wciąż melodyjna. Zagrana tylko na dwóch instrumentach – a jednak pełna świetnych przejść, zmian rytmu i innych ciekawych rozwiązań. Gdy debiut momentami mógł odstraszać chałupniczą produkcją, drugi album duetu jest wyraźnie bardziej dopracowany. Wciąż nie oddaje potężnego brzmienia bębnów, siejących rozkurw podczas koncertów, ale, z pewnością, stanowiący krok w dobrą stronę. Jeśli miałbym wyróżniać poszczególne kawałki, to wybrałbym "Bubble", w którym niegdyś dopatrywałem się coveru Shudder To Think i "We Didn't Catch Anything", z którego momentami pobrzmiewa jakimś Jesus Lizard. Jako, że jestem recenzentem i powinienem to wszystko jakoś uroczyście spuentować, napiszę (uwaga!): Pee And Poo In My Favorite Loo!! to okręt flagowy Pink Punku i pozycja obowiązkowa dla każdego, kto lubi gdy muzyka nie obchodzi się z nim zbyt delikatnie. (No, to mi wyszło – prawie jak w gazecie.) –Jan Błaszczak


088Plazmatikon
Dżemsesje
[2007, Fonografika]

Zdaje się że ja już kiedyś o nich pisałem, ale w sumie co mi tam, mogę to zrobić jeszcze raz i to z chęcią. Bo ja bardzo lubię kiedy ktoś z pomysłem i gracją wali w analogowe instrumentarium z demoludów. Doprawdy, rzadko pod tak efektownym konceptem kryje się muzyczny konkret, a tu momentami jest go aż w nadmiarze. Kciuk w górę również za to, że wciąż nie wiem co właściwie jest tu grane, może to improwizowana, poszukująca swojego Ja w gąszczu odniesień (dub, world beat, krautrock, avant-pop) elektronika, a może nie, kto to wie. Jakby tego było mało, to błyskotliwość tych labiryntowych jamów przyprawia czasem o zawrót głowy, a ''Paraliza'' to już bez ostrzeżeń uderza obuchem. Zapewniam, że po zdrowej dawce Dżemsesji z lubością będziecie śnić o nowohuckich, seledynowych bananach. Słodkich snów. –Wojciech Sawicki


087Mały Esz Esz
Bez Zabezpieczeń
[2004, Fonografika]

Zastrzegam i uprzedzam: Mały Esz Esz jest przeciętnym raperem. Timbre ma niebossowski, dykcję przerysowaną, flow mu się rozchodzi, a vocab i dobór metafor nie zachwyca. No i całokształt mało unikalny – stołeczny Lil' często wchodzi w cudze buty, a to w "W Bezruchu" zasuwa kanciastym rapem dla okularników a la debiut Fisza, w "Znajdź Odpowiedź" nieco upodabnia się do swojego gościa w tym kawałku, Pezeta, natomiast w paraluzackim przeciąganiu na wydechu znać Mesa, z tym że w przypadku Esza nie brzmi to niestety tak naturalnie. Objaśniam i instruuję: niedostatkami i ograniczeniami Małego Esz Esz nie należy i nie warto się przejmować, Bez Zabezpieczeń to najlepsze co mieliśmy w soul-rapie pokrewnym Foreign Exchange (zresztą Connected też z 2004, nie śmiałbym zestawiać tego z Pharcyde jak gdzieś wyczytałem), z odprężającymi mini-mozaikami w rodzaju "Nie Lubisz Mnie", drobnymi pełzającymi motywikami gitarki "Liczę Do 3", "Wolności" i "Znajdź Odpowiedź", zjaranym "Wolne Słowa" i mile łechcącym basem wszędzie. Jeszcze leniwie chillujące skity "Twardy Dysk" oraz "Ponad Czasem" – połyskujące r'n'b uwodzące klubową końcówką, przechodzącą w urywany, zmiękczony junglowy bit impresyjnego "Zwalniam, Zwolnij", z żeńskimi wokalami prawie jak u Goldiego lub Massive Attack. To przede wszystkim zasługa Szoguna, ale siłą Bez Zabezpieczeń jest także brak ulicznej zawziętości i względny dystans, co przez kontrast do reszty płyty pokazują fragmenty nieudane – gniewny "Na Odwrót", gdzie Esz Esz porywa się na antyestablishmentowy bunt, a kończy jak harcerz wnerwiony na rzeczywistość, oraz kiczowaty, przesadnie szczery hidden track, którego doprawdy trudno słuchać bez zażenowania. –Michał Zagroba


086MC Terminator
The Best Of MC Terminator
[2005, Salami]

Top 10 momentów z The Best Of MC Terminator:
10 "Żurom, elo! Zabiję cię!"
09 Intro do "Goni mnie FBI" z Termim, który mówi: "Puścić ci mój nowy gangsterski kawałek?!"
08 "A kolega Czarek wygląda jak owczarek"
07 "Żeby przeżyć dojadałem z nosa kulkę" (!)
06 Zmiana akcentacji Błażeja w refrenie "Naszej Mafiji" (raz na "fi", raz na "ma")
05 Genialność zmiany bitu w połowie "Dissu Na Mleko" (WTF?)
04 Stylistyczna wolta "Rozwolnienia" i druga część tego utworu, ewidentnie zainspirowana drugą stroną Neu! 2
03 "W następnej bitwie się zmierzą... / A to już... potrzymamy was w niepewności / Hahaha... / Elo!"
02 "Elo jestem MC Kmieciu / Y, yy... / Ty śledziu" (w ogóle wykreowanie postaci MC Kmiecia)
01 "Sprawdź to ziom / Bo będzie niezły ziąb" –Borys Dejnarowicz


085Contemporary Noise Quintet
Pig Inside The Gentleman
[2006, Electric Eye]

Mimo wszystko, bracia Kapsa zrobili sporą niespodziankę swoim fanom, dogadując się z muzykami Sing Sing Penelope i "idąc w jazz". Chociaż, mam poważne wątpliwości, czy muzyka na Pig Inside The Gentleman to w ogóle jazz – twardogłowi słuchacze tego stylu pewnie nie znajdą tutaj niczego dla siebie. To raczej rock, zgrabnie imitujący jazz, korzystający z jazzowego instrumentarium, ale poruszający się w obrębie wrażliwości, nazwijmy ją, post-hardcore'owej, czy post-rockowo-filmowej na modłę Cigarette Smoke Phantom. "Something Like Jazz", jak to trafnie ujął Bartek Chaciński w swojej recenzji. My mamy teraz innych crossoverowych ulubieńców, sytuujących się gdzieś na pograniczach zajmowanych w 2006 roku przez CNQ, ale wtedy to oni mogli zdobyć serca wszystkich poszukujących czegoś świeżego, niepokornego i wychodzącego poza schematy. I co z tego, że każdy utworów na ich płycie brzmi podobnie (co z kolei świetnie zauważył Piotrek Kowalczyk)? W tamtym czasie naprawdę niewiele polskich zespołów tak grało. –Krzysztof Michalak


084Różni Wykonawcy
Melancholijny Oblend
[2000, Machina]

Dołączona lata temu do Machiny składanka odeszła już trochę w zapomnienie i nie zdziwiłbym się, gdyby wielu czytelników tego podsumowania nie miało o niej pojęcia. Tym bardziej warto przypomnieć o tej inicjatywie i zbiorze ambitnych (często ambientowych, IDM-owych może) kompozycji zawartych na Melancholijnym Oblendzie. Jak na ironię, płyta prezentująca awangardową elektronikę często sięgającą po Bristol Sound (Kfolek, Marcin Cichy, Noon, Euforya) miała być wizytówką Blend Records – wytwórni, która dziś jednoznacznie kojarzy się z hip-hopem. Na pewno wpływ miała na to rezygnacja Cichego (Skalpel), który opuścił Blend zaraz po wydaniu Grammatika. Niemniej jednak płyta powstała i przedstawia się niezmiernie ciekawie, prezentując dźwięki, naprawdę, ambitne i frapujące. Roszja na samplu Boards Of Canada będzie tu chyba odpowiednim przykładem. –Jan Błaszczak


083TeTris
Naturalnie (EP)
[2004, white label]

Debiutancka EP-ka tego rewelacyjnego fristajlowca (zdaniem niektórych najlepszego w polskim podziemiu w ostatnim dziesięcioleciu) stanowi koronny dowód na to, że poza celnymi puche'ami i niesamowitym flow TeT jest także bystrym obserwatorem otaczającej rzeczywistości. Na dodatek te ciekawe obserwacje potrafi przełożyć z dobrym skutkiem na język hip hopu – nie brak na Naturalnie nostalgii ("Mam duszę z funku, ale pod stopami chodnik")i wątków osobistych (cała świetna "Pamięć"), a wszystko to dodatkowo broni się jeszcze warstwą muzyczną, za którą poza głównym zainteresowanym odpowiadają Kixnare, Demen i Esdwa. Przekłada się to na całkiem oldskulowe brzmienie całości, co dla mnie jest tylko kolejnym atutem tego mini-wydawnictwa. Jak widzicie trudno się do czegokolwiek przyczepić i ten fakt się nie zmienia mimo że od wydania tej EP-ki mija właśnie 6 lat. –Kacper Bartosiak


082Drive Alone
Marionettes And Satellites
[2006, white label]

Nie liczcie na darmowe minuty, ten krążek oferuje krew, pot i łzy, z dominacją tych ostatnich. Tak już ma Maciejewski, że nie umie napisać melodii, która nie głosiłaby teorii bezsensu sensu. Oczyszczenie ze złudzeń przychodzi za sprawą ciężkich, wręcz topornych ruchów tych piosenek, ruchów mających jednak swoją logikę i przejrzystość. Wrażenia potęguje w zasadzie brak produkcji – to brzmienie jest tak płaskie, że słuchanie albumu z mini głośników nie jest w stanie mu niczego odjąć. Mimo wszystko cel autora chyba nie do końca został osiągnięty – bo ciężko nie poczuć radości, gdy gitarowe układanki zazębiają się tak... ślicznie. –Jędrzej Michalak


081Karol Nepelski
Feu Eternel
[2008, white label]

Utwór, którym Nepelski wygrał Ogólnopolski Konkurs Kompozytorski imienia Marka Stachowskiego to w mojej optyce duchowy spadkobierca post-historycznych neuroz wczesnego Stockhausena (think Gruppen). Zaczyna się złowrogimi, dudniącymi bębnami niczym ze sceny początku bitwy w Krzyżakach. Narastająca smuga soniczna przetykana jest sporadycznymi krótkimi kulminacjami perkusjonaliów, a impresjonistyczna paleta koloruje brakujące rejestry przestrzeni. Crescenda są coraz głośniejsze i kiedy z toczących zażarte boje, stojących partii dęciaków i smyków wyłaniają się pełne napięcia modulacje, to konstrukcja osiąga apogeum. Świsty i pojedyncze pacnięcia przeszkadzajek wygasają jak krajobraz po spustoszeniu. Nagle rodzi się jakby nowy świat, a niemal jazzowe fanfary trąb obwieszczają finał. Byłaby to świetna muzyka ilustracyjna – teatralna, może filmowa (w obydwu wariantach oczywiście do bardziej awangardowych realizacji), z tym, że obawiam się, iż sam spektakl czy obrazek nie umiałyby raczej udźwignąć ciężaru ścieżki dźwiękowej. To mocna, intensywna i niezwykle skoncentrowana iluzja chaosu. Tylko dwóch redaktorów w tym rankingu głosowało na Feu Eternel, ale obaj umieściliśmy tę kompozycję względnie wysoko. To pewnie ten osławiony typ relacji ze słuchaczem – "love it or hate it". –Borys Dejnarowicz


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019