SPECJALNE - Ranking

100 Polskich Płyt 2000-2009

7 listopada 2010




010Tede
S.P.O.R.T.
[2001, R.R.X.]

Jedno spojrzenie na okładkę S.P.O.R.T. każe pomyśleć "to, kurwa, 2001 był tak dawno?". Ja miałem 14 lat, Strokes mieli za chwilę umrzeć za grzechy prasy muzycznej, Porcys był kiełkującym projektem dwóch nastolatków. Tak, to było bardzo, bardzo dawno temu, ale to, że ktoś postanowił tak opakować materiał o potencjale zupełnego blockbustera i tak zadziwia. Czcionka, strój, kanapa... Gdyby niesympatycznie patrzący na klientów sklepów z płytami koleś był trochę mniej brzydki, można by pomyśleć, że to solowy album ex-członka Just 5. Zastanawiam się czy to ta okładka powoduje u niektórych dziwne spojrzenia, kiedy mówię o wielkości tej płyty. Nie, S.P.O.R.T. nie wygląda tak stylowo jak The Blueprint. Tak, jest przynajmniej równie dobry (chyba jest lepszy).

Piszę o blockbusterach, o Blueprint. Solowy debiut Tedego zasługuje, i abstrahuję tu od wyników sprzedaży, na status klasycznej, epickiej, komercyjnej produkcji, czegoś co raczej próbowali w latach zerowych osiągnąć polscy filmowcy, haniebnie chybiając za każdym razem. S.P.O.R.T. jest długi, absolutnie przystępny, bezbłędnie wykonany z profesjonalizmem i doskonałym użyciem techniki, historie są interesujące i wartko opowiedziane. Jeśli porównanie za mało trzyma się kupy, ten album tak bardzo wyrasta ponad swoje otoczenie, że jeśli chcecie go porównywać do Opowieści O Tym, Co Tu Dzieje Się Naprawdę równie dobrze możecie go zestawiać z Porankiem Kojota i Quo Vadis. Możliwe, że to dwadzieścia najlepszych tracków krajowego rapu, tekstowo i muzycznie. Biorąc pod uwagę, że wszystkie produkcje są autorstwa samego Tedego, kim wypada go nazwać?

Jak wspomnianego klasyka Jaya-Z albo Nevermind albo Poniżej Krytyki, S.P.O.R.T.-u słucha się jak składanki best of. Pomijając intro, outro i dwa interludia (nie, nie ma skitów) – wszystko brzmi jak klasyczny singiel. Mogę teraz zacząć wyliczać piosenki, które pamiętacie z czasów szkolnych: "Witaj W Domu" ("witaaaj – WWA wita cię"), "Drin Za Drinem" ("wyjebałeś, kurwa, alkoholowy napój o smaku banana!"), dwie odsłony "PLN-ów" ("pierdolone peeleny"), "Wyścig Szczurów" ("forsa, wóda, narkotyki, kurwy, firmowe bankieciki"), lista ciągnie się dalej. Ale słucha się go też jak prawdziwego albumu, który pomieścił w sobie cały mikrokosmos Jacka Granieckiego. Triumf "Łaaał!" przechodzi w nostalgię "Witaj W Domu", która zderza się ze śniegiem i łotrzykowską narracją "Mrozu", z której leczy chwila oddechu "Odcinam Się". Legendarne melanże i podrywy, sąsiadują z poruszającym komentarzem społecznym zamaskowanego jako mizoginistyczny banger "Ona Jest Szmatą". Epopeję o przygodach hustlera w Warszawie początku XXI wieku przerywa w samym środku piosenka o okupacji stolicy, w której Wujek Samo Zło krzyczy "Luftwaffe!"... nie wiem skąd im to akurat przyszło do głowy, ale L.U.C. i Lao Che oparli całe swoje kariery na próbach dogonienia "A Pamiętasz Jak...". You crazy for this one Tede! –Łukasz Konatowicz


009Reni Jusis
Elektrenika
[2001, Pomaton EMI]

Mijający czas w ogóle nie rusza tego albumu, a nawet myślę, że im dalej od premiery, tym większe wrażenie robi, bo Elektrenika za każdym razem przedstawia się jako najlepszy przykład błyskotliwej płyty popowo-tanecznej, w przeciwieństwie do obecnych, zbanalizowanych electropop-housem wydawnictw. Na swoim debiucie Reni wypunktowywała "funk, hip-hop, R&B, house" i "acid jazz, jungle, trip-hop, G-Funk, soul", tutaj nieco go zawężyła, nasycając jednak swój dance-pop ciepłem większości tych gatunków, a ciąg pozytywnych skojarzeń można pociagnąć między różnymi Basement Jaxxami, Bangelterem, Fever, Milky, "The Rain" Reel People i potomkami takimi jak Plastic, co w sumie tylko zawęża odbiór, bo jest tam jeszcze jakiś dodatkowy plus za fantastyczne operowanie językiem, którego zbiór znaczeń niech nie zostanie ograniczany. No bo przecież daftpunkerka basu w "Czuję, że..." nie wyjaśnia tych chórkowych akcji, bezskutecznie szukam jakichś skojarzeń, które tłumaczyłyby boskość basu w "Dla Ciebie Wyjdę z Siebie", znowu Prince to jednak nie wszystko, mało przychodzi mi do głowy równie miękkich i puszystych pościelówek jak "Pozwól...", które jest chyba moją ulubioną reprezentantką gatunku, razem z "That's The Way Love Goes", już nie mówiąc o podjęciu tematyki 2-stepu na poziomie równie wysokim, co najlepsi Brytyjczycy, ale jak często zdarzały im się tak fajne wokalistki, jeśli w ogóle i przede wszystkim wzbogacenie go o synth-funkowe linie basu! Nawet nieludzko gęste "Tylu Tu Ludzi" (z "w nosie jedną wielką muchą", moją ulubioną linijką na całym albumie) i przerażająco zimne, na osobny esej, "Jakby Przez Sen", zapowiadające techniczną Trans Misję, poruszają się w tej specyficznej poetyce liryczno-produkcyjnej łączącej całość albumu, której się nawet nie chce tłumaczyć, bo jak ktoś się nie zachwycił do tej pory, to już raczej mu się nie uda. Wszystko z innej bajki, totalna spójność, ten album Polskę ściska w garści, ale rozwala nawet czołówkę światową. –Kamil Babacz


008Jazzpospolita
Jazzpospolita (EP)
[2009, white label]

Jazzpospolita to kolejny zespół, który został bardziej przygarnięty do środowiska niezal niż do swojego własnego stereotypowego obowiązującego przez wykonywany gatunek. Nie mam pojęcia o co chodzi panom w garniturkach, ale kumam, co znajduje tutaj słuchacz nie do końca zjazzowany: uniwersalność. Jasne, można wygrzebać słówko "eksperyment", znakomite aranżacje i mieszanie się z post-rockiem, Tortoisem, dubem, a nawet kontakt z klasykami jakimiś pokroju Methenego, ale można też spróbować przyjemnej nieświadomości. Wiesz, możesz kogoś zaprosić do słuchania i wspólnie obserwować jazzowe piwnice, gdzie wszystko automatycznie robi się czarno-białe, a panie są ubrane ładnie, acz skromnie. Pomiędzy tymi obrazkami na pewno zachwycicie się kiedy w "Polished Jazz" wszystkie instrumenty milkną i zostaje gitara (gitara w tym kawałku w ogóle) lub kiedy zabrzmi klawiszowy dub w "Patrzę Przez Ambient Oddycham Przez Dub" czy zapulsuje bas w "Tribute Aerobit". I tak można się dalej zagłębiać w obrazy-dymy lub ataki zaczepne ze strony muzyki, a i tak nie odejdzie się daleko od etykietki "najbardziej uniwersalna epka w polskim jazzie od paru lat". Nawet niejazzowanym starczy na nią energii i entuzjazmu, taką ma odpowiednią długość! –Ryszard Gawroński


007Smarki Smark
Najebawszy (EP)
[2005, white label]

Mało rzeczy na tym świecie jest tak pewnych jak to, że ta EP-ka to jedna z obowiązkowych pozycji w polskim hip-hopie ostatniego dziesięciolecia. Dlaczego? Przede wszystkim ze względu na postać samego Smarkiego, niesamowitego MC, który w każdym swoim kawałku, w każdej gościnnie nagranej zwrotce, mniej lub bardziej rozpierdala system swoją nawijką. Typ ma niesamowite oko do interesujących obserwacji, ale to byłoby nic gdyby nie jego wybitny wręcz storytelling. Nie ma takiego tematu, którego Smarki nie potrafiłby przerobić na ciekawą historię z głębszym, nieraz socjologicznym, dnem. Może nawijać o ściemnianiu panien, problemach wchodzenia w dorosłość, piciu, paleniu, hajsie - każdy taki temat w jego wykonaniu zawsze trzyma się kupy, a celne punche z tych kawałków wystarczą Wam na pół roku lanserskich opisów na gadu-gadu. Najebawszy ociera się o wysokie miejsca wszelakich podsumowań w dużej mierze także dzięki rewelacyjnym podkładom Kixnare'a, które bezbłędnie ewokują klimaty starej szkoły. Efektem tego wszystkiego jest wydawnictwo niemal idealne, które posiada wszystko, czego szukam w krajowym hip-hopie. Zarżnijcie na tym słuch, ziomy, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. –Kacper Bartosiak


006Muchy
Terroromans
[2007, Polskie Radio]

Trzy lata temu, dokładnie co do miesiąca, Tomek Waśko rzetelnie opisał zawartość tej płyty, odnosząc ją do największych klasyków polskiego rocka. Tak, jest to trochę crossover świata Republiki ze światem Lady Pank. Jest to również generacyjne zjawisko, o którym powiedziano już tyle, że nie śmiałbym po raz kolejny przytaczać najlepszych wersów Wiraszki. Jest też na szczęście aspekt, który do tej pory nie bywał wystarczająco eksploatowany: Terro to album przykładalny do właściwie każdego stadium teraźniejszości, świadczący o każdym malutkim przewrocie poznawczym ostatnich co najmniej trzydziestu lat. Środki wyrazu wskazują na lata osiemdziesiąte – klawisze, nawet smyki w "Galanterii", perkusja-ewolut piosenkowego post-punka, wokalista krzyżujący eightiesowych frontmanów z Dylanem z piwniczną poetyką niedokończonej awangardy językowej końca lat 90. z retoryką wiecznego absztyfikanta wszystkich ślicznych dziewcząt ze śródmieścia – za dziesięć lat będzie można tego słuchać w ten sam sposób.

Owszem, jest to nagranie przystające do empirii przede wszystkim śródmiejskiej. Blokowiska mają światła, ale na pewno nie tysiące. Dużą wódkę pije się na mieście. Jeśli przedmieścia, to tylko z pozycji wizytora – "konstelacje bloków" nie są raczej percepcją wynikającą z fascynacji własnym dwudziestoczterogodzinnym otoczeniem. Górny Taras w Bydgoszczy jest obszerną próbą akomodacji pracowników przemysłowych (tylko mnie z tego nie cytujcie – byłem raz i dawno, przejazdem; posiłkuję się tylko dlatego, że do Poznania zawsze mam daleko), a przynajmniej taki wydaje się z perspektywy południowca, który widział niejedną urbanistyczną implozję mieszkalnych rewirów GOP-u. Można tam mieszkać, statystycznie to nawet żadna niespodzianka, ale transport publiczny na wyciągnięciu ręki wystarczająco szybko dowiezie nas na melanż do centrum. Zresztą to tam będziemy pracować.

Tak oto na przecięciu ruchliwości socjalnej, mętnych gadek po (i tak już późnych) godzinach, wymiotowania w toaletach lanserskich miejscówek i cyklicznego rozkochiwania Muchy uwijają to swoje indie jakby sentymentalność nigdy nie była bardziej aktualna. Na szczęście kontrapunktują ją otrzeźwiającą precyzją symetrii melodii i sekcji rytmicznej, tak ułatwiającą nagrywanie młodzieżowych hymnów. Młodzieżowych, ma się rozumieć, uniwersalnie – to taka obyczajowa młodzieżowość, z której będziemy czerpać wieczorami i weekendami gdzieś do później trzydziestki. Prolongata, przez którą będziemy sobie kiedyś jeszcze pluć w brodę idąc na kolejną wizytę do hepatologa tudzież psychoanalityka, złorzecząc na klucz całego Terroromansu, macierz każdego innego tekstu i riffu tej płyty – "Najważniejszy Dzień". –Mateusz Jędras

PS: Kiedyś zakochałem się w tramwaju linii 50. Był nowy, może nie jakoś urodziwy, ale szybki i czysty. Miał automat z biletami, co pozwalało na obchodzenie mrukliwych motorniczych wiecznie bez pieniążków do wydania reszty.


005Drivealone
The Letitout (EP)
[2007, white label]

Ojciec ostatnio podebrał mi z półki Inżyniera Ludzkich Dusz i czyta go już chyba miesiąc, co się generalnie nie zdarza. Dziś przyznał, że nie chce po prostu, aby ta książka się w ogóle skończyła, po czym zamyślił się i dodał, że musi ją sobie kupić. Niby bez sensu, bo przecież mogę ją zostawić w domu czy pożyczyć mu ją, kiedy tylko będzie chciał – po co wydawać pieniądze? Z drugiej strony, pamiętam jak parę lat temu łaziłem struty faktem, że nie mogę kupić Letitout. Niemożność posiadania mojej ulubionej polskiej płyty dekady jest męką ponad moje siły, więc staram się znosić ją dzielnie, nie wracając zbyt często do tych suchotniczych majaków; naszkicowanych z precyzją i wyczuciem wizji, w których echa Sunny Day Real Estate rozbrzmiewają na math-rockowych stelażach; obrazów patologicznej rezygnacji aranżowanych nie w domowym zaciszu, lecz na zimnym pustkowiu trawionym maligną. Możliwe też, że do czegoś zupełnie innego – w końcu to widmo. Najlepszej polskiej płyty mijającej dekady nie kupicie w sklepie, nie usłyszycie na koncercie – czy ona na pewno istnieje? –Jan Błaszczak


004Afro Kolektyw
Czarno Widzę
[2006, Blend]

"Dobra, teraz już się nie uda", myślę sobie o pisaniu blurba do Czarno Widzę na Porcys, bo przecież "ile można?", chciałoby się rzec za nieśmiertelnym refrenem "Szewczyka". Więc spróbuję "z dupy strony"... Na tej płycie gościnnie występuje MARCIN MASECKI >>>NA KONGACH<<Kid A, bo o muzyce wie więcej, niż my tu wszyscy zebrani "na tym podsumowaniu" (artyści, redaktorzy) – ale mu się... nie chce. I teraz tak, jeśli na Czarno Widzę tenże Masecki gra NA KONGACH (!) i to zresztą nienajlepiej (!!!), to czy muszę "argumentować" co się dzieje poza tym? Owszem mógłbym jak zawsze zapodać litanię highlightów takich jak docenialne w pełni po wielu przesłuchaniach numery Sztu i Mariana, smaczki w rodzaju "tekstów, których tam wcale nie ma" (jak Natalia Kukulska śpiewała, co Passi śpiewa w refrenie "Czarno Widzę"), przerywniki, które są obiektywnie równie dobre, co regularne kompozycje (kto nie czeka na koncertową wersję "Skit 1", choćby i z LAPTOKA), "moja miłość do muzyki rozwinęła się w sposób naturalny" (looool), ponadczasowy filozoficzny dylemat "Skarabeusz to, czy gówno?", wycięcie jednego z najlepszych ścinków fristajlu ever z jednej z najgorszych sesji fristajlowych ever, niedorzeczna liczba wprawiających w osłupienie panczlajnów, które autor powinien sprzedawać reszcie krajowych MCs i zostać w ten sposób milionerem, przebieg harmoniczny intro/outro "W Poprzednim Życiu", zaimprowizowane ględzenie Pe na finał "Alter" (o tym, że autobusy powinny być na olej słonecznikowy) – ale po co mam to wymieniać, skoro gdzieniegdzie na kongach popyla tu MARCIN MASECKI. –Borys Dejnarowicz


003Cool Kids Of Death
Cool Kids Of Death
[2002, Sissy]

Pod pozornie szorstką skorupą kryją się słodkie ballady o miłości i rozwoju duchowym Człowieka. Pozytywność zespołu uskrzydla nawet największych cyników, inspiruje do czynienia Dobra. Cool Kids of Death zdają się mówić: słuchajmy głosu serca; nie wstydźmy się łez szczęścia, odnajdźmy swoją drogę. Nieprzypadkowo w Łodzi, najpiękniejszym polskim mieście, kwitnącym wielokulturowym tyglu, powstała ta płyta. Wszyscy przecież wiemy, że zbiegi okoliczności nie istnieją, a rzeczy proste są zawsze najbardziej niezwykłe. Ten głęboko ludzki debiut odcina się grubą kreską od melancholijnych tradycji polskiego rocka. Promieniuje z niego żarliwa wiara w moce kreacyjne jednostki, jej zdolność do wyzwolenia się z własnych ograniczeń, niesienia pomocy innym. Ciepło i empatia grupy pomagają osiągnąć spokój wewnętrzny, cieszyć się chwilą, dostrzegać w innych to, co ludzkie. Muzyczny ekwiwalent medytacji w buddyjskim klasztorze. Polecane zwłaszcza ludziom w jesieni życia, poszukującym nadziei. –Tomasz Gwara


002Lenny Valentino
Uwaga! Jedzie Trawmaj
[2001, Sissy]

Devendra Banhart, Jim Guthrie, Bon Iver, Cocorosie, Vetiver, Espers...a nawet Joanna Newsom – im wszystkim nie udało się dotąd nagrać tak dobrej płyty. Janerka, Brygada Kryzys, Niemen...Tak, Uwaga... to też moja ulubiona polska płyta w ogóle. Mimo upływu niemal dekady nie przybyło siwego włosa ani produkcji rodem z planety małego księcia, ani pojedynczym piosenkom: każda żyje wciąż własnym życiem, życiem zabójcy o twarzy Ole Gunnara Solskjæra. Jest to bardzo zła muzyka tła – bezpardonowo przywołuje emocje, po które raczej trudno się sięga. Zazwyczaj próby wykreowania tak poważnego seansu kończą się zestawem bezsilnych smętów – jednak raz na sto lat, za górami i za lasami... –Jędrzej Michalak


001Ścianka
Dni Wiatru
[2001, Sissy]

Sam byłem ciekaw czy ten album kopnie po prawie dziesięciu latach. Bo kiedy zachwycaliśmy się nim na początku dekady, nasze ogarnianie kontekstów było, mówiąc eufemistycznie, ograniczone. Tylko to jest właśnie ten przypadek, gdy konteksty nie grają roli. W okresie, kiedy powoli zaczynała u nas wzbierać na szerszą skalę fala zajawki na najróżniejsze nurty i nurciki brytyjskiego i amerykańskiego indie, zespół Ścianka robił za takich Mohikanów, mentalnościowo zakorzenienych w krajowej alternatywie lat 90-tych, czyli epoce przedinternetowej, a zatem i przed rozdrobnieniem się muzyki niezależnej (zarówno z punktu widzenia artystów, jak i przede wszystkim krytyków) na tysiące podszufladek, bliskich podejściu "swoje gramy". A z perspektywy takich pięknoduchów i indywidualistów docenia się najbardziej. Wszyscy, którzy mieli okazję rozmawiać z Cieślakiem o twórczości Ścianki wiedzą, że próba wejścia na trop dyskusji o inspiracjach i pokrewieństwach skończy się w ślepym zaułku (pytania o związek pop-ambientowych mgiełek Białych Wakacji z dokonaniami zespołu Mum wydają się z perspektywy czasu zawstydzające).

Chyba, że wątki te poruszane są na dużym poziomie ogólności, na przykład dotyczą wpływu starych psychodelicznych słuchowisk. Bo nie tylko pojedyncze tracki, ale w zasadzie całe Dni Wiatru zrobione jest tak trochę "uncool", snują się właśnie jak takie słuchowisko, staropolska baśń, a mocno echowany szept narratora i back-up wokal w pierwszych dwóch trackach podpada pod "mienie w dupie narażanie się na śmieszność". To jest mimo wszystko taki rzadki moment, kiedy jakość utworów całkowicie usprawiedliwia monumentalne środki wyrazu, które w innych sytuacjach wydałyby się grafomańskie. Powoli narastające drone'y i szumy "Dni Wiatru" i rozlegający się co kilkanaście sekund pojedynczy dzwoniący dźwięk, z czasem coraz bardziej przypominający metaliczny szczęk, i pojawiający się dosłownie kilka razy przeszywający króciutki motyw klawiszowy składają się na obraz, który w swojej apokaliptyczności jest bardziej wiarygodny niż cały katalog labela Requiem. "Latający Pies" jawi się najcudniejszą powieścią ambient na gitarę w polskiej muzyce, a świdrujący pejzaż "19 X" sięga poziomu mega nagrań Stars Of The Lid i Windy And Carl. Jakimś dziwnym zrządzeniem sensownie wyglądają obok siebie bezwzględny, brutalny "Spychacz" i przedelikatna ballada "Iris Sleeps Under The Snow", a zaraz po niej kolejny skomasowany atak na uszy w postaci "Czarnego Autobusu". Jedyny kontrowersyjny fragment to oczywiście noise-psychodeliczny "Piotrek", poruszającą podróż w głąb schizofrenicznej świadomości albo pretensjonalny niesłuchalny eksperyment, w zależności od nastroju chwili. Ogółem, arcymistrzostwo Cieślaka i Lachowicza. –Michał Zagroba


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Różni WykonawcyAir Texture Vol. VI
ObjektCocoon Crush