SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 2000-2009 Na Świecie

13 listopada 2010




020Je Suis France
Fantastic Area
[2003, Orange Twin]

Mógłbym próbować podejść do tematu tej płyty z różnych perspektyw – to w końcu jeden z pierwszych przejawów wizjonerstwa i opiniotwórczości Porcys, który na dodatek, o dziwo, nie spotkał się z szerszym odzewem. Niestety, ale świadczy to tylko o całej reszcie bardziej mainstreamowych mediów, która postanowiła zjawisko pod tytułem Fantastic Area przemilczeć. Nie wietrzę w tym żadnego spisku, po prostu trzeba pogodzić się z faktem, że chłopaki z Athens pozostają na głębokim marginesie nurtu indie i tyle. Stąd też tym większy szacunek dla ówczesnej załogi serwisu, która "się wzięła i odkryła" twórczość Je Suis France dla części Polaków – do dziś nie wiem w jaki sposób wpadli na trop tej grupy, ale biurowiec Porcys wciąż huczy od plotek. Największy paradoks związany z Fantastic Area dotyczy tego, że gdyby ten album powstał jakieś 10 lat wcześniej, to wielce prawdopodobne, że France zrobiliby karierę na miarę ówczesnych gwiazd indie, a sama płyta byłaby zapewne wymieniana jednym tchem w towarzystwie Icky Mettle czy innego Slanted & Enchanted. Jednak na swoje nieszczęście JSF nie trafili na czas boomu college-rocka i dziś wiedzę o istnieniu FA posiadają tylko wybrani. Ciężko mi wyrazić fenomen tej płyty w sposób bezpośredni, stąd też te wszystkie podchody, ale poważnie, co więcej mogę napisać? Że ten album to prawdziwa indie rockowa petarda? Że mało w historii muzyki jest płyt tak dobrze oddających ducha wakacji? To wszystko wyświechtane banały a poza tym skoro nas czytacie, to pewnie doskonale o tym wiecie. Skoro zatem tak dobrze się rozumiemy, to pozwólcie, że ja udam się po hamak, a Wy czytajcie dalej. –Kacper Bartosiak


019Unwound
Leaves Turn Inside You
[2001, Kill Rock Stars]

Pierro Scaruffi, tworząc kolejny rozdział w swojej wielkiej Historii Muzyki Rockowej, wystawił Leaves Turn Inside You kuriozalną ocenę, plasującą album na szarym końcu dyskografii zespołu (choć sam uwielbiam Fake Train i tutaj czuję się miło zaskoczony). Ten sam Scaruffi, pisząc o ostatniej płycie Unwound porównuje ją do Daydream Nation i rzeczywiście: na obu płytach zespoły poszerzyły znacznie środki gatunkowego wyrazu, odcinając się jednak wciąż wyraźnie od, szeroko pojętego, mainstreamu. Gdy dodamy do tego swoistą epickość i konceptualność, stwierdzimy, że albumom można by podmienić tytuły i okładki, i, w zasadzie, wszystko by pasowało. Pomimo tego pierwszą płytą, która przychodzi mi do głowy, gdy myślę o powstawaniu Leaves Turn Inside You jest Laughing Stock: oba zespoły wchodziły w nową dekadę z solidnym bagażem, dość dokładnie otagowanej, dyskografii, by za sprawą mozolnej pracy nad dźwiękiem/produkcją (paranoidalna pedanteria Hollisa vs. własne studio Trospera) zmusić swoich fanów do zawziętego drapania się po głowie. Nawet jeśli niektórzy doszukują się prequelu w A Challenge For A Civilized Society to z pewnością im także trudno było ukryć zaskoczenie. Ostatnia płyta Unwound jest bowiem misternie utkanym epikiem, który znacznie częściej niż do historii hardcore-punka odwołuje się do dzieł Eno, Floydów z psychodelicznej ery czy kanadyjskiego post-rocka spod znaku GY!BE. Brak w nim rozbuchanego patosu, gdyż całość została skrupulatnie wycyzelowana przy użyciu możliwie minimalistycznych aranżacji. Nawet Sara Lund oddała trochę swojej furiackiej energii na rzecz wyższej idei, stąd Leaves Turn Inside You nastrojem czy brzmieniem stosunkowo blisko do Spiderland czy późnego Sunny Day Real Estate. Zresztą, brzmienie – nie znam wielu około-garażowych płyt, które byłyby tak perfekcyjnie nagrane.

Leaves Turn Inside You, pomimo stosunkowo młodego wieku, brzmi jak pozycja kanoniczna, kamień milowy w historii rocka a może nawet fundament położony pod... – no właśnie, póki co tylko pod nasze zniecierpliwienie. –Jan Błaszczak


018Of Montreal
Satanic Panic In The Attic
[2004, Polyvinyl]

Po czymś takim już nie da się przejść całkowicie obojętnie obok nowych płyt Kevina Barnesa. Niezależnie od tego, ile przekombinowanych i zwyczajnie nudnych albumów ów gość jeszcze wyda, zawsze jest szansa, że nagle odzyska dar i na parę tygodni pokoloruje czarny na czerwony, a szary na fioletowy. Pitchfork dał "Disconnect The Dots" na 260 miejscu listy 500 najlepszych tracków lat dwutysięczych. Jeśli rozumiecie śmieszność tego, to być może zgodzicie się, że większość piosenek poniższego albumu nie zawiera w sobie ani jednej skazy. Gdyby McCartney albo Wilson zrobiliby na UW płatny wykład o songwritingu, a nie wspomnieliby ani razu o Satanic, to żądałbym zwrotu pieniędzy i być może nawet ze zdenerwowania nie wziął autografów. –Jędrzej Michalak


017William Basinski
The Disintegration Loops I-IV
[2003, 2062]

Ostatnimi czasy wśród znajomych z miasta popularność zyskała zbitka: "Można? Można!", w różnych kontekstach. Dajmy na przykład coś skrajnie głupiego, na przykład ktoś wchodząc w zakręt wywrotką z węglem, zrobił 4 obroty w powietrzu i stanął na kołach. Można? Można. Są też konteksty prostsze, aczkolwiek pierwsze, pytajne "Można" jest najczęściej wyrazem "imposybilizmu", a drugie puentą a la "Impossible is nothing". Disintegration Loops idealnie obrazuje rozziew między zdolnościami, które posiadł człowiek w wyrażaniu emocji towarzyszących przemijaniu czy wieczności, a tym, jak bardzo barierę te przeskoczył Basinski. Zresztą mam wrażenie, że byłby to idealny soundtrack do ostatniej sceny ostatniego (prawdopodobnie, bo co dalej?) filmu Charliego Kaufmana. Uwaga: SPOILER. –Łukasz Łachecki


016And You Will Know Us By The Trail Of Dead
Source Tags And Codes
[2002, Interscope]

Założę się, że każdy członek redakcji Porcys ma swoją wzruszającą historię związaną z Source Tags, która mieści się gdzieś w przedziale od "Wow, ci kolesie grają to co lubię lepiej niż ktokolwiek teraz" do "Ojej, moja pierwsza płyta nie Porcupine Tree". Powiem więcej: ludzie, którzy znają się od chwili potrafią niemal sobie padać w ramiona na wspólne wspomnienie napisanej przez Borysa Dejnarowicza recenzji tej płyty w "Teraz Rocku" (dziesięć gwiazdek na dziesięć). Podobne emocje wiążą się z paragrafami religijnych wręcz zachwytów opublikowanych przez Pitchfork (10.0) czy Porcys (9.5, bo my po prostu lubimy trochę niżej). Nikt z pracujących przy tej liście, ani ze znanych mi fanów Source Tags And Codes, nie przekroczył nawet trzydziestki, ale potrafimy zadręczać opowieściami o fascynacji płytą Trail Of Dead, jakbyśmy wspominali pierwsze zetknięcie ze "Schodami Do Nieba" w radiu.

Weźmy, taki ja. Latem 2002 siedziałem z kumplem na podkrakowskiej wsi. Kontakt z kulturą zapewniało jakieś Dirty, jakieś Kid A na sprzęcie stereo, podręcznik "Wampira: Maskarady" i czytany w te i we wte, dla śmiesznych recenzji Michała Kirmucia (tekst o Ad. 4 Ich Troje tamże), numer "Teraz Rocka". Między śmichami i chichami – a tych było dużo, pan Michał tworzy komediowe złoto – była jednak ta niemal szalona pochwała Source Tags And Codes, która zawładnęła moją wyobraźnią. Pamiętałem klip do "Mistakes And Regrets" z Vivy Zwei – to był dziwny klip, a piosenka była tajemnicza, trochę orientalna, napierdalała i była chwytliwa, nazwa zespołu wyglądała ekscentrycznie i świadczyła, że, wow, to jest ALTERNATYWA. Kupiłem jedyny egzemplarz hajpowanego albumu, który leżał na półce Empiku, dzień po powrocie do domu. Płyta brzmiała dziwnie, momentami może trochę jak ta jedyna płyta Sonic Youth, którą znałem (dobry znak, Sonic Youth to DOPIERO była ALTERNATYWA), ale wszystko było takie wielkie, takie intensywne i przytłaczające. Wydaje mi się, że nie wracałem do niej często, słuchanie tej muzyki było zbyt wycieńczające i nie przetrawiłem jej do następnego roku.

Spędziłem kolejne lata na studiowaniu każdego krzyku i sprzężenia, którym Black Francis i Ian MacKaye chcieli mnie napierdalać, co otworzyło mi drogę do kolejnych zespołów, co pozwoliło mi już zupełnie zrozumieć twórczość Trail Of Dead. Ale oswojone Source Tags And Codes ciągle przygniata i wciąż zdumiewa kolosalnością. W tekście na Porcys Borys pisał, że ten album może być naszym Loveless. Powiem tak: nie, on jest "naszym" Siamese Dream – jak Smashing Pumpkins na tamtym klasyku, Teksańczycy malują swoje arcydzieło inspiracjami cool niezależną muzyką, ale na płótnie bardzo niecool stadionowej i progowej muzyki lat 70. Trail Of Dead to post-hardcore'owy zespół i ich kawałki tutaj wybuchają odłamkami, jak było u ich protoplastów z Fugazi, Nation Of Ulysses i Drive Like Jehu. Ale Trail Of Dead to też zespół, który opowiada o słuchaniu Yes na grzybach, gra "Stairway To Heaven" (ależ ładnie zakręcamy koło), ma okładki przyciągające raczej wzrok fanów Dungeons & Dragons niż indie rocka i nazywa się ...AND YOU WILL KNOW US, kurwa, BY THE TRAIL OF DEAD. Skok z Merge do Interscope pozwolił im na zrealizowanie najdzikszych fantazji: o idealnej produkcji, sekcjach dętych, sekcjach smyczkowych, radiowych zakłóceniach, ulicznym akordeonie... cholera, wersja europejska poświęca osobny track na recytację haiku! Inaczej niż Modest Mouse, którzy okazję wydania płyty w dużej wytwórni wykorzystali, żeby zrealizować numery w najlepszej możliwej postaci, Trail nie przejmowali się subtelnością i nagrali coś bezwstydnie epickiego, hardcore'ową operę bez tematu. Na szczęście wszystkich tych operacji dokonywano na wspaniałych piosenkach, przerażająco pięknych i brutalnych, wyczerpujących dla słuchacza, ale i chyba dla wykonawców – zachrypnięty Conrada Keely w tytułowym zamykaczu brzmi jak człowiek ledwo trzymający się na nogach, ale szczęśliwy świadomością wielkiego spektaklu, który ma za sobą. –Łukasz Konatowicz


015Twilight Singers
Twilight
[2000, Columbia]

Możesz masować stopy mojej żony, ale tylko zacznij słuchać z nią Twilight a wypieprzę cię przez balkon – mógł powiedzieć Marsellus do tamtego nieszczęśnika i doprawdy miałby dużo racji. Każda sekunda tej płyty przesycona jest zmysłowością i erotyzmem. Tutaj wszystko poddane jest uczuciu, feelingowi, atmosferze intymnego spotkania, w kreowaniu której Dulli zawsze był mistrzem. Godziny jammowania, rozmów, spotkań, wspólnych drinków w Nowym Orleanie zaowocowały mnogością taśm, zawierających dźwięki zwiewne, choć pobudzające i bardzo intensywne. W kategoriach cudu traktuję fakt, że te wszystkie, z grubsza, anonimowe postacie, towarzyszące Dulliemu są na Twilight mistrzami w swoim fachu. Przeplatające się nucanki Grega, Chichestera i Smitha ("Clyde", "That's Just How That Bird Sings") przyprawiają o szybsze bicie serca; rozpoczynająca wszystko fraza "Rock steady, baby, your man iz ded / Be careful, sugar, of who you call a friend" zniewala erotycznym ładunkiem; czym jest francuskojęzyczna kontrybucja Sophii Da Silvy w "Verti-Marte", przysięgam – nie mam pojęcia, tak jak brak mi słów, by opisać ten kawałek; trzy palmy rozpościerające się nocą nad linią oceanu dopełniają tylko ponętnej wizji, którą Twilight roztacza każdym kolejnym dźwiękiem. Jeśli wcześniejsze (absolutnie genialne) 1965 było bachicznym, rozpalonym hymnem autorstwa Grega (najpewniej Zorby), to Twilight sprawi raczej, że usiądziecie i zaczniecie się zastanawiać, dlaczego ręce drżą wam tak, jakby właśnie mijała was ukochana osoba albo chociaż "ukochana in spe". Bo wiecie, gdy będziecie słuchać tej płyty, każda będzie "in spe". –Jan Błaszczak


014New Pornographers
Mass Romantic
[2000, Mint]

Mój osobisty ranking najlepszych kolejek górskich, jakimi dane mi się było w życiu przejechać, prezentuje się w tym momencie mniej więcej tak:

1. Flight of Fear (Kings Dominion, Virginia): tak zwane "Secaucus rollercoasterów"; przez pierwsze kilkanaście sekund nie wiadomo za bardzo, co się dzieje, przez następne dwadzieścia poziom absolutu rozkłada na łopatki. Sam koncept atrakcji to gigantyczna metalowa porcja makaronu w jeszcze gigantyczniejszej puszce po pepsi; "Centre For Holy Wars" powiedzmy, tudzież "Letter From an Occupant".

2. Volcano (Kings Dominion, Virginia): błyskawiczny start i wznosimy się na wysokość 47 metrów poprzez tunel wydrążony w WULKANIE (który WYBUCHA zresztą przy drugim okrążeniu). How fucking awesome is that. Bez wątpienia "Mass Romantic".

3. Big Thunder Mountain (Disneyland Paris): jako chorowity dziewięciolatek bałem się pójść na cokolwiek szybszego, ale widoki były, atmosfera, smak Ameryki (dzikiej) w samym sercu Europy. Klasyczny songwriting "The Fake Headlines".

4. The Rollercoaster (New York –New York Hotel and Casino, Las Vegas): sama kolejka nie wyróżnia się specjalnie niczym, ale umiejscowienie na środku pustyni w "lobby" hotelu o wyglądzie plastikowej kopii plastikowego miasta sprawia, że trudno nie doznać post-moderny. "Execution Day", bo na dworze było 45 w cieniu, a redaktor Michalak zamykał oczy.

5. Rebel Yell (Kings Dominion, Virginia): dostojny biały rollercoaster z lat siedemdziesiątych, nazwany tak pięknie na cześć okrzyku wojennego konfederatów (tych co nie lubili hip-hopu). "The United States used to be lots of fun" oczywiście, czyli "Jackie". –Patryk Mrozek


013Radiohead
Amnesiac
[2001, Parlophone]

Ta całkiem niezła płytka z odrzutami wcale nie przeszkodziła temu zespołowi dla gimnazjalistów w podtrzymaniu szacunku, który zaskarbił sobie singlem "Creep". Nie, czerstwo. Na piątym studyjnym albumie grupa z Oxfordu podążyła ścieżką wyznaczoną przez album czwarty i w dodatku jest to ścieżka, którą nikt inny ani wcześniej, ani później nie podążał. Nie, no. Elektronika przejmuje czucie gitarowe? Też, ale nikt inny nie brzmi jak Amnesiac, to akurat fakt. Nie tylko "co ja mam właściwie pisać?", ale też "po co?". To pierwsze rozgałęzia się w "jak w analizie dojść do czegoś innego niż konstatacja: piękne?" oraz "jak powiedzieć cokolwiek, czego jeszcze nikt nie powiedział o tym albumie?". Pewnie nawet gdybym pisał "rockowy czad" czy "wyraźny wpływ Afrika Bambaataa" to i tak gdzieś to już padło. Wybaczcie, ale Amnesiac to pewnie nadal ścisła czołówka gdyby być naprawdę uczciwym, przy czym rozumiem, że zakrawa to na taką oczywistość, że niemożliwy jest brak buntu przeciw temu. Niektórzy nawet nie lubią Radiohead, ale cóż – nie mają racji, bo patrząc po prostu na muzykę, odejmując wszelkie czynniki subiektywne, zwyczajnie nie jest to możliwe. Rozumiem, sam już nie mogę słuchać OK Computer, ale bardzo się cieszę, że właśnie OK Computer, a nie Amnesiaca czy Kid A (był chyba jakiś zespół, który się tak nazwał, prawda? Mistrzostwo świata!). Może podzielę się jeszcze takim czymś: nie mogę pozbyć się wrażenia, już od jakiegoś roku chyba, że "I Might Be Wrong" to mój ulubiony utwór wszechczasów. A przecież nie słucham już Radiohead niemal nigdy! No co ja zrobię. Wielki zespół, największy zaraz po U2. Jakże czerstwo. –Radek Pulkowski


012Sigur Rós
Agaetis Byrjun
[2000, Fat Cat]

Wiele można powiedzieć o poprzedniej dekadzie, o tym, czym była "w muzyce". Myślę, że na pewno była to dekada cipienia się. Koniec luzactwa i niechlujstwa jako jedynych "cool" postaw zapowiadało już In An Aeroplane Over The Sea – ale to dopiero Agaetis doprowadziło owe cipienie się do formy doskonałej, której zresztą nikomu (łącznie z samymi autorami) już potem nie udało się przebić. Ale można było z tego czerpać – i kilku się to udało, a na myśli mam Sufjana, Newsom, Jima Guthriego, Function czy Thief. Dla mnie zmierzch epoki cipienia się wyznacza Funeral, którego z każdym upływającym rokiem słucha się z coraz większym wstydem – naprawdę mnie to wzruszało? Tegoroczna solowa płyta Jonsiego zaś to już zupełna karykatura nurtu, pokazująca jak trzeba uważać by *pragnienie*, ukierunkowane na nieznane, nie przeistoczyło się w ledwie *sentyment*. Tak coś w nieuduchowiony sposób mi się napisało to wszystko, ale wiadomo przecież, że kto nie ryczy przy Agaetis, z tym nie warto iść na kawę, a można co najwyżej na piwo. –Jędrzej Michalak


011Fennesz
Endless Summer
[2001, Mego]

Endless Summer nigdy nie była płytą, którą wyobrażałem sobie jako osobiste miejsce pierwsze. Były bardziej epickie albumy, płyty z którymi spędziłem znacznie więcej czasu, zbiory piosenek znane na pamięć o wiele dokładniej. Oczywiście nie jest to zaskakujący wybór, szczególnie jeżeli przyjrzę się najprostszemu ciągowi skojarzeń: uwielbieniu dla Beach Boys i Loveless, ogólnemu zaufaniu dla melodyjności, nieufności do gitar, nieoznaczającej jednak ich odrzucenia, co potrzeby szukania ciekawszych zastosowań, zwracaniu się raczej ku popowym metodom kompozycji i wrażliwości i elektronicznej produkcji, nieśmiałemu uśmiechaniu się do muzyki klasycznej, preferowaniu ciekawej faktury dźwięku, czy nawet miłości do lata, wiązanej jednak zwykle z pewnym znużeniem, jakie potrafi przynieść funkcjonowanie w świecie, w którym wszystko jest "bardziej". To jednak nie tłumaczy wszystkiego. Kiedy zacząłem zastanawiać się nad albumem esencjonalnym, zarówno dla gustu, jak i wrażeń i sposobu odbioru, jedyną wracającą myślą była ta, że najbliżej ideału sięga Endless Summer. Muzyka jest tutaj najbliżej swojego celu – pomimo przelatujących obrazów i skojarzeń, zatopienie się w niej jest sytuacją możliwie najbardziej abstrakcyjną, a należę do tych, którzy muzykę uważają za najdoskonalszą formę sztuki, dlatego że jako jedyna daje się zapisać swoim własnym językiem, korzysta tylko ze swoich własnych narzędzi, nie musi odnosić się do czegokolwiek, nigdy nie jest odbierana przez dwie osoby w identyczny sposób i tak dalej. Założenie słuchawek na te 44 minuty i 28 sekund pozwala na oderwanie się od wszystkiego, znikanie myśli, nieskażoną manipulację mną jako odbiorcą. Nie nazwałbym tego relaksem – wrażenia mogą się wahać od zachwytu po zmęczenie, a koniec "seansu" nie jest żadnym magicznym oczyszczeniem, w końcu wiąże się z uczestnictwem w pewnym równoległym świecie. Z biegiem czasu coraz rzadziej potrafię położyć się na łóżku i nie robić nic oprócz wsłuchiwania się przez cały czas trwania albumu. Jakimś cudem z Endless Summer zawsze się udaje, a resztę już i tak znacie. –Kamil Babacz


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01   

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Porcys Składak: Październik 2014
Taylor Swift1989