SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 2000-2009 Na Świecie

13 listopada 2010


040Les Savy Fav
Rome (EP)
[2000, Southern]

Kultowa EP-ka o zjawiskowej okładce i cokolwiek kłopotliwym nazewnictwie rejestruje zespół w okresie przenicowywania dobrze znanych struktur art-punkowych w post-punk, uchwytując ducha zjawiska za pomocą nowatorskich narzędzi/pomysłów. Stąd "pisanie do góry nogami" i wysuwanie oskarżeń w kierunku grawitacji. Weźmy takie "Asleepers Union", w którym z punkowych treści pozostał tylko wokal Harringtona, brzmiący, co najmniej, frapująco w towarzystwie przyjemnie pluskającego basu, delikatnej perkusji i schowanej gdzieś hen daleko gitary. Stosunkowo duże pokłady substratu w utworze tytułowym zostają przepuszczone przez sito garażowej produkcji, która, wzmacniając przester na sekcji, oszczędza wspaniałe motywy Jaboura. Zresztą, przestrzeń i selektywność to wartości, które podkreślają wybitność Rome. Nie przegapicie kolejnego superchwytliwego basowego podjazdu, nie opuścicie żadnego porywającego riffu Setha, nie zapomnicie linijek pokroju: "We've got arms in the armory, facts in the factory / Sense in the century – this century of centipedes / This century is killing me – this century lied / I hope that we do better next time". Ten schyłkowy w wymowie a futurystyczny w formie album nie aspiruje – zamiast tego wykręca się bon motem: "I went from post-modern protégé / To post-modern passѐ" i złośliwie antycypuje. –Jan Błaszczak


039Out Hud
S.T.R.E.E.T D.A.D.
[2002, Kranky]

Największe dzieło sztuki, jakie wypłynęło na krótkotrwałej w gruncie rzeczy fali (neo?)-dance-punku to dla mnie "Sister Ray" epoki proto-hipsterskiej. Nigdy nie byłem w stanie rozpatrywać tego albumu jako kolekcji utworów (wiadomo), ale także trudno mi o nim myśleć w kategoriach "płyty" w klasycznym znaczenie tego słowa. S.T.R.E.E.T. D.A.D. to dla mnie extended riff, czyli czterdziestominutowa progresja-mutacja esencjonalnego muzycznego tchnienia circa Brooklyn dwa tysiące dwa. Tak jak repetycja tematów na krążku ogranicza się teoretycznie do sporadycznych powtórzeń najbardziej chwytliwych hooków (z najbardziej doniosłych fragmentów), tak za każdym przesłuchaniem trudno oprzeć mi jest się wrażeniu, że debiut Out Hud to najbardziej zapierający dech w piersiach biały szum w nocnym telewizorze. Przyswajanie S.T.R.E.E.T D.A.D. jest jak jazda rozpędzonym wagonem metr a (w zamyśle linii L) – słyszymy jednostajny, nieco stłumiony stukot kół, jednak refleksje, jakim nie sposób jest się nie oddać (podpowiedź: myślimy o imprezie) nadają każdemu uderzeniu oryginalnej tonacji i barwy, tak samo jak people watching zgromadzonych w naszym nowojorskim wagoniku indywiduów. Trudno o lepszy soundtrack do czegokolwiek, więc proszę nie wyskakiwać mi już z żadnym Interpolem. –Patryk Mrozek


038Pretty Girls Make Graves
Good Health
[2002, Lookout!]

Ktoś może się zdziwi, że ten prostolinijny, "melodyjny punk" nie zestarzał się w oczach redaktorstwa. Ja ze swojej strony mogę dokonać konfesji, że jako osoba cierpiąca na syndrom Piotrusia Pana reaguję entuzjastycznie na wymiatanie tak bardzo przejmujące, że dupa odpada i przypominające mi o czasach, kiedy kwalifikowałem się jeszcze do kadry Andrzeja Zamilskiego, a kondycyjnie byłem w stanie dotrzymać kroku przemieszczającej się z jednego końca sceny na drugi w ruchu przypominającym napad epileptyczny, Andrei Zollo. Wiecznie zagotowana, zadziorna wokalistka Pretty Girls najlepiej zresztą uosabia wściekłą dynamikę tego debiutu, robionego w myśl zasady, z którą niegdyś w czasie piłkarskiego treningu przed meczem ligi białych kołnierzyków zapoznał kolegę informatyka kolega z administracji: "biegasz albo wypierdalasz". Ale rzecz nie tylko w energii. Warto porównać Good Health z poprzedzającą ją EP-ką – słychać jak na dłoni wielkość tego ledwo półgodzinnego pocisku – pomimo że animusz podobny w obu przypadkach, poziom materiału na longplayu to ewidentnie wynik natchnienia.. Z rzeczy pokrewnych, o zbliżonej mocy wymieniłbym "Our Coastal Hymn" z Harringtonem skandującym "We don't know much about art, but we know what we like" i następującą chwilę później eksplozją. Tylko że, podczas gdy post/art-punk Les Savy chwilami zapowiada estetykę Interpolowską, PGMG, poza kilkoma elementami (jak przestrzenne świdrujące wiosła w "Sad Girls" czy niektóre emo-zaśpiewy Zollo), wyciskają do suchego wszystko dobre, co się w punku już wcześniej działo regularnie. Chyba dlatego, że tu nie ma przestojów – warto chociażby obczaić wulkaniczną aktywność wokół wykurwistego motywu "The Get Away" – ile osobnych tnących hooków i melodii gitar tam przemyka. Wciąż budzi podziw. –Michał Zagroba


037Solex
Low Kick And Hard Bop
[2001, Matador]

Bohaterką jest Holenderka, którą w latach dziewięćdziesiątych Matador (trzeba wiedzieć, że ten nobliwy label from NY, choć kojarzony raczej z indie-rockiem, flirtował też z muzyką około-elektroniczną), wziął pod swoje skrzydła. I to nie dlatego, że była taka dobra, ale bezczelnie temu, że inni nagrywali większy szajs. Tak "Hanka z kuchnią" wypłynęła na szerokie wody kariery międzyuczelnianej. Low Kick, trzecia płyta Esselink, proponuje klekoczące aranże na temat tego, co ślina przyniesie jej na język. Do czasu, gdy rozkręca się, kombinując z analogowymi szelestami, bukiecikiem klawiszy i brzdąknięć na gitarce, masz ją za poczciwą. I wtem mała legitymuje się członkostwem w Klubie DJ Shadowa, a w przesterowanym fajansie wjeżdżają na stół bachorskie gwiiizdki i bębenki! Cała płyta kopie w próchno. Solex wykonuje nieskrępowane dygi, odsłaniając barchanowe majtki, grzmiąc przy tym jak awizo z urzędu. Pod kątem buty ma się ku takim legendom, jak drapieżniczki The Slits albo żeński gang deskorolkarek ze Skate Witches ($^*). "Have You No Shame, Girl?".–Magda Janicka


036Radiohead
Hail To The Thief
[2003, Parlophone]

Jako, że o Radiohead napisano już z pewnością wszystko, wplotę tutaj coś o sobie. Na drużynę Thoma Yorke wpadłem stosunkowo późno, bo w liceum. Znajomi z bloków jakoś tego nie słuchali, internetu albo nie było albo był przez modem, więc ciężko było wyszperać cokolwiek – zwłaszcza w małym miasteczku. Tym bardziej zetknięcie z Radiohead jawiło się objawieniem. Pamiętam, że akurat plajtował jakiś internetowy sklep i wyprzedawał swój towar na internetowych aukcjach. Dwadzieścia-trzydzieści złotych za płytę. Niedrogo, ale wciąż sporo hajcu dla licealisty. Na szczęście dokładnie w tym czasie organizowany był konkurs wiedzy o lokalnym euroregionie – wiadomo, w przypadku dobrego wyniku dumni rodzice i dziadkowie wsparliby laureata. Ryłem chyba z tydzień, ale udało się. Zamówiłem Kid A, Amnesiac i Hail To The Thief. Każda z nich przechodziła (dosłownie) rytuał pierwszego przesłuchania na zdezelowanym discmanie (R.I.P) podczas nocnych spacerów po pustawej okolicy. Za każdym razem byłem totalnie bezkrytyczny, wzruszony i zafascynowany. Wiele się nie zmieniło. Macie takie historie o ściągniętych empetrójkach? –Jan Błaszczak


035Keith Fullerton Whitman
Playthroughs
[2001, Matador]

Co ja was będę oszukiwał: jestem modelowym typem z recki Playthroughs, który pierwsze odsłuchanie zaliczył zapewne czytając książkę (choć pewnie nawet gorzej). Co więcej, masterpiece Whitmana uderzył mnie z całą siłą w roku 2010 – jaka zatem lista dekady, chyba następnej. Ale też ta płyta to najbardziej wymagający album jaki znam: Stars Of The Lid, Gas czy Basinski to przy tym muzyka do windy. Szumy, zlepy, ciągi Białoszewskiego nie mogły wymarzyć sobie lepszego patrona, nawet w postaci Jelinka. Medytacyjność w muzyce to coś, co mnie akurat w tym roku bardzo pociągało, szukanie aspektów snu, wyciszenia, kwasowości też – Whitman to błyskające synapsy, to "chyba już". Dlatego powtarzanie rekomendacji kolegów, którzy pisali już o tym wcześniej, wydaje mi się czymś niepotrzebnym, ta płyta kiedyś może wam przyjdzie do głowy. –Łukasz Łachecki


034M83
Dead Cities, Red Seas & Lost Ghosts
[2003, Gooom]

Występ Gonzaleza i spółki w ramach ubiegłorocznego Openera to jedno z najfajniejszych koncertowych przeżyć w moim życiu i to mimo tego, że nie zagrali wówczas żadnego kawałka pochodzącego z tej płyty. Trochę szkoda, bo słusznie uważa się Dead Cities. za najlepszą pozycję w dyskografii projektu. Starcie tak różnych osobowości jak Nicholas Fromageu i Anthony Gonzalez zaowocowało pięknym (to jeden z tych niewielu przypadków, gdzie ten przymiotnik pasuje jak ulał) albumem, którego korzeni można szukać zarówno w klasyce dream popu i shoegaze'u, ale też w bardziej ambitnej elektronice końca lat dziewięćdziesiątych.

Ta płyta to propozycja zdecydowanie wymykająca się klasyfikacjom gatunkowym, bo panowie grają z nami w bardzo eklektyczne karty, dzięki czemu na przestrzeni niespełna godziny pojawia się wiele smakowitych odniesień wędrujących w rozmaitych kierunkach. Myśli jednych kierują się w stronę Islandii, drudzy wspomną "taką ostrzejszą kapelkę" My Bloody Valentine a trzeci zachwycą się umiejętnym połączeniem tych inspiracji w spójną całość. Jeśli chodzi o moje osobiste odczucia to muszę przynać, że darzę ten album niemałym sentymentem – może trochę wstyd to pisać, ale to właśnie Dead Cities, Red Seas & Lost Ghosts w pewien sposób mocniej popchnęło mnie ku szeroko pojętej "muzyce elektronicznej" i za to pozostanę Francuzom wdzięczny do końca życia. To wciąż zdumiewające z jak dobrym skutkiem udało im się w poszczególnych utworach uchwycić tak różne nastroje jak smutek, niepokój, radość czy nostalgia i to w sposób, który nie budzi absolutnie żadnych wątpliwości w trakcie odbioru tej muzyki. Szkoda, że ten album to ostatni owoc współpracy tak zdolnych zawodników, ale może i na tym polega w jakimś stopniu jego urok? Doceniając późniejszy dorobek Gonzaleza z innym towarzystwem nie sposób oprzeć się konkluzji, że przy współpracy Fromageu mógł wypłynąć na zdecydowanie szersze wody. –Kacper Bartosiak


033Luomo
Vocalcity
[2000, Force Tracks]

Spotkałem się z teorią, ze porównując nagrania muzyczne do innych nagrań muzycznych należy zestawiać dzieła jednego gatunku. Idź i powiedz to Vocalcity, kochanie. Sześc niekończących się utworów wypełniających po brzegi ten album nie pozwala na mówienie o sobie wyłącznie w wąskim kontekście microhouse'u, house'u czy nawet muzyki tanecznej w ogóle. Powiedzmy, ze kochasz nieśpieszne tempo erotycznej narracji i ciemną głebię płyt D'Angelo – nie widzę powodów, dla których nie miałoby cie zachwycić namiętne "Synkro". Fani black metalu powinni błądzić zafascynowani pośród strzelistych wieżyc melancholii na debiucie Luomo. Miłośnicy Talk Talk, Bark Psychosis, nawet ostatniego Grizzly Bear uronią wiele łez na swoje pulowery, zagłębiając się w zakamarki tych labiryntów i słysząc takie operowanie ciszą. Można tak długo, ale przekaz jest jasny – każdy z mózgiem i sercem powinien usłyszeć ten album.

Naturalnie to wciąż płyta skonstruowana narzędziami charakterystycznymi dla muzyki tanecznej, umiejscowiona na szkielecie house'owego bitu. Taniec na Vocalcity jest jednak bardziej wspomnieniem tańca zakonserwowanym w bursztynie. Tempa są letargiczne, kawałki zmuszają raczej do zadumy. Tytuł nie wziął się znikąd – człowiek znany kiedyś jako Vladislav Delay w przypływie geniuszu zaludnił swoje futurystyczne miasto, właściwie raczej współczesną metropolię, wokalami, których brakowało jego wcześniejszej twórczości, a z których skorzystał jeszcze bardziej na wspaniałym The Present Lover. To jednak miasto duchów – partie wokalne są jak zjawy, zanikające pozostałości zapomnianych radiowych przebojów. Tak właśnie Luomo przecierał szlaki dla Buriala i wszechobecnej hauntologii w muzyce. Tylko Ariel Pink w latach 00s osiągnął taki stopień wizjonerstwa i mistycznej aury jednocześnie. –Łukasz Konatowicz


032Blur
Think Tank
[2003, Parlophone]

Kiedy tak słucham "nowego" singla Blur, przypomina mi się, co nas mogło czekać w 2003: album niegenialny. 13 sprawiała wrażenie "zamknięcia pewnego etapu", ponadto to całe zamieszanie z Coxonem... Nie wiem czy celowo, ale słychać na Think Tanku podchwycenie pewnych wątków z Yoshimi, daje o sobie znać również nieutracona (jeszcze wtedy?) umiejętność Albarna oceniania własnych pomysłów. Bo niby "Crazy Beat" sporo osób drażni, ale poza nim na każdą z trzynastu piosenek "miało się fazę". Gdyby przyjechali do Polski teraz, masy odruchowo łażące na wszystkie duże koncerty musiałyby się nieźle wynudzić słuchając tych wrażliwych i delikatnych songów. A może by zrozumieli... –Jędrzej Michalak


031Rapture
Echoes
[2003, DFA]

Zarówno kamień milowy, jak i szczytowe osiągnięcie dance-punka. "House Of Jealous Lovers" wykopało cały nurt na salony, stając się przy okazji jednym z najważniejszych i najlepszych singli dekady, ale każdy o tym wie. W razie czego – pisałem o tym dokładnie i wyczerpująco w odpowiednim miejscu i czasie. Co do samego Echoes – łączy w sobie najlepsze cechy gatunku, rezygnując chyba tylko z dłuższego i trochę narkotycznego transu !!!. Poza tym bierze całą pulę i podnosi ją do potęgi n-tej. Rozpoczyna "Olio", który idzie przez całą długość na nerwowym, ależ jak bardzo nerwowym, pulsie sekcji rytmicznej napotykając po drodze miejsko-introwertyczny wokal Safera/Jennera (nigdy nie wiem), który niegdyś w dobrym tonie było porównać to Roberta Smitha, dziś wiadomo już jednak, mam nadzieję, aż nazbyt dobrze, że Rapture jest Rapture, na Echoes wręcz po stokroć. Następny w kolejce "Heaven" proponuje nam natomiast zapoznanie się z metodą oparcia tanecznego, bez problemu zapamiętywalnego przeboju na dysharmonii, rozkurwie. No i wyliczanka. Dla mnie już wszystko wiadomo, a przecież mamy jeszcze do czynienia z energetycznymi, elektrycznymi wyładowaniami "The Coming Of Spring" i "Echoes", od których adrenalina rośnie tak, że wyparowuje przez skórę i ma wpływ na otoczenie. A jeszcze chodzone szybkim tempem "I Need Your Love" i "Sister Savior", czy zwolnienia tempa, otarcie potu z czoła "Open Up Your Heart" i "Love Is All". Kończy się istną kodą, podskórnie kompulsywnie pięknego "Infatuation", który nie pozostawia złudzeń, że mamy do czynienia z albumem kompletnym. Nawet kompletnym, bo to, że nie znam zbyt wielu płyt o podobnym ładunku energii, rozdzierającej gardła oraz resztę ciała i ducha energii, pozostaje dla mnie pewnikiem. –Radek Pulkowski


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01   

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy