SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 2000-2009 Na Świecie

13 listopada 2010


080Murcof
Martes
[2002, Leaf]

Fernando Corona jest jednym z niewielu ludzi, którzy odkryli przepis na połączenie clic'n'cutsowej elektroniki z samplami klasycznych instrumentów w taki sposób, aby nie można było wyobrazić sobie ich oddzielnego funkcjonowania. Największą rolę w tworzeniu Martes odegrały fascynacje współczesnymi kompozytorami muzyki poważnej – Henrykiem Mikołajem Góreckim, Giyą Kanchelim, Arvo Pärtem czy Mortonem Feldmanem. Fragmenty ich utworów w sposób dosłowny przedzierają się przez kruche, minimalowe struktury rytmiczne, niosąc ze sobą także echo całego ładunku emocjonalnego i aury tajemniczości, jaka je otacza. Dobór sampli jest nieprzypadkowy - wszyscy z ulubieńców Murcofa są znani z muzyki głęboko uduchowionej, medytacyjnej, operującej oszczędnymi, nierzadko zagadkowymi środkami i taki też jest jego debiut. Szlachetne piękno Martes nie wynika z erudycyjnej żonglerki nobilitującymi odwołaniami, ale z dogłębnego namysłu nad nimi, zrozumienia i pokory. Wspaniałe dzieło. –Krzysztof Michalak


079Destroyer
Streethawk: A Seduction
[2001, Misra]

Przeszukując ostatnio półki z płytami zauważyłem, że najbardziej zniszczone są CD Destroyera. Porysowana powierzchnia krążków, wyblakłe, poszarpane i pogniecione okładki, popękane pudełka. Wniosek był bolesny: jestem sentymentalnym dziadem. Jak do tego doszło? Dlaczego wcześniej niczego nie zauważyłem? Kto za to odpowiada? Czy jest nas więcej? Gdyby złożyć z tego klasyczny hinduski sylogizm, mogłoby wyjść, że słabość do folk-rocka i wysadzanej po brzegi słonecznymi predykatami, rozbudowanej znaczeniowo składni determinuje w sposób zupełny stosunek podmiotu do dyskografii Bejara, ale to dopiero połowa prawdy. Wspomniane sentymentalne dziadostwo warunkuje jeszcze faktyczna przystawalność piosenek członka New Pornographers do codziennych znojów z dziedzin romantyczno-kulturowych. Otóż zarówno gitary, jak i pianina jest nasz bohater mistrzem, liryczne chopsy naładowane polityką i kobietami są tylko dodatkiem, który nieświadomie bardzo łatwo uznać za atut przewodni. Gdyby nie przysłowiowe akordy, Streethawk mógłby być najwyżej napisem na grzbiecie tomików beatnikowskiej poezji. Już zupełnie pomijając fakt, że jest to najbardziej otwarta melodycznie płyta Destroyera, zawierająca najwięcej dosadnych hooków, nie pisałbym tekstu o Bejarze gdybym nie załączył kilku spektakularnych wersów. Pokolenie stanu wojennego na pewno ma ich już po uszy, bądź krocze, niemniej jednak będziemy to kiedyś pokazywać dzieciom przed ich pierwszą randką, a wtedy nieodzowne staną się niektóre linijki. "Goddamn your eyes.
They just had to be twin prizes waiting for the sun". "Bloodlet yourself, street style!! / You got the spirit. Don't lose the feeling". "For someone so beautifully scarred I imagine it must be hard / 
To stay away from a life of public relations". Nieważne, czy cytuje Pere Ubu, Joy Division czy The Clash. Szczerze mówiąc, zamiast powielać schemat wklejania tekstów, wypróbowany przez większość piszących blurby o Destroyerze przede mną, planowałem ułożyć Top 10 progresji, tylko nie bardzo wiedziałem od czego zacząć. Moje dziesięć groszy idzie na przekręt z D i E w "The Sublimation Hour" na wysokości "...'till everyone walks out / Hey, isn't that what rock 'n' roll is all about, Princess?
/ Confess your bloated self, willful and indignant" do D-moll "in the face of somebody's lord!", kończącego zwrotkę tonacyjnym kopniakiem w górne jedynki plus górną wargę. Możemy być już znudzeni słuchaniem jakiegoś artschoolowego dandysa z brodą, tylko że mogą wtedy wystąpić problemy ze znalezieniem podobnego narratora z tak ekscytującymi czterema akordami na długości dziesięciu sekund. –Mateusz Jędras


078Supersilent
6
[2003, Rune Grammofon]









(Rembrandt van Rijn, Rozpłatany wół, 1655; olej, deska; 94 x 69 cm; Luwr)

–Krzysztof Michalak


077DJ Sprinkles
Midtown 120 Blues
[2009, Mule Music]

"House isn't so much a sound as a situation".

Programowe "Midtown 120 Intro" zaleca refleksję nad rolą house'u w naszych życiach, jak to jest dziś, jak było kiedyś. Tu, drodzy, znajdziecie skarbnicę wskazówek na ten temat. Autor, Terre Thaemlitz, występujący akurat pod jednym z puli aliasów, a tak w ogóle to teoretyk transgenderu i artysta multimedialny, w latach osiemdziesiątych podpadający pod nowojorską, wówczas świeżą scenę house'u, wskakuje w rolę pilota wycieczki po gatunku. "Love, life, happiness" – mocne kreda, kojarzone z bestroską doczesnej jakości house'u, Sprinkles skwituje Wam w sposób niekwestionowalny: “greeting card bullshit”.

"Tęsknię za Tobą, Jaćwingu" – w ów duchu mamy wyłożone, z czego house się wywodzi i nie są to przelewki, bo "podwalinowe" tematy, wokół których gatunek krążył u zarania to gdyby-ściany-mogły-mówić: substancje, bezrobocie, picie, cenzura, albo płciowość - niemal o wszystkim dowiecie się z najkrótszego na liście intro, w którym Thaemlitz preleguje z sekciarskim zacięciem w obstawie charyzmatycznego basu. Przekonajcie, Bracia Śląscy Okultyści. Ku majestatycznej reminiscencji, Midtown uciekł od parkietowania. Wszystkie utwory zdradzają skłonności melankolijne, szwung głębokich linii basu i krewkiego wokalu ustąpił w dużej porcji drobnym chórkom klawiszowym, dutkom, ambientowaniu, ściszonemu głosowi, albo zepchniętym w tło skandom i śmiechom. W pietystycznie selekcjonowanych dawkach zachodzi rasowym gróvem to tu, to tam, słychać to w hi-hatach, soczyście używanych w tytułowym, w ostatnim, 12-minutowym traku, króluje złowróżebny bas, zapuszający się w wielowarstowe, torfowe głębiny – znaków firmowych wychodzi w sam raz na raz, nie ma potrzeby podnoszenia larum. Sprawa jest w gruncie delikatna i wymaga elegancji, z platynowym połyskiem na dekadenckim kieliszku. –Magda Janicka


076We Versus The Shark
Ruin Everything!
[2005, Hello Sir]

"We tracked as much of it as possible in a live fashion. We mixed as much of it as possible in a sleep-deprived, delirious fashion" – przeczytacie w książeczce tego wspaniałego debiutu. Już ten krótki opis może wprowadzić was w świat Ruin Everything! – płyty, od której bije nieokiełznanym żywiołem. Najbardziej symbolicznym wyrazem tego szaleństwa jest furiacki, opętany głos Luke'a Fieldsa, którego wokalne interpretacje wykupiły tuzin turnusów w wiadomych ośrodkach, dotowanych z naszych ośrodków nerwowych. Nie będzie jednak prawdziwym stwierdzenie, że debiut Sharków to brainiac'owski punk, nieczytelny w swojej ekstremalnej formie. Wręcz przeciwnie. Ruin Everything! sytuuje kwartet gdzieś na przecięciu przekątnych kwadratu o wierzchołkach: dischord punk (aka Fugazi), indie rock (aka Dismemberment Plan), techniczny prog-rock (aka King Crimson/Cancer Conspiracy), post-punkowe starocie (aka B-52's/ Gang Of Four). Co więcej, rezultat takich kompromisów brzmi naturalnie… naturalnie zajebiście. Indie rockowy szkielet "Easter Island Is For Lovers" rozbity przez improwizowaną walkę na motywy (gdzie gitara jest perką i odwrotnie); math-rockowa wariacja na temat Pavement w "I Am at the Mercy of an Ambulance Driver" wybuchająca hardcore'owym zrywem; wreszcie opus magnum (10.0) "Graceless Planet", gdzie szaleńcza interpretacja (w której jest metoda – wrzućcie na dobre słuchawki i śledźcie kanały!) najlepszych "dischordów" spełnia się w dance-punkowej codzie. A to przecież tylko fragmenty wybrane losowo z gęstwiny wspaniałych motywów, zagrań, hooków i patentów (te quasi-intra/outra "As Good As It Gets", " I Am at the Mercy of an Ambulance Driver " – rozkoszne przecież), składających się na jedną z najbardziej intrygujących kompozycyjnie płyt dekady i niepodważalny klasyk dla grupki kultystów, do której niniejszym zapraszam. –Jan Błaszczak


075Manitoba
Up In Flames
[2003, Leaf]

Ej, ja właściwie nie znam tej płyty. No dobra, znam, ale to zdanie najlepiej opisuje moment mojego największego doznawania przy Up In Flames. Wieczorami ze słuchawkami i tak dalej słuchałem tej płyty mówiąc sobie "Tym razem nie zasnę, nie zasnę, ogarnę i odlecę bardziej! Hit me! ", a potem przy "Jacknuggeted" wpadałem w półsen i odbywała się automatyczna samplerka wykonana przez moją głowę: ripitowanie niektórych sekund i motywów , olewanie innych, podkreślanie reszty. A potem bęc, jeszcze wizualizacje, że pasaże zbyt wysokich Babaczy, wielka powódz, wszystkie domy to tylko szkielety konstrukcyjne, a ja jestem super tajnym agentem i jestem torturowany widokiem tysiąca grubasów tańczących kankana. Przy "Every Time She Turns Round It's Her Birthday" budzę się i tak jak wizualizacjach z koncertów mam reminiscencje z całego pokazu sennej wyobraźni. I to w żaden sposób nie wypacza zamysłu artystycznego Dana Snaitha, bo Up In Flames to gorączkowe przeżycie, a nie jakieś pojedyncze utwory czy nawet dźwięki. To płyta, która mogłaby obrać patronat nad kampanią reklamową lucid dreamingu. To "zachwyt nad tym do czego jeszcze jest zdolna muzyka". –Ryszard Gawroński


074Herbert
Bodily Functions
[2001, !K7]

Mam problem, bo Bodily Functions chyba nie kręci mnie tak, jak powinno. Owszem, jest to bardzo porządna jazz-house'owa płyta. Ma ciekawe tekstury, a melancholijny głos Dani Siciliano pieści jak aksamit. Tylko, że jest za głośno zmiksowany, a delikatne dźwięki trąbek mu towarzyszące pachną oklepanym zagraniem. Nie ma tutaj artystycznego ryzyka, nie ma kontrowersji, nie ma emocji, nie ma mięsa. Jest wiele ładnych dźwięków, jest "dżezik", ale czy to jest Sztuka? Mnie to zwyczajnie nudzi. I nawet nie da się przy tym tańczyć! Jednak to, co dla mnie jest wadą, dla innych może być zaletą. Oddając Herbertowi należny mu szacunek, nie zapominajmy, że recenzowanie muzyki jest także sztuką dygresji, kwestionowania opinii, wskazywania różnych perspektyw. Jest to jeden z producentów, który poszerza paletę muzyki house, więc jeśli ktoś interesuje się rozwojem gatunku na początku millenium, powinien się z jego wypowiedzią artystyczną zapoznać. Niech moje zrzędzenie nie popsuje Wam frajdy. –Tomasz Gwara

Ogromnie szanując opinię mojego przedmówcy, pozwolę sobie, w myśl może nieco przedszkolnej, ale jednak sensownej zasady "najważniejsze to pięknie się różnić", przedstawić nieco inne stanowisko w danej kwestii. Mnie Bodily kręci dokładnie tak "jak powinno" (zakładając, że chodzi tu o zgodność z tak zwanym "konsensusem"). Płytę uznałbym właśnie za rodzaj pomnika wieńczącego wszelkie eksploracje z pogranicza house'owej rytmiki i jazzowej ornamentyki. Określenie "ciekawe" w odniesieniu do wariackich faktur, które Matthew wygenerował tu z ludzkiego ciała, wydaje się lekko deprecjonujące. Co do artystycznego ryzyka – pomijając odważną fuzję wspomnianych genres, sądzę, że ono tu występuje, ale na drugim planie, pod postacią elementów musujących w brzmieniu, jak rozpuszczalna tabletka w gorącej wodzie – te wszystkie kliki w skali mikro... Emocji doszukałem się aż nadto – głos Siciliano emanuje rzadko spotykanym liryzmem, by przywołać "Suddenly", "Leave Me Now" czy niesamowicie narastający closer "The Audience". "Ładne" dźwięki, jeśli do tego rozplanowane inteligentnie – to dla mnie spora wartość, więc nie wiem jak definiujemy "Sztukę", ale... Herbert to moim zdaniem jeden z niewielu elektronicznych post-modernistów, którzy nie tylko opanowali posługiwanie się wieloma muzycznymi językami, ale i swoim wypowiedziom nadali rys indywidualności i naładowali je uczuciowością przesłaniającą cały akademizm tego eksperymentu. Mogę mu tylko zarzucić dwie rzeczy: a) że poza kameralną balladerką właściwie Bodily to Around The House bis i b) że później, poza kilkoma pojedynczymi trackami, gościu nie wzniósł się już na taki poziom – nagrywając co najwyżej angażujące, "udane" próby – i myślę sobie, że jeśli czegoś mi w nich brakowało, to właśnie "dżeziku". Z uszanowaniami. –Borys Dejnarowicz


073Gas
Pop
[2000, Mille Plateaux]

Niemal każdy, kto próbował kopać się z Voigtem na interpretacje, kończył marnie. Oczywiście, na jego najlepszej i ostatniej płycie pod kryptonimem Gas wyeksponowany jest motyw wody. To ochłap opisu oczywiście i do niczego nie przydatny. W wydanym dekadę później Triangulation też jest woda, a różnica jakościowa wiadoma. I ja też nie zamierzam się z Pop pojedynkować. Te przepięknie pozlepiane tekstury – podwiązane zaskakująco wyraźnym pierwiastkiem rytmu – tworzą modelowy ambient – przy odpowiednich warunkach umiejętnie oszukują kilka zmysłów, powodując metafizyczne doświadczenia dla ubogich. Na papierze to średnio wygląda, ale to i tak jedna z lepszych rzeczy, jakie mogą Wam się przydarzyć w samotności. –Filip Kekusz


072Fiery Furnaces
Blueberry Boat
[2004, Rough Trade]

Hyzio miał 14 lat. Był hipsterem od pierwszej gimnazjum. Jego ulubione zespoły to między innymi Interpol, Coldplay, Gang Gang Dance, Grashopper, Emerson Lake & Palmer, Oneida i Animal Collective. Nie stronił też od dobrego house'u, lubił chodzić na tańce. Pewnego dnia na dysku jego poklejonego różowymi postaciami z japońskich kreskówek laptopa znalazł się album o tajemniczym tytule Blueberry Boat. Hyzio, zawsze spragniony nowych doznań muzycznych, czym prędzej załadował dzieło na swojego iPoda i ochoczo wyszedł do parku. Słuchawki, szalik, trampki, ubłocone, błoto, czapka, rękawiczki, schyłek października, czternaście stopni w cieniu a dookoła gdzie nie spojrzeć sam cień a słońca to może było wczoraj trochę a dlaczego zapytał Hyzio a dlatego odpowiedział mu pan na przystani przestępując z nogi na nogę bez nogi pod błotem warstwa martwej dziewczyny z wczorajszej nocy a słońca było tylko trochę muszę napisać jakąś dobrą piosenkę Marta się ucieszy tak dawno nie zagrałem jej żadnej nowej ucieszy piosenkę mój tata marynarz nie lubił prog-rocka wolał elektro i bluesa marynarz maszynista

Przerost mózgu to niecodzienna dolegliwość. Nie jesteśmy przygotowani na rozmawianie o niej, dlatego też Blueberry Boat, jako kliniczny przykład niekontrolowanego rozrostu dendrytów, wzmożonej aktywności jonowej a nawet opuchłego hipokampu wciąż zaskakuje jako mocny WTF. Albo dajemy się naciągnąć na lekko pretensjonalną, ale zawsze soczystą w ulissesowe mapy poznawcze zbyt wielkiej liczby ludzi naraz wycieczkę po długaśnych, introwertycznych badaniach terenowych z pogranicza pierwszoosobowej obserwacji skal modalnych, albo uznajemy opętańcze szeregi półtonów i opowiastek o dawno zmarłych pracownikach publicznych za przekombinowany koncept, zbudowany ku chwale nieistniejącego geniuszu. Można też się znudzić, jeśli się naprawdę postara. Jeśli nie czytasz książek liczących mniej niż 400 stron, ta płyta jest dla ciebie. Jeśli ciekawi cię jak piosenki-nowele The Who sprawdzają się we współcześnie zaktualizowanym kontekście, kup sobie egzemplarz Boat na winylu, na CD dla dziewczyny, żeby wiedziała dlaczego jesteś taki dziwny, po czym jeszcze raz sprawdź, czy aby na pewno kumasz Pałubę, dawg. –Mateusz Jędras


071Mark Eitzel
The Invisible Man
[2001, Matador]

Mark Eitzel jest facetem przejmującym. Gdybym pracował w warzywniaku a on przyszedł i poprosił o kilo pomidorów, to zrobiłoby mi się jakoś smutno i melancholijnie. Istnieje taka chora zależność, sprawiająca, że smutek rozdziera tym bardziej, im mocniej staramy się nadać mu przyjazną formę. Tak jest chociażby w wywiadzie, którego udzielał w 2001 roku, gdzie pytany o miejsce Invisible Man w solowej dyskografii odpowiedział: "In a way I think it's a lot less, um, what's the word? Desperate, I guess. It's a lot less desperate, because I'm not that desperate now. I'm making a conscious decision to make a positive music, because I need that in my life". Brzmi to, mniej więcej, tak wiarygodnie jak wieńczący całość entuzjastyczny blues "Proclaim Your Joy" – równie wspaniale, zresztą. Pozostałych dwanaście utworów to poruszające i wyjątkowo mądre opowieści usytuowane, gdzieś pomiędzy Timem Buckley'em, Drake'iem i Dullim, zaaranżowane na gitarę akustyczną, perkusyjne loopy i okazjonalne klawisze. Całość nagrana w mieszkaniu Eitzela, stąd, być może, niezbywalne poczucie więzi, zrozumienie, współprzeżywanie wreszcie. W apartamencie niewidzialnego człowieka szklanki są do połowy puste, ale to co zawiera druga połowa wystarczy, żeby zwalić was z nóg. –Jan Błaszczak


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01   

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Różni WykonawcyAir Texture Vol. VI
ObjektCocoon Crush