SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 1990-1999

27 sierpnia 2012

 

 

020Talk Talk
Laughing Stock
[1991, Verve/Polydor]

Nigdy nie *przestrzegałem* post rockowych albumów Talk Talk, nie byłem podatny na status nieskazitelnej klasyczności tej ich drugiej odsłony. Jakakolwiek pozycja w jakimś rankingu czy ocena z neonem reklamowym obok wydaje się być zabiegiem pretensjonalnym. Albo groteskowym sabotażem materiału związanego z tak intensywnym zaangażowaniem w postawę spokojnej rezygnacji, z tak misterną, pokorną konsekwencją opowiadającym o niedoskonałości. I właśnie czegoś istotnego mi w tych wydawnictwach niezmiennie brakuje ("i vice versa!"), ale w taki sposób, że tym bardziej chcę się tymi brakami zajmować, dlatego ostatecznie jestem w tym komencie.

Hollis, mając za sobą przekroczenie bariery wcześniejszego *dźwięku* na Spirit Of Eden, potraktował nowatorską materię z większą muzykalnością, po prostu. Już ograł sobie koncept, zyskał luz (taa, on). W porównaniu ze Spirit... chaotyczne freski i gesty ratowania ginącego porządku zyskują na Laughing Stock na wyrazistości. Struktury stają się też bardziej płynne. A melodyka już nie odnosi się tak zauważalnie do The Colour Of Spring. Może ustała potrzeba symulowania bliższej autorowi wersji *tamtego* albumu. Wizja Hollisa zyskuje na samodzielności także na poziomie gatunkowym, zbytnio nie wyhamowując na żadnej ze źródłowych konwencji.

A co z aktualnym odbiorem? Same zestawienia malowanych trąbkami jazgotliwych krech i spogłosowanych, zgrzytliwych gitar, mające w grupie najsilniejszych skojarzeń takie sprawy jak tonięcie tankowca, nadal mogą robić wrażenie – bo wybrzmiewają w otoczeniu dźwięków, które trudno gdzie indziej usłyszeć w takiej konfiguracji. Właśnie te subtelne, czasem pojedyncze, sekundowe wtrącenia, wtopione w tkankę dźwiękową miniaturowe zagrywki często powodują, że można se usłyszeć w Laughing... odpowiednik rezerwatu naprawdę unikalnej przyrody. Weźmy pre-glitchowe efekty uzyskiwane ze ścieżek instrumentów dętych. Z jednej strony składają się one na sekundy antycypujące laptopowy folk i nowszy ambient o organicznym zabarwieniu. We fragmentach słychać też zalążki medytacyjnych przekształceń dream popu i slowcore'u spod znaku Labradford czy znakomitego, rozmywającego się w kierunku dronów Sleeper Coach Zelienople, jednego z moich ulubionych nagrań lat dwutysięcznych.

Te wszystkie odniesienia są nieuniknione, ale też Laughing... wymyka się nawet swoim najbardziej zajmującym "następcom" już tylko dzięki bogactwu emocjonalnemu, a przede wszystkim za sprawą unikalności przebiegu i faktur. Także to co znajduje się pomiędzy brzmieniowymi skrajnościami – napięcie, sposoby formowania ciszy przed i po burzy – brzmi i dziś zajebiście świeżo. Zderzanie stylistyk zostało przeprowadzone w wielu fragmentach w sposób bardziej swoisty niż na albumowym poprzedniku. Przeszczepy z jazzu, krautrocka, neo-poważki przyjęły się i częściej brzmią tu jak nowokształtujące się wtedy wcielenie Talk Talk i nic innego. Nikt mi znany nie zdołał przechwycić tego, co tu zrobił Hollis, dotrzeć chociaż w okolice mimikry jego twórczości, ani intencjonalnie, ani z powodu ignorancji, już nawet nie żartując o ewentualnej powtórce casusu typu Marconi-Popov na gruncie muzyki.

Druga, srebrna strona złotego medalu, którego nie miałbym ochoty wręczać Hollisowi, ani nawet go tworzyć (zresztą płyta już nim jest), to niby nieznaczne, niby rzadko pojawiające się zaburzenia w spójności kreacji odstępczej wobec wszystkiego innego. Wyjątkowość stylistyczna nie wytrzymuje oczekiwania, że będzie bezbłędnie pokrywać się z całkowitym czasem trwania albumu – a taka arogancka potrzeba powstaje we mnie dzięki temu, że przeważnie Talk Talk grają na Laughing... coś jedynie swojego. I każde drobne odstępstwo jest już dla mnie rysą na iluzji wyjątkowej, odrębnej tożsamości.

Kiedy zespół ma zarejestrowane tak zjawiskowo i zdawałoby się bez wysiłku zindywiduowane organy i skrzypce jak w "New Grass", łatwo o wrażenie zbędnej odtwórczości we fragmentach zaaranżowanych tylko nieco bardziej typowo, jakby z chwilową zatratą poczucia nad jakiego kalibru kreacją się pracowało. Przez to wyże trąbki, podane wprost free jazzowo, o których wcześniej wspomniałem w kontekście pozytywnym, niekiedy bywają dla mnie wręcz bohomazami, przez które trzeba z niesmakiem przebrnąć; a przecież są stale na miejscu, podręcznikowo kontrastują, konsekwentnie dopełniają zamysłu. "Ciało obce" gatunkowo, zasadnie i sugestywnie reprezentuje gwałtowne naruszenie, brutalną ingerencję czynnika "spoza". Ale kiedy w kontakcie z najbardziej kosmicznie/Hollisowo brzmiącymi fragmentami nabędzie się nadwrażliwości na obecność wszelkich, choćby najszlachetniejszych kserówek, gwałtownie siada poziom tolerancji dla takich gładkich tłumaczeń. Rzecz nie do pomyślenia przy odbiorze na przykład lwiej części elektroniki, ale odbiór Laughing... bardzo szybko potrafi stać się też narracją o nienasyceniu, w pewnych warunkach i okolicznościach drażniącym przypominaniem o ludzkiej ułomności, obecnej nawet w dziełach określanych jako największe. Pośmiewisko jest całe zrobione z fundamentalnej niewygody, kształtującej przestrzeń albumu na tyle bezkompromisowo, że obok śladów klasycznego piękna znajduje się w niej również wiele miejsca dla chyba dość istotnych uchybień. –Andrzej Ratajczak


019Sea And Cake
Nassau
[1994, Thrill Jockey]

Omawiana płyta nosi tytuł Nassau, a zespół wykonujący piosenki to The Sea And Cake. Piosenki są bardzo starannie zaaranżowane, przy czym wykonujący partie gitary basowej Eric Claridge namalował też obraz z tylnej obwoluty. Tylko jeden utwór nosi polski tytuł, pozostałe to domena języka angielskiego, po którym nazwa zespołu oznacza "morze i ciastko". Paradoksalnie, można by powiedzieć, że muzyka na płycie jest jak morze głęboka i słodka jak ciastko. Sam Prekop śpiewa, chociaż jak mogą pomagają mu na innych instrumentach inni muzycy, też zasłużeni dla sceny Wiecznego Miasta. Mimo niebanalnej formy, piosenki zaskakują przebojowością, a to zapewne dlatego, że na etapie drugiego krążka, muzycy mieli jeszcze dużo skumulowanej energii i pomysłów. Miękkie brzmienie tej muzyki współgra z jej ogólnie pogodnym, czasem nawet optymistycznym charakterem, ponieważ artyści unikają mroczniejszych dźwięków. W innym przypadku być może należałoby, żartobliwie mówiąc, zmienić tytuł płyty na Dachau. Podsumowując, materiał tego albumu jest bardzo dobrze przemyślany, a jego słuchanie dostarcza wiele przyjemności. Gdybyście mieli jeszcze jakieś pytania odnośnie omawianej płyty – piszcie, chętnie na wszystkie odpowiem. –Piotr Piechota


018Wrens
Secaucus
[1996, Grass]

Gdyby Wrens pokusili się w 1996 roku o nagranie sześćdziesięciu dziewięciu piosenek o miłości, historia takiego albumu musiałaby się potoczyć podobnie jak owego żartu ze słynnego skeczu Monty Pythona. Po fali tajemniczych zgonów, będące w obiegu krążki by spalono, a płytę-matkę zakopano na wieki. Szczęśliwie, new jerseyańska załoga ograniczyła się do piosenek dziewiętnastu i dziś, przy zachowaniu pewnej ostrożności, możemy tej klasycznej pozycji słuchać bez narażania umysłu na zbyt dużą dawkę bodźców. Intensywność materiału zawartego na drugiej płycie Wrens zawsze stanowiła dla mnie niemałe wyzwanie. Pewnie i są twardsi gracze, wciągający Secaucus na raz – u mnie zawsze odbywało się to na raty. Najpierw do "Hats Off", później spacer dookoła bloku, kilka głębokich wdechów i dalej, ile starczy sił. Co nie znaczy, że obcowanie z Secaucus jest męczące, ależ skąd. To trochę tak, jak z kilkuset stronicowym albumem z reprodukcjami obrazów twojego ulubionego malarza. Można wciągnąć go na raz, jak zestaw z McDonalda, ale jeśli pozwolisz oczom zatrzymać się chwilę nad sensem i detalem, trzy obejrzane obrazy uczynią cię szczęśliwym na cały dzień. Jedna z nielicznych płyt na mojej przepastnej półce, która nie pokrywa się kurzem. –Piotr Piechota


017Slint
Spiderland
[1991, Touch & Go]

O Ulissesie Jamesa Joyce'a jego tłumacz Maciej Słomczyński napisał, że jest zapoczątkowaniem nowego rodzaju sztuki i doprowadzeniem go do doskonałości na przestrzeni jednego dzieła. Spiderland tak samo. Obojętnie czy rozliczać z dorobku post-hardcore, math-rock czy post-rock, większych kontrowersji nie wzbudzi opinia, że to Spiderland jest największym dokonaniem, obojętnie w którym z tych gatunków album sytuować. Tymczasem mamy do czynienia z czymś jeszcze innym, co nie zostało powtórzone, czego nikt nie potrafił naśladować. Post-rock Tortoise, post-rock Mogwai czy post-rock Godspeed You! Black Emperor, math-rock Don Caballero, math-rock Chavez, wszystkie zupełnie inne, znaczące, ciekawe i niejednokrotnie rewelacyjne, choć nie do wyobrażenia bez Slint, są od niego czymś zupełnie innym.

Spiderland zdarzyło się raz. Instrumentalne i wokalne wybuchy to nie niespodzianka konstrukcji, to niemożliwość dłuższego tłumienia krzyku, który przez całe minuty jest tuż pod wyrafinowanymi pasażami, pod dojmującym szeptem i pod skórą. W dodatku takiej siły tego, co wydostaje się uprzednio tłumione, nie spotyka się często, to nie byle niepokój, co poznać można już po detalach, jak prawdziwie męskie brzmienie tych jebanych bębnów lub po całokształcie intelektualnego panowania nad wszystkim. Intelekt i instynkt w parze, ale to, co ważne i tak bierze się z tego, co nieznane. A co naprawdę myślę o tej płycie – chcielibyście wiedzieć. –Radek Pulkowski


016Stereolab
Emperor Tomato Ketchup
[1996, Duophonic]

Nigdy wcześniej nie było u nich tak przytulnie (a to dopiero początek), być może jeszcze nie koniec krztuszenia się opiłkami motorikowego żelaza, ale już blisko wypłukiwania smaru z wysłużonych VU maszyn sztucznie barwioną lounge lemoniadą. Odległe, wystudzone z namiętności wspomnienie obściskiwania się za halą produkcyjną w czasie strajku, w trakcie walki z bezecnym wyzyskiem krautrocka. Transowy, jednostajnie przelewający się kapitał nie został jednak ostatecznie strącony do lamusa, gdyż skwapliwie patronuje z ukosa francuskiej miłości z instrumentalnym rozbuchaniem, harcom szlachetnych akordów, hip-hopowej rytmiki z aseptyką mcentire'owej produkcji. Aż wysztafirowana Hardy w lśniącej antyramie zasłania rozdziawione usta, a tornado milionów popowo zogniskowanych melodyjek mierzwi jej nienaganny fryz. Dumni, gruntownie wykształceni laboranci zdjęli maski spawalnicze, by zaczerpnąć rześkiego, piosenkowego powietrza. –Wojciech Sawicki


015Built To Spill
There's Nothing Wrong With Love
[1994, Up]

Kontekst nie ma znaczenia:

Płytka z chmurką na okładce brzmi tak, jakby jej (prawdopodobnie) nastoletni twórcy nauczyli się pośpiesznie grać na gitarach i perkusji, lecz zamiast "Stairway To Heaven" ich aspiracją było zinterpretowanie królującego w radiu i telewizji popu. Mam na komputerze empetrójkę live z Built To Spill coverującymi Macy Gray i dam się pociąć, jeśli "I Try" nie jest tak samo "ich" piosenką jak "Big Dipper" czy "Cleo". Wokalista, który na pewno jest chudym emosem, niesie swoim głosem sztandar wszystkich chudych emosów, którzy uciekają po szkole przed większymi kolegami by oglądać Star Treka przed telewizorem, popijając Mountain Dew. Nie wiem za bardzo, o czym śpiewa, bo ma ten brytyjski akcent i nie wymawia słów dokładnie, ale coś czuję, że są to spoko przemyślenia na temat fajności dziewczyn i beznadziejności świata. Słuchając There's Nothing Wrong With Love trudno mi nie myśleć poważnie o karierze muzyka, bo jeśli oni mogą zarabiać krocie na arcymiodnych, dwuminutowych beatlesowskich numerach nagrywanych w garażu, to czemu ja miałbym nie dać sobie rady?

Kontekst jest istotny:

Drugi oficjalny album składu z Boise w stanie Idaho brzmi tak, jakby Doug Martsch, Brett Nelson i Andy Capps nauczyli się pośpiesznie grać na gitarach i perkusji, lecz zamiast "Stairway To Heaven" ich aspiracją było zinterpretowanie królującego w radiu i telewizji popu. Mam na komputerze empetrójkę live z Built To Spill coverującymi Macy Gray i dam się pociąć, jeśli "I Try" nie jest tak samo "ich" piosenką jak "Big Dipper" czy "Cleo". Wokalista, który nie jest co prawda chudym emosem, ale brodatym poczciwcem, niesie swoim głosem sztandar wszystkich chudych emosów, którzy uciekają po szkole przed większymi kolegami by oglądać Star Treka przed telewizorem, popijając Mountain Dew. Jak przystało na alternatywny amerykański zespół z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych Martsch śpiewa niedbale, a teksty to spoko przemyślenia na temat fajności dziewczyn i beznadziejności świata. Słuchając There's Nothing Wrong With Love trudno mi nie myśleć poważnie o karierze muzyka, bo jeśli oni mogą wydawać arcymiodne, dwuminutowe beatlesowskie numery nagrywane w garażu, nie zawracając sobie głowy tak trywialną kwestią jak pieniądze, to czemu ja miałbym nie dać sobie rady? –Patryk Mrozek


014Boards Of Canada
Music Has The Right To Children
[1998, Warp]

22 lipca

Kristofer Zakrocki

robie robie, ale jeszcze posiedze dlugo, na rano powinienem mieć

całe 90's to jednak nie jest takie hopsiup

jak myslalem

Michał Zagroba

hehe dobra pracuj

rano w pracy chce to widziec!

dobranoc

13 sierpnia

Michał Zagroba

siema, zostały już tylko dwa tygodnie do publikacji listy i musimy wiedzieć czy na pewno będzie boards. wiesz, żeby nie było wiochy jak przyjdzie co do czego

Niestety redaktor Zakrocki milczał. Wobec tego 23 sierpnia swój komentarz do płyty Boards Of Canada nadesłał Wojtek Terpiłowski:

"Dla początkujących: tak, do inspiracji również nimi przyznawali się Radiohead przy okazji Kid A. Ale w katalogu Warp Records Boards Of Canada od startu mieli potencjał na pupili nieco szerszej publiki w zestawieniu choćby z wygibasami Aphexa czy szklistymi dźwiękami układów scalonych Autechre. Wolniejsze od większości kompanów bpm-y, plasujące ich rytmicznie między hip hopem i downtempo, ambientowo płynące melodie, czasem sample z dziecięcych głosów. No miodzio. Najbardziej "groovy" fragmenty z powodzeniem mogą koić w wypoczynkowych strefach tanecznych klubów. Ba, inne ("Aqyuarius", "Roygbiv"), idąc tropem tytułu mam zamiar puszczać swojemu przyszłemu potomstwu w ramach kształtowania estetycznej wrażliwości. Całość – i na sofie i w kołysce – mogłaby już jednak wichrować psychikę.

Z drugiej flanki uderzają bowiem nakręcane dosadnym bitem, przesycone pogłosami i samplami jak z psychiatryka introwertyczne bangery ("Telephasic Workshop", "Sixtyten"). A przy końcowych indeksach niespiesznie człapią dronowo zorientowane, statyczne pasaże ("Olson", "Smokes Quantity", "Open The Light"). Ten konglomerat analogowego ciepła i psychoaktywnego niepokoju odbija się jakoś w dwóch kliszach skojarzeniowych przypisywanych często – i słusznie – dźwiękom duetu: konotacjach kosmicznych (serio, to dla mnie zawsze brzmi jak gotowe soundtracki dla dokumentów z Discovery Science) i odrealnionych obrazach z dziecięcego placu zabaw (przy czym za dobranockę robi tu Alicja W Krainie Czarów w wersji a la Has).

Factorem X tej płyty, generującym wewnętrzne ciary jest jednak przede wszystkim średnio opisywalna umiejętność wykrajania momentów przelotnego piękna na przestrzeni długości dźwięku samotności syntezatorowego klawisza. Używając w sumie mało wyrafinowanych i oryginalnych narzędzi, BoC w każdej odsłonie dźwiękowej profesorsko zadbali "by chwile ulotne jak notka, nie uleciały jak ulotna plotka". Takich strzałów ma się kilka w życiu, więc nawet nie dziwi mnie, że od dłuższego czasu nie wydają.

Obowiązkowa płyta na półce wszystkich domowych Wielkich Elektroników kolejnych dekad. I Thoma Yorke'a".

Mimo to redaktor Zagroba nie ustawał w staraniach:

26 sierpnia

Michał Zagroba

jesli wyslales mi koment do boardsow to nie doszedl

musisz jeszcze raz

27 sierpnia

Kristofer Zakrocki

yo, dzis juz moge

wybacz

Michał Zagroba

napiszesz?

Kristofer Zakrocki

tak dzisiaj to ci wysle

Michał Zagroba

ok fajnie

Wtorek

Kristofer Zakrocki

nie wyrobilem sie, ale zaczete i skoncze jutro

Michał Zagroba

ok bardzo na to liczymy : )

Środa

Michał Zagroba

przeslesz dzisiaj?

Kristofer Zakrocki

kurwa spierdoliłem wczoraj że tego jeszcze nie skonczyłem

Michał Zagroba

ale to dzisiaj skoncz

Kristofer Zakrocki

jest mi strasznie głupio, ale ciesze sie że jeszcze moge to dzisiaj

Michał Zagroba

dzisiaj do 21

Kristofer Zakrocki

parol

Michał Zagroba

a cdo z twoja lista?

Kristofer Zakrocki

stanęła jak budowa metra w stolicy

Michał Zagroba

i nie bedzie do piatku rano?

Kristofer Zakrocki

będzie

Michał Zagroba

ale co z tymi boardsami? tu sie losy updejtu waza

Kristofer Zakrocki

kurwa dopiero z roboty wrocilem wczoraj to samo... dokanczam w tym momencie

2 godz. temu

Kristofer Zakrocki

Gdyby nie Boards Of Canada nie znałbym Karela Zemana, a może nawet samego Georgesa Meliesa. Meliesa poznałem na raucie u Holoubka po nakręceniu ostatniego odcinka Klubu Profesora Tutki. Było i śmiszno i późno, Holoubek puszczał stare bleepowe WARPY, a Kondratiuk mówi ja mam coś lepszego i poleciał TWOISM. Dyskusyjne, Andrzej – dobre na chate, ale już trochę mniej na pole. Sprawdzałeś? Nie. To po co sie odzywasz?

MHTRTC to oczywiście WARPowy panteon. Jedna z najlepszych techno płyt ever, nie chcę powielać contentu naszego neuropadołu w sensie interneta, sypać komunałów, również tu wewnętrznie, bo widzę, że nade mną koledzy nie chcą powielać contentu i parę recenzji niżej także. Ma to taką oto przyczynę, że instynktownie zabieramy się za opis zawartości, a potem orientujemy, że to trzeba przecież bardziej naukowo i w kontekście, którego przybywa.

Podsunę parę trivii+++++++++++++++++++++++++(
W "Aquariusie" bas z Hair, to każdy bachor wie. Taak, ten kawałek0,,,3 (MHTRTC has the right to hi-fi. Słuchanie tego kawałka sprawiało mojej jaźni przyjemność jaką sprawia ciepłu obcowanie z rosnącym ciastem w piekarniku. Hi-fi piekarniku. Na YT to chyba "Roygbiv" został potraktowany najbardziej odpowiednim video i jak boga kocham – to co ujrzałem właśnie w tej chwili w 1:25 stało się w tej chwili, a słowa napisane wcześniej, zostały napisane wcześniej. Myślę, że pora kończyć – obraz powie więcej niż słowa:



Kristofer Zakrocki

Reprise: video do "Roygbiva" zostało złożone z 1980's uk tv adverts. W 80s UK wraz z pozostałym anglojęzycznym światem było mocno z przodu w temacie marketingu. "Ads are the cave art of the twentieth century" – to McLuhan. MHTRTC często określana jest jako nostalgiczna, dużą część komentarzy na jej temat stanowią projekcje z dzieciństwa. Duży udział w ich wywoływaniu mają użyte z premedytacją sample głosów bąbli, ale jeszcze większy dzieciństwo Mike Sandison'a i Marcus Eoin'a, którym udało się zatopić w dźwiękach stan w jakim znajdował się w latach 80-tych umysł zafascynowanego technologią bachora. Młodego mężczyzny kolekcjonującego nożyczkami fury z ostatniej strony wyczekiwanego "Auto Świata" i jeszcze młodszego zafascynowanego sterowanymi samochodzikami. To totem kultury?

35 minut(y) temu

Kristofer Zakrocki

Reprise2: "Historians and archaeologists will one day discover that the ads of our time are the richest and most faithful reflections that any society ever made of its entire range of activities" – to znowu McLuhan. A po trawestacji to wygląda tak: "Historians and archaeologists will one day discover that MHTRTC is the richest and most faithful reflection of moment in time that music ever made of its entire range of activities".

34 minut(y) temu

Kristofer Zakrocki

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++ +++++++++++++++++++++++++++++++++

34 minut(y) temu

Kristofer Zakrocki

a to Mugen

–Michał Zagroba, Krzysztof Zakrocki, Wojtek Terpiłowski & Mugen


013Built To Spill
Perfect From Now On
[1997, Warner Bros.]

Tak sobie myślę, że to właśnie na okres poznawania Built To Spill i Modest Mouse przypada apogeum intensyfikacji moich przeżyć muzycznych. Ciągle gitary, ale raczej te mądrzejsze ("smart indie", "smart pop", "smart metal"...), przesądy, że kompozycje naturalnie dopełniają się z tekstami i przekonanie, że najlepszym, doniośle dialektycznym tłem na rozważań o dorastaniu, życiu i śmierci jest emancypacja na linii: małe miasteczka (rodzina, dom, demony, okoliczna fauna i flora) – plan kosmosu i wieczności (uniwersalność, gwiezdne pasaże, ciemny środek wszechświata). Ultimate Alternative Wavers i There's Nothing Wrong With Love, krążki brutalnie, już po pierwszym kontakcie przenikające do sfery intymnej słuchacza, rozpościerały dramatyczny, rozpoetyzowany pejzaż świadomego dojrzewania, przekonując, że życie jest wyłącznie krótkotrwałym napięciem pomiędzy narodzinami a śmiercią. Doug Martsch, podobnie jak Isaac Brock, nie wahał się mitologizować swoich przemyśleń, co odróżniało go od znacznie bardziej cynicznych kumpli z The Wrens i 12 Rods. Wyraźnie zostawiło to swój ślad w warstwie muzycznej; nigdy wcześniej i nigdy później względnie oszczędne, surowe instrumentarium gitarowe nie eksplodowało takim bukietem plastycznych środków wyrazu, zdolnych do udźwignięcia zarówno spektakularnych, rozbuchanych suit, jak i szkicowych, rodzinno-miłosnych portrecików.

Perfect From Now On, często postrzegane jako najwybitniejsze osiągnięcie grupy, było przedsięwzięciem jeszcze bardziej ambitnym, próbą stworzenia chyba najbardziej "kosmicznego" krążka amerykańskiej sceny indie; nadania wypracowanej wcześniej, rdzennie punkowej emocjonalności post-rockowej skali i art-rockowej oprawy. Kompozycje wydłużyły się dwukrotnie, pojawia się orkiestralna ornamentyka, a Martsch z wieszcza afirmacji przeobraża się w natchnionego kaznodzieję, w pełni dając upust swoim religijnym uniesieniom. Nie wiem, co wzrusza tutaj bardziej: jedwabne, bąbelkowe gitary w "Velvet Waltz", melotronowy akompaniament w refrenie "Kicked It In The Sun" czy "Now we never WILL" w "Made-Up Dreams", a może to, że albumu słucha się na jednym, długim bezdechu? W końcu Martsch nawet przez sekundę nie pozwala na chwilę wytchnienia, nie przestaje ściskać nas za gardło. Podobnie jak nie pozwalał sobie na najdrobniejsze uchybienia w studio: krążek rejestrowano podczas wyjątkowo wyczerpującej sesji nagraniowej aż trzy razy; za pierwszym Martsch zajął się nawet grą na wszystkich instrumentach (z wyjątkiem bębnów).

Keep It Like A Secret, pomimo całej mojej sympatii do tego krążka, było już dość znaczącym obniżeniem lotów. Zbliżała się zmiana warty, nowa dekada. Rok później Isaac Brock śpiewał już "You're just a rock to me, you're just a rock to me", a Martsch zaczął powoli zwalniać tempo. Zresztą Brock wkrótce do niego dołączył. Podobnie jak Coyne, Elverum, The Wrens... –Jakub Wencel


012Stina Nordenstam
And She Closed Her Eyes
[1994, Eastwest]

"To musiało się tak skończyć", że o dwóch płytach Rods pisaliśmy ja i Wojtek, a z kolei o dwóch płytach Stiny – MZ i ja. Taki układ komentarzy był zresztą od początku naturalny, choćby z powodu prostego kryterium, jakim jest stopień docenienia tychże artystów przez poszczególnych redaktorów. Tym niemniej w międzyczasie przekonaliśmy się o tym, że próby pisania o rzeczach tak człowiekowi bliskich i tak dla człowieka ważnych muszą wywołać poważny dyskomfort, doprowadzić do writerskiej blokady, aż wreszcie zaowocować bardzo dziwnymi, wyszukanymi figurami retorycznymi. To właśnie ten paradoks, że istnieje granica (przebiegająca tam, gdzie zwyczajne uwielbienie przechodzi w otaczanie niezdrowym – w tym konkretnym przypadku pielęgnowanym przeze mnie od 13 lat – kultem), za którą przydzielenie komuś komentarza tylko z powodu umieszczenia przez tego kogoś jakiejś płyty wysoko na liście indywidualnej – wydaje się już błędną decyzją strategiczną. Po pierwsze dlatego, że autor męczy się godzinami, przeżywa rozterki, kombinuje jak opowiedzieć o rzeczach, które tak ciężko nazwać. A po drugie dlatego, że czytelnik ma już tego serdecznie dosyć. Zachodzi efekt postępującej znieczulicy na egzaltację, efekt obrzydzenia kwiecistymi epitetami i znużenia odniesieniami do kategorii absolutnych i/lub ostatecznych. Doskonale to rozumiem. Bo ile razy można się czymś tak bardzo ekscytować? I komu chciałoby się czytać po raz tysięczny, że coś jest "genialne", że to "ideał", że "doskonałość wcielona", że "apogeum ludzkiej kreatywności", że "nieskazitelny formalnie wzorzec piękna"? Ja tam się w tej chwili o mało nie porzygałem, serio.

Owszem, lata 90-te to dla muzyki rozrywkowej z wielu względów okres wspaniałego urodzaju i kłopotów bogactwa, ale myśmy w tym podsumowaniu na przestrzeni dwustu komentarzy wielokrotnie sięgali po te wszystkie zachwyty na najwyższym C i chyba... trochę przesadziliśmy. Ostrzegałem, uczulałem, próbowałem tonować bałwochwalcze zapędy koleżanek i kolegów – a potem sam także wpadałem w tę pułapkę, bo tak mi dyktowało serce. I to zaledwie bilans z ostatnich dwóch tygodni. W jedenastoletniej przeszłości Porcys przejawy sakralizacji muzyki zdarzały się często – przyznaję, jestem za to w znacznym stopniu odpowiedzialny. Przesyt ochami i achami na punkcie Beatlesów, Beach Boysów, Radiohead, Steve'a Reicha, Modest Mouse czy nawet Papa Dance musi od dawna irytować jednych czytelników, a innych bawić i wzbudzać politowanie. Ja tu się ponownie troszkę odsłonię, ale powtórzę: w sumie te reakcje rozumiem.

Logiczne więc, że siadając do bazgrania o sofomorze Kristiny Ulriki długo szukałem odpowiedniej formuły. Jak tu oddać intymną, delikatną relację z jej niepodobnymi do niczego utworami i z jej głosem, przekraczającym moje wyobrażenie o tym, co można emocjonalnie zrobić ze słuchaczem? A jednocześnie jak tu nie powielać "frazesów" (czy też wyznań, które stały się frazesami poprzez wyeksploatowanie) o modlitwach, łzach i wieczności? Zadanie godne chirurga, którym nie jestem. Wpadłem nawet na pomysł takiego blurba na zasadzie "dooobra, nie będzie żadnego blurba, bo to są moje prywatne odczucia – jebut zeszytem o ziemię i poddaję się, sorry!", ale minutę później odebrałem od Luizy maila z jej blurbem o Aeroplane, w którym udanie zrealizowała taki właśnie koncept... I znów byłem w punkcie wyjścia. Zrezygnowany, bez wiary, sparaliżowany.

Raptem coś mi zaświtało. Przypomniały mi się trzy anegdotki. Pierwsza... Był kiedyś na Pitchforku dział Mailbag. I tam, jakoś w 2001, może 2002 roku, pośród stosu korespondencji merytorycznej przyszedł krótki meta-mailik, chyba od jakiejś laski. Nie znajdę tego i nie zacytuję dokładnie, ale napisała jedno zdanie, coś w stylu: "Zdaje mi się, że traktujecie muzykę za poważnie". Teraz druga anegdota. Chyba ze trzy-cztery lata później, w jakimś gorącym wątku na ILM, który wtedy przeglądałem pasjami, ktoś w ferworze dyskusji nie wytrzymał i rzucił coś w rodzaju: "Ej, czy wy przypadkiem nie reagujecie na muzykę zbyt przesadnie?", na co odparł mu inny użytkownik: "Wiesz, to jest forum I Love Music – czyli jakby z zasady forum Reagowania Na Muzykę Zbyt Przesadnie". Trzecia anegdota nie dotyczy konkretnego zdarzenia, miejsca, czasu czy osoby. Ale kiedy przebywam z osobami spoza kręgu melomanów, to często patrzą na mnie i podobnych mi freaków jak na totalnych szajbusów. Ileż to razy słyszałem – w gruncie rzeczy całkiem serdeczne i ciepłe – zdania typu: "ty i ta twoja muzyka, traktujesz ją tak serio, nic innego się dla ciebie nie liczy, ależ ty jesteś wariatem" etc. Wiem, wiem. Zgadzam się. Normalny, wyluzowany, bezpretensjonalny koleś ma ze 2-3 płyty, które darzy wyjątkowym szacunkiem, kolejnych 20 które zna na pamięć i po prostu uwielbia, a już do pozostałych albumów tego świata podchodzi na chłodno – to doceni, tamto skrytykuje, tu coś zauważy, tam mu umknie. Bez spinki... Nie przeżywaj tak, ziom... Weź nie bądź emo. Oksano, jest impreza. Uśmiechnij się do obiektywu. I wyluuuzuj.

Z And She Closed Her Eyes nigdy nie będę umiał wyluzować. I held my part of the deal. –Borys Dejnarowicz


011Modest Mouse
The Lonesome Crowded West
[1997, Up]

Klaus Kinski przyleciał do Olympii w 1996 roku, w tajemnicy – podobno bał się procesu za postrzelenie jednego ze statystów. Pomysł nagrania w stanie Waszyngton solowej płyty podsunęła mu we śnie czarna papuga. Pierwotnie dzieło miało się nazywać Herzmusik, ale ostatecznie tytuł ten ostał się jedynie jako popularne wśród krytyków określenie maniery wokalnej Kinskiego Jedno założenie legło u podstaw Lonesome Crowded West – miało to być ostatnie artystyczne ryknięcie Klausa. No i rzeczywiście rozprawił się on ze światem równie bezkompromisowo, co w swoich najlepszych rolach filmowych. Nie trzeba się uważnie przysłuchiwać tekstom, by zrozumieć, że po głowie chodziło mu jedynie smutne: "KURWA MAĆ!". Dążąca do konfrontacji ekspresja i dar otwartego podejścia do komponowania eks-sopocianina okazały się pasować do tego przekazu perfekcyjnie. Nic dziwnego zatem, że jego okrzyk wdarł się do wielu głów, które wcześniej swojego "KURWA MAĆ" nie doceniały lub nawet nie uświadamiały sobie jego istnienia. Klaus Kinski wkrótce po wydaniu albumu zmarł na atak serca. Odszedł samotny ale wielki – pozostaje żałować, że nie dane mu było nagrać followera Lonesome.



–Jędrzej Michalak


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie