SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 1990-1999

27 sierpnia 2012

 

 

030Spiritualized
Ladies And Gentlemen We Are Floating In Space
[1997, Dedicated]

Jak jedna płyta może tak koić a za chwilę tak rozdrapywać rany? Po pięknym tytułowym walczyku na początku wchodzi ostro naprute, fatalistyczne "Come Together". Po dźwiękowym kompresie "Cool Waves" album zostaje zamknięty absolutnie potępieńczym i nie dającym nadziei "Cop Shoot Cop". I bardzo dobrze, bo to jest płyta na moment kiedy się życie przegrało, a terapie i odkupienia łatwe być nie mogą. Jeśli masz złamane serce, a jednocześnie zdajesz sobie sprawę jaki straszny z ciebie kutas – polecam Ladies And Gentlemen We Are Floating In Space. Ale Jason Pierce nie jest ani żadnym emo smęciarzem, ani bardem z akustyczną gitarą. Jest gościem z wielkim ego – nic dziwnego, że tak źle zniósł to, że Richard Ashcroft ukradł mu dziewczynę – i wielką wizją. Pierce przechodzi od nieszczęścia w miłości do religii, a Ladies And Gentlemen sięga muzycznie daleko poza rocka, do rozbuchanych orkiestrowych aranży, gospelu i słynnego bluesmana Dr. Johna grającego na organach. Wszystko to bez cienia retro zacięcia. To album, który należy stawiać obok wydanego w tym samym roku OK Computer, a nie nudziarstw Ocean Colour Scene i im podobnych. Recept Pierce'a może nie należy polecać ("czasami moje śniadanie jest na lustrze, czasami w butelce"), ale terapeutyczna siła Ladies... jest niebywała. Tak się szuka pocieszenia w nieodpowiednich miejscach i je znajduje. A Ashcroft? Jest tutaj z pięćdziesiąt miejsc dalej. –Łukasz Konatowicz


029Wu-Tang Clan
Enter The Wu-Tang (36 Chambers)
[1993, Loud]

[skit: Method Man & Ol' Dirty Bastard, czyta David Attenborough]

Mało kto wie, że zanim mistrzowie ceremonii z Wu-Tang Clan zaistnieli na nowojorskiej scenie, pięciu z nich rozpoczęło karierę szermierzy słowa dorabiając na boku w serwisie Porcys. Owocem tych wczesnych prób raperskich jest, dziś już nieco zapomniane, skromne wydawnictwo z 1991, 9/10 Komnat Absolutu. EP-ka, rozpowszechniana własnym sumptem w formie pamfletów, miała zawierać oryginalnie zaledwie trzy utwory: poświęcony problematyce ściągania mp3 "S.T.R.E.A.M.", zaangażowane "Protect Janek" z gościnnym udziałem Jana Błaszczaka, oraz spektakularne bragadoccio "BRING DA MOTHERFUCKIN PORCYZ". Pierwsze dwa znamy dziś jedynie w wersjach apokryficznych, dostępnych na oficjalnym debiucie Wu-Tang Clan, odartym niestety do szczętu ze słowiańskich korzeni grupy. Wielka to szkoda, tym bardziej, iż skłonnością do anglojęzycznych wtrąceń raperzy zarazili się początkowo najprawdopodobniej w redakcji macierzystej.

Poniżej, po raz pierwszy w historii, prezentujemy Państwu autentyczny transkrypt jedynego ocalałego utworu z 9/10, prawdziwego debiutu Wu-Tang Clan.

"BRING DA MOTHERFUCKIN PORCYZ"

[Method Man]
Joł, tu Meth, na pohybel bawidamkom wniosę tu wnet grzech
Wet za wet, z bandamką na głowie, a nie w kasku jak Petr Czech
As kier nie trefl, Lars von Trier od tych gier by zdechł
Bo Wu to nie idioci, mówię to wprost ci, a to pech
Blef? Moi ludzie zaraz udowodnią, że to nie kit,
Kończę pod ten bit, przekazuję dalej majka, inwit

[Ol' Dirty Bastard]
To Rap od Dirta McGirta, dobry jak pomidor i przeręęębla
Prosto ze slumsów Shaolin, najebałem się, nic nie pamiętam


Rząd chce zamknąć Wu-Tang Clan, a ja tak zaśpiewam wam:
Mamy butelki z szampanem i palenie, wymierzone w jelenie
Donovan śpiewał Riki Tiki, nie ma na nas bata, ale bez paniki
Zioła starczy na trzysta. Jarasz się? My też jaramy i to sporo
CISZA! Rymy mi się pogubiły, jak wasze imiona, dziwki
A od tych wszystkich klapsów dostałem na łapach pokrzywki

To Rap od Dirta McGirta, dobry jak pomidor i przeręęębla
Prosto ze slumsów Shaolin, najebałem się, nic nie pamiętam

To nie jest rap dla starych ludzi, NIE SPAĆ MI TU.
Kto zasnął, tego obudzi
Pała w ryj, najstarszy rapowy, ten tego, wyga
Od rapów Dirt Doga nikt się nie wymiga
Fuck yo couch, kolego

[Ghostface Killah]
Wbijam na nagrywkę ze swoim dzikim stylem
Z ziomkami zżyty jak Metody z Cyrylem
Majk w moich rękach to broń śmiertelna
Wiedzą o tym od Chrzanowa do Mielna
Mój ziomek Rae jest loco, my w duecie jak Kajko i Kokosz
Ja rapowy zabójca, mam hajs, żeby siedzieć w spa
Fakt faktem – są tu ze mną liczne typiary
I, jak ten nie, nie stronią od mojej fujary
Ja im mówię – puśćcie tego jointa od nowa
Yo, to jest nawijka wutangowa

[GZA]
Co ja tu widzę
Mój Klan wiedzie rej w tej krainie
Niczym ostatni kanibal na Bath Salts w melinie
Teraz ja z Czwartej Komnaty przynoszę ŚMIETANĘ
Z misją od cioci Mabel podbijam Dominikanę
Podskoczą mi tubylcy rozetnę ich jak płótno *świst*
Jak Gabriela Garcię Moreno zmóc mnie arcytrudno
Po skończonej walce siedzę z braćmi o stalowych sercach
GZA wraca w cień, morderca, przestępca, zwycięzca, szyderca
(Podaj kość dzieciaku, podaj kość!)

[Raekwon]
Wstrzymać dostawę na całym rewirze
Skupiam się jak płaszczka, liżę, gryzę
Było dwadzieścia, teraz jest czterdzieści
Nie chcesz? Skończysz skubiąc ścianę u swoich teściów
Mokre od dolara dziwki niosą moją wolę
Idą po ciebie, chowaj dorobek, uciekaj za Pragę, uciekaj matole
Szef jak szach, nie parobek
Mieszka w złotej górze, nie w ogrodzie
Gotuje z morderczych żmij wywar podawany na lodzie
Kup to, bądź mężny i w końcu wiedz że

Wu-Tang Clan nie jest niczym do jebania się z
Wu-Tang Clan nie jest niczym do jebania się z

–Aleksandra "Ol' Dirty Bastard" Graczyk, Krzysztof "Method Man" Michalak, Mateusz "Raekwon" Jędras, Łukasz "Ghostface Killah" Konatowicz & Patryk "GZA" Mrozek


028Björk
Homogenic
[1997, One Little Indian]

Artwork Homogenic to jedna z rzeczy, które z lat 90-tych pamiętam najlepiej. Album Björk był jedną z płyt, które pojawiły się w naszym domu, kiedy byłem już w takim wieku, że zaczynałem się płytami interesować. A w pierwszej kolejności interesowałem się ich wkładkami. Żadna nie miała szans wypalić takiego śladu w moim dziesięcioletnim umyśle. CO TO MIAŁO BYĆ?! Jakaś japońsko-nordycka opera cyberpunkowa? To było bardzo dziwna, ale bardzo piękna książeczka. Okazała się dla mnie idealną ilustracją albumu. I jedna, i druga kompletnie się zresztą nie zestarzały. Fuzja natury i technologii w warstwie graficznej odzwierciedla zawartość płyty. To poniekąd najbardziej islandzka płyta najsłynniejszej islandzkiej artystki. Ojczyzna Björk jest w końcu krajem gejzerów, wulkanów i branży IT. Islandzki oktet smyczkowy, rogi i harmonika szklana spotykają tutaj futurystyczne (do dziś!) bity. A nawet te ostatnie często brzmią jak ruchy tektoniczne i lawiny. Jeśli porównanie Islandki do Kate Bush miało sens, to właśnie na tym albumie, który jest odpowiednikiem Hounds Of Love dla kolejnej generacji. To właśnie taki przepiękny, fenomenalnie zaśpiewany, wizjonerski pop, który potrafi otoczyć słuchacza kokonem i zapewnić komfort. Guðmundsdóttir z czasem roztrwoniła talent do nagrywania takich płyt i nigdy, przenigdy nie zbliży się do poziomu Homogenic. Póki mam "Jóga", "All Is Full Of Love" i "Bachelorette", mogę to jednak jakoś przeżyć. –Łukasz Konatowicz


027Herbert
Around The House
[1998, !K7]

Matthew Herbert pewnie ma setki pomysłów na sekundę, a na dodatek martwi się stanem globu, narzuca sobie ograniczenia, skacze po gatunkach, tworzy manifesty i sampluje świnię. Na szczęście zwykle udaje mu się robić rzeczy ciekawe, przez co nie wydaje się śmiesznym, nieco pretensjonalnym gościem, ale jednym z niewielu geniuszy współczesnej muzyki. Bez Around The House byłby jednak może i nadal geniuszem, ale pozbawionym swojego prawdziwego arcydzieła, w którym koncept, sposoby jego realizacji i efekt końcowy łączy się w niemal doskonałą, enjoyowalną całość.

Nie byłoby tylu fanatyków tego albumu, gdyby nie genialna motywiczność i popowe melodie. Te elementy mogłyby spotykać się częściej, jak w błyszczących najsilniej "So Now…" i "Going Round", ale na szczęście nawet gdy Dani Siciliano odchodzi w cień, Around The House nie przestaje być chwytliwe. Herbert eksploatuje fajne motywy w nieskończoność, ale jednocześnie rozwija swoje kompozycje i nie pozwala się nimi znudzić. Z drugiej strony, jeśli brakuje mu haczyka, na którym można się zaczepić, jak w nieco wlekącym się, podporządkowanym konceptowi dwunastominutowym "In The Kitchen", to i tak jest w stanie wprowadzić słuchacza w nieco hipnotyczny stan i wychodzi na swoje. Gdy jednak chwyci się tak udanego motywu jak w "Close To Me" lub wpadnie na tak błyskotliwy loop jak "Even If I", fragment frazy śpiewanej przez Dani w "This Time" (gdzie zawsze słyszę albo "nie palimy nie palimy nie palimy" albo "nie walimy nie walimy nie walimy" zależnie od niezaspokojonych potrzeb) i jak to masełeczko już się tam rozpuści, no to palce lizać. –Kamil Babacz


026Weezer
Weezer
[1994, DGC]

Ciężko uwierzyć, że były kurde czasy gdy czwórka Kalifornijczyków, oprócz przymiotów charakteryzujących totalnych luzerów (wystarczy zerknąć na zdjęcia…), posiadała realny talent do pisania kawałków. Ale tez nigdy później (wyłączając fragmenty Pinkerton) Cuomo i spółka nie zbliżyli się nawet do mistrzowskiej rozpierdzielającości debiutu. Albumu niezwykle autentycznego, nagranego na totalnym spontanie (podobno Rivers podmienił partie ex-gitarzysty Jasona Croppera w jeden dzień – wystarczyło po jednym podejściu na numer), który swoja emo-geekowościa zyskał sobie w gronie "teenage dirtbagów" prawdziwą rzeszę zwolenniczaków. Albumu zresztą również dla mnie bardzo wyjątkowego, jako że wraz z nim niejako dojrzewałem. Od wczesnych podjarek przebojowością "Buddy Holly", poprzez bardzo odkrywczą, licealną refleksję, iż "Only In Dreams" jednak lepsze od "Little Girl's Eyes" Kravitza (lol), po pełne docenienie i bezmierną przyjemność, którą czerpię obecnie z każdej sekundy "Say It Ain't So". Wykrzyczane na wysokości 3:12 i poparte solówą "Yeah yeah / Yeah yeah!" – ciary za każdym razem normalnie... –Paweł Greczyn


025Cardigans
Life
[1995, Stockholm]

Chciałbym się na chwilę zatrzymać przy opublikowanym przedwczoraj komentarzu Pawła Nowotarskiego do płyty Icky Mettle Archers Of Loaf. Bo dokonał on tam bardzo sprytnej, zgrabnej i płynnej manipulacji (brawa za warsztat) w odwiecznej polemice na temat znaczenia kontekstu w ocenie dzieła. Akurat najtrudniejszy zakręt na trasie swojej przemowy wziął on z pozoru bardzo pewnie, lekko i na luzie. Gdy jednak obejrzymy ten przejazd na ripleju, zauważymy, jak wehikuł myślowy przekroczył linię toru i dlatego bieg nie powinien zostać mu zaliczony. A zatem przeczytajmy to ponownie, tym razem już na spokojnie, z dwudniowej perspektywy: "Niestety, nie masz pojęcia jak nazywa się ten utwór, kto go wykonuje, a słowa są w bliżej nieznanym ci języku. Słowem nie wiesz o tym kawałku nic... Ale nie przeszkadza ci to. Słuchasz tej piosenki godzinami". Hm. Czy coś rzuciło Wam się w oczy? To może jeszcze bardziej zawężę cytat: "Słowem nie wiesz o tym kawałku nic... Ale nie przeszkadza ci to. Słuchasz tej piosenki godzinami". A teraz? Okej, wytłuszczę fragment, o który mi chodzi: "Słowem nie wiesz o tym kawałku nic... Ale nie przeszkadza ci to. Słuchasz tej piosenki godzinami". Otóż jeśli dobrze rozumiem, Paweł właśnie powiedział, że po wielokrotnym przesłuchaniu mp3 z piosenką, nie wiemy o tej piosence NIC. Tym samym zdefiniował "wiedzę o piosence" poprzez znajomość jej a) tytułu; b) wykonawcy; c) tekstu; d) ewentualnych innych informacji, które pozostawił w domyśle (ale według niego odsłuch mp3 z piosenką tych danych nie przekazuje, czyli nie zawiera, tak?). No doskonale. Innymi słowy, Paweł nagiął trochę zasady gry, ponieważ już na wstępie całej swojej "hipotetycznej sytuacji" ustawił wynik i wiedział kto w tej potyczce zwycięży, a kto poniesie klęskę. W ripoście nie tylko wyciągam żółtą kartkę za kantowanie, ale i oznajmiam, że się z takimi definicjami nie zgadzam. Nie wiem, co jest realną, obiektywną, mierzalną wartością muzyki – dla każdego pewnie ta wartość tkwi w czym innym. Wiem natomiast, na jakiej podstawie wyrabiam sobie zdanie o piosence i skąd zdobywam na jej temat wiedzę. Na podstawie odsłuchu tejże piosenki.

Osobiście ów sławny, przywołany przez Pawła "test z neonazistami" stosuję na rozmówcach regularnie od jakichś... sześciu lat. Czemu? W ten prosty sposób mogę łatwo dowiedzieć się, czy mój interlokutor potrafi spełnić najpotrzebniejszy moim zdaniem postulat w dyskursie o analizie dzieła sztuki – oddzielić samo dzieło od osoby twórcy. Nietrudno chyba zgadnąć, że moja odpowiedź w tym teście brzmi "nadal lubię tę piosenkę, tak jak ją lubiłem wcześniej". W swoim wczorajszym blurbie do Emmerdale Kuba Wencel trafił w sam środek tarczy, widząc w nagraniach Cardigans przykład muzyki "redukującej się wyłącznie do własności melodycznych, rytmicznych i harmonicznych". Ja wiem, że są mądrzy i przebiegli writerzy, którzy potrafiliby bez problemu zanurzyć szwedzki kwintet w głębokim, zawiesistym sosie społeczno-kulturowym. Pewnie dla jakiegoś Simona Reynoldsa byłaby to bułka z masłem. I ja mu nie bronię, a niech pisze, "skoro autor tak sobie życzy, a wydawnictwo pochwala". Ale jeśli spytacie mnie, to z mojego punktu widzenia piosenki Cardigans są sztandarowym, podręcznikowym, klinicznym wręcz okazem dzieł pozbawionych jakiegokolwiek backgroundu. Wszystko co muszę o nich wiedzieć, tkwi jakby w samym materiale (...z którego te swetry zostały uszyte – suchar alert). I gdyby ktoś dziś próbował przebić tę bańkę mydlaną i doprowadzić mnie do wielkiego rozczarowania Cardigansami używając "kontekstu" – to nie udałoby mu się. Gdyby ktoś uświadomił mnie nagle, że Cardigans to przecież zespół neonazistów ze Szwecji, a przekaz ich tekstów sprowadza się do hasła "Żydzi i Murzyni do gazu" – odparłbym "to smutne i przerażające, że są ludzie o takim światopoglądzie; nie chciałbym się z nimi kumplować; powinna się tym zainteresować policja; wciąż, Life uważam za arcydzieło". Cóż, poza tym, że dwóch kolesi ze składu grupy dorabiało sobie na boku w kapelce metalowej, nie wiem o członkach Cardigans dosłownie NICZEGO. I dobrze mi z tym. Ba, powiem więcej. Ja NIE CHCĘ wiedzieć niczego więcej. Być może to banda cynicznych, niemoralnych skurwieli, ŹLI LUDZIE, którzy pójdą do piekła, a do nieba pójdą Jeff Mangum, Phil Elverum czy inny Sufjan Stevens. Nie wiem. Nie interesuje mnie to. I do takiej metody krytycznej muzyka Cardigans pasuje wprost idealnie. Ponieważ kiedy słuchamy Manguma, Elveruma czy Stevensa, mimowolnie *utożsamiamy* ich fonografię z ich... postaciami. Taki odruch nasuwa się sam i prawdopodobnie jest słuszny. Ale kiedy puszczamy Cardigans, muzyka nie odsyła do żadnego konkretnego człowieka z krwi i kości. Jest kompletnie przeźroczysta osobowościowo, niczym hologram. I właśnie w tym tkwi jej potęga.

Redaktor Wencel zwrócił też uwagę na sprawę niedokończonej (a przynajmniej nie z takimi skutkami, jak my byśmy chcieli) rehabilitacji Cardigans w krajobrazie muzyki rozrywkowej. Wyzwanie to na polskim poletku ogromne, bo w swojej wydanej ponad dekadę temu kultowej rockowej encyklopedii (tom A-E) Wiesław Weiss odniósł się z pobłażaniem i lekceważeniem do popowych prób Cardigans, porównując je (w ramach obelgi) do (miałkości) artystycznych poczytań ABBY (biorąc pod uwagę stylistyczny profil legendarnego krytyka, nie dziwi mnie to zupełnie). Z kolei raptem miesiąc temu, relacjonując tegoroczny festiwal Open'er, znany recenzent "Tylko/Teraz Rocka" Grzegorz Kszczotek nazwał Gran Turismo najwyżej ocenianym albumem w dyskografii Cardigans (wprawdzie nie wiem przez kogo, ale spoko) i określił "Lovefool" mianem "tej piosenki z filmu Romeo + Julia". Jak widać, sprawa jest poważna. Ale spokojnie – dzięki temu podsumowanie 90s na Porcys zyskuje kolejny argument na rzecz zaistnienia. Kiedy w ubiegłym tygodniu wrzuciliśmy pierwszą odsłonę topu singlowego (miejsca 100-81), odezwał się do mnie kolega reprezentujący "duże media" z propozycją napisania artykułu o naszym podsumowaniu 90s, ale już na starcie spytał, czy te rankingi mają "jakąś kulturotwórczą rolę do spełnienia?". Odpowiedziałem, że chyba nie mają, bo przygotowywaliśmy je bez żadnych tez, bez ideologicznych założeń, bez z góry ustalonej linii interpretacji. Aczkolwiek sądzę, że jeżeli coś z tych bezpretensjonalnie i spontanicznie układanych list się jednak wyłania, to głównie podświadoma chęć udowodnienia światu, że lata 90-te nie są jeszcze epoką zamkniętą na kluczyk, nie są zaszufladkowane i wcale nie sprowadzają się do przysłowiowej wyliczanki "Nirvana, Radiohead, Beck, Björk, trip-hop". Są jeszcze inni artyści, niezasłużenie bagatelizowani, którzy tamten okres puentują w równie, a kto wie, czy nawet nie bardziej definitywny sposób. I najwyraźniej wśród nich Cardigans zajmują naszym zdaniem miejsce szczególne.

Zresztą, czyim zdaniem, jak nie naszym? Generalnie to doliczyłem się, że w porcysowej klasyfikacji drużynowej za lata 90-te zwyciężył właśnie nie kto inny, a Nina i jej kumple, zamieszczając najwięcej tytułów w obu zestawieniach – razem aż 5 (2 single i 3 płyty). Przy czym dodam jeszcze, by ostatecznie rozwiać wątpliwości, iż "My Favourite Game" uplasowało się na #101 w plebiscycie singlowym. Z samej matematyki wynikałoby więc, że w szerszym planie Cardigans są dla Porcysowców najlepszym bandem ostatniej dekady XX wieku – i ja broń Boże nie mam zamiaru protestować. Ale statystyka to w tym wypadku realne odzwierciedlenie redakcyjnych nastrojów. Tylko jedna na tak wiele głosujących osób w ogóle nie zagłosowała na żadną rzecz Cardigans, choć w duchu zakładam, że też darzy tę formację jakąś sympatią (przy okazji pamiętajmy – to nie jest tak, że lubimy tylko to, co znalazło się na listach – czy indywidualnych, czy wspólnych – wszak są to spisy nagrań najulubieńszych, a nie tych ogólnie jakośtam lubianych). Zaryzykowałbym więc wysnucie paraleli świadomościowej między Cardigans z ich najwybitniejszego longplaya Life, a kolektywnym spojrzeniem licznego grona obecnej redakcji Porcys na zagadnienie estetyki muzycznej. Analogii jest sporo. Zaplecze indie-popowe (Emmerdale to w pewnym sensie jeszcze niecodzienna odmiana tego nurtu), ale aktualne otwarcie się na całą gamę różnych środków wyrazu, takich jak barokowe aranże, europejska przebojowość, nordycka precyzja, jazzowe ciagoty harmoniczne, szczypta progresywności w strukturze rytmicznej etc. Dążenie do "czucia się dobrze", ale nie w bezrefleksyjnej amerykańskiej wersji ze spinką na "zawsze super fantastycznie", tylko z pewną naturalnie gorzką nutką zwątpienia, wynikającego po prostu z jakiejśtam wrażliwości i niczego innego. Fenomenalnie wysokie IQ kawałków (Peter Svensson jako kandydat do "szerokiego podium" songwriterów 90s), ale zarazem unikanie kompozycyjnej przemądrzałości spod znaku smerfa Ważniaka i hiper-przebojowość każdej uruchomionej melodii. Wreszcie wokalistka – niby stroniąca od tanich, ordynarnych, prowokacyjnych poz (chociaż ten wers można ze słuchu zrozumieć różnie...) i ewidentnie "kobieta z klasą", a jednak też bezdyskusyjnie i w tradycyjnym znaczeniu *seksowna*, niewinnie powodująca u mężczyzn swoim zalotnym uśmiechem na okładce i w teledyskach zjawisko "mięknięcia kolan". Słowem: synteza, a zarazem część wspólna wszystkich tendencji, preferencji i ambicji, jakie spotkacie u redaktorów Porcys w ostatnich latach – coś na kształt komfortowego miejsca przecięcia naszych gustów.

O muzyce pisać można przepięknie – pod względem idei, analizy, wizji, wyobraźni, formy czy leksykaliów – i to nasi writerzy w ostatnich dniach potwierdzają (swoją drogą – zwracam się do co leniwszych odbiorców – weźcie czytajcie te komentarze, a nie tylko sprawdzacie co na którym miejscu, bo tam ekipa odstawia przeważnie kawał mistrzowskiej pisaniny, każdy zresztą w innym stylu). I ja mógłbym wypocić tu normalny, regularny akapit o czysto muzycznych zaletach Life, bo aż proszą się o wyrecytowanie. Mógłbym ogłosić, że to najmisterniej zaaranżowana płyta lat 90-tych (flet w "Gordon's Gardenparty", sekcja dęta w "Sick & Tired", dzwoneczki w "Tomorrow", pitch shifter syntezatora przed ekstatycznym refrenem "Daddy's Car", Pet Sounds-owy klawesyn i smyki w "Beautiful One", organy w "Fine" i "Hey!..", pianino w "After All...", wirtuozerska pudłówka i króciutki ornament wysokich rejestrow Rhodesa w "Celia Inside"). Że zawiera kilka spośród najładniejszych momentów w dziejach pop-rocka. Że sztukę coverowania Black Sabbath ta piątka opanowała (tak na Life, jak i na First Band...) w stopniu celującym. Że ma refreny, w których gitara jest w procesie wywoływania uśmiechu radości na buźce słuchacza równie ważna co urodziwa partia wokalna. Że za ich posrane podziały rytmiczne bez cienia pretensjonalności ghost-odpowiadali chyba Chris Squire i Steve Howe. I że odpierdalają takie hece, przy których ja nie wiem, umiem tylko wykrzyknąć "CO TO KURWA BYŁO? CO TU SIĘ STAŁO?", pamiętając, że Stereolab uznali koktajlowy early 60s lounge za bardziej cool od naśladowania VU i Neu! dopiero jakieś 2 lata później. Ale Cardigans z czasów Life to nie jest zespół do polemizowania czy do spierania się. Ja nie wiem, czy to był zespół istotny, wpływowy, kluczowy dla rozwoju tego, ewolucji tamtego i powstania owego. Pewnie nie! Ale wiem, że gdybym zobaczył czyjąś listę z ulubioną muzyką lat 90-tych i nie byłoby na tej liście Cardigans, to mógłbym zareagować tylko w ten sposób, a następnie musiałbym odwrócić się i odejść. Bez wartościowania czegokolwiek, tak po prostu. Pozornie ten album ma absolutnie nietrafiony tytuł, bo życie nigdy takie nie jest i nawet gdybyśmy mogli być czym tylko byśmy chcieli, to i tak spotkałby nas zawód, jak prawił inny patron tego serwisu. Ale po chwili zastanowienia myślę sobie – właśnie dlatego, że jest taki nietrafiony, ten tytuł jest trafiony perfekcyjnie. –Borys Dejnarowicz


024D'Angelo
Brown Sugar
[1995, EMI]

Niewiele jest postaci, które tak dobrze łączyłyby "stare" z "nowym" jak D’Angelo we wczesnym etapie swojej muzycznej działalności. Chłopak poniekąd nie miał wyjścia – musiał stać się tak fascynującym stworkiem. Za sprawą ojca, duchownego udzielającego się w lokalnej parafii, szybko zaczął zagłębiać się w tradycję gospel, z kolei mama – fanka jazzu – całkiem prędko wzięła się za poszerzanie muzycznych horyzontów swojej zdolnej pociechy w zakresie innych estetyk. Wychowywany na klasyce funku i soulu D' wyrósł na dzielnego chwata, ale po dzielni nie przemykał tylko nocą – śledził też najnowsze hip-hopowe trendy i wiedział od kogo brać najlepsze topy.

W przeciwieństwie do jego drugiego, podobnie wybitnego albumu (a może nawet i bardziej – do dziś są chyba dwie szkoły), Brown Sugar o wiele bardziej hołduje tym klasycznym inspiracjom, które przefiltrowane przez wrażliwość wybitnej jednostki lśnią tu pełnią blasku. To płyta, która stała się kamieniem milowym w neo-soulowej rewolucji i nie ma w tym nic dziwnego. D'Angelo – zapatrzony pewnie trochę w młodego Prince'a – w wieku dwudziestu jeden lat wypuścił album, za który odpowiadał w niemal każdym muzycznym aspekcie. A że "zupełnie przypadkiem" tak się złożyło, że typ okazał się być rewelacyjnym songwriterem i instrumentalistą, to wyszło jak wyszło. Przywiązanie do klasyki – poza starannymi aranżacjami – najpełniej wyraża się chyba w ślicznym coverze "Cruisin'", który pierwotnie wykonywał Smokey Robinson, kolejna z wielkich inspiracji D'. Tymi można się pewnie przerzucać do woli, ale trochę nie to tu chodzi. D'Angelo, ze swoją wielką muzyczną wyobraźnią tą płytą tchnął nowe życie w soul lat dziewięćdziesiątych. Jego debiutancki album jest też jedną z tych kanonicznych pozycji, do których nie da się przyczepić z absolutnie żadnej strony. Każda z tych dziesięciu piosenek cechuje się pewną nienachalną przebojowością i dbałością o każdy detal, zahaczając przy okazji o różne muzyczne bajki. Rozbujany soul z "Higher", funkowy banger "Lady", pobrzmiewający oldschoolem utwór tytułowy – to wszystko perły 90-sowego songwritingu, bez których nie byłoby wielu znakomitych pozycji z lat późniejszych (Frank Ocean i Dam-Funk lubią to). Brown Sugar to znakomity dowód na to, jak wybitna jednostka jednym posunięciem jest w stanie na lata zmienić oblicze gry. –Kacper Bartosiak


023DJ Shadow
Endtroducing.....
[1996, Mo'Wax]

Próbując skonstruować komentarz do tej płyty, słucham jej od kilku dni niemal wszędzie. Tak się też składa, że właśnie się przeprowadziłem, porzucając okolice sanatoryjne na rzecz mieszkania w centrum Poznania. I nie żeby spokojne miasto koziołków miało znamiona metropolii, ale po raz pierwszy widzę z okna ulicę, słyszę szum samochodów, widzę migającą sygnalizację. Dopiero teraz mogę się przekonać, że …Endtroducing to płyta na wskroś miejska, wręcz stworzona do takiego otoczenia, której dźwięk przejeżdżających aut tylko dodaje wdzięku, a nie przeszkadza w odbiorze.

Jeśli założyć, że cechą współczesnych miast jest przede wszystkim niezmienne przenikanie się różnych kultur, koegzystujących ze sobą, izolujących się, zwalczających czy poddających asymilacji, to Endtroducing..... już przez same źródło swoich sampli nieźle wyraża sytuację miejskiej kultury końca XX wieku. Jest to de facto płyta przekraczająca gatunki, dla której instrumentalny hip-hop jest z jednej strony ramą, w której mogą współbrzmieć jazz, poważka, rock, elektronika, trip-hop, funk i muzyka z horrorów, a z drugiej strony okularami, przez które można się im przyjrzeć. Każdy sampel z jednej strony staje się więźniem narzuconego konceptu miejskiej hip-hopowej symfonii, jako materiał do lepienia kolaży, jednak nie porzuca swoich źródeł, odsyła z powrotem do siebie i wikła się w znaczenia tej układanki.

Ale to nie jest wcale poważna, akademicka i nudna płyta, ale album pełen przekąsu, przekrętu i czarnego humoru. John Oswald, ojciec plądrofonii, może być z Shadowa dumny. Tego mrocznego, przygnębiającego nastroju nie można traktować zbyt poważnie, ale raczej tak jak właśnie traktuje się horrory – podczas seansu można siedzieć w fotelu jak na szpilkach, zaraz po nim emocjonować się i dyskutować, ale jednak mija chwila i już wiemy, że to był tylko film. To kolejna opowieść o mieście, która wpisuje się tę samą kategorię współczesnych mitologii, co filmy o Batmanie – jest im nawet bliska klimatem. Endtroducing..... jest może przede wszystkim jak słynne słuchowisko Orsona Wellesa, a raczej jest takie, jak dzisiaj widzi je popkultura – z fascynacją, ale niedowierzaniem, jeśli chodzi o jego skuteczność. I być może przede wszystkim z zazdrością, jaka może być motorem napędowym dla twórców rozmaitych historii: wprowadzenia odbiorcy w taki stan, żeby nie tylko coś mu opowiedzieć, ale też oderwać go od jego rzeczywistości, wciągnąć, zahipnotyzować i podmienić mu ją na inną. Jednak gdy zapalają się światła, wszyscy się śmieją. Trochę z ulgą, trochę ze wstydu, że dali się tak nabrać, bo to przecież tylko film, to tylko płyta, to wcale nie było naprawdę. –Kamil Babacz


022Tortoise
TNT
[1998, Thrill Jockey]

Roszady w składzie wywarły wpływ na lekkie przemianowanie profilu Tortoise, który na TNT stał się post-modernistycznym zespołem cool-jazzowym, ale wciąż piszącym swoją Walentynkę do krautrocka. Bycie najlepiej osłuchanym w dekadzie może świadczyć o wszystkim i niczym; u Tortoise akurat świadczy o tym, że pulsy Reicha nie muszą zastygnąć jako mgławica w kosmosie, skoro da się zrobić taką partię ksylofonową jak ta w "Ten Day Interval" – totalny majstersztyk minimalizmu, sponsorowany, podobnie jak cały album, przez liebezeitowskie perkusjonalia, które dobrze mógł ogarnąć jedynie McEntire. Poza krautrockiem, ambientem, dubem – czyli takim tradycyjnym tortoise'owskim sosem ukonstytuowanym na poprzednim albumie, mamy ellingtonowskie trąbki na bogato i "Equator" antycypujacy Cosmogrammę oraz wszystkie te piosenki, które rozpoznajecie po kilku sekundach intro, jeżeli cokolwiek lubicie muzykę. Ponoć Tricky po przesłuchaniu "Almost Always Is Nearly Enough" tak się wściekł, że oddał sąsiadowi żółwia, a Jim O'Rourke musiał być po prostu zachwycony.

Bogate aranżacje z jednej strony, inteligentna produkcja z drugiej, pozwalająca na dokonanie wyboru, czy chcemy “doznawać” dźwięków oddzielnie, czy w zaprojektowanych konfiguracjach z obliczonym metaforycznym napięciem, utwierdzają w przekonaniu, że McEntire był jednym z lepszych ludzi chodzących po świecie w tamtym okresie. Doceniam Millions Now Living Will Never Die, ale to na TNT Tortoise opracowali ten właściwy logarytm na piękno tożsame z językiem poetyckim Lovely Thunder Harolda Budda bądź The Pearl Budda z Brianem Eno. Takie sakralne piękno, które powoduje, że poza nasyceniem estetycznym jesteś podniecony i oszołomiony, że przy odrobinie wysiłku możesz w ogóle go dotknąć. –Iwona Czekirda


0212Pac
Me Against The World
[1995, Out Da Gutta/Interscope/Amaru]

Muzykę rap dzielimy na rap prawdziwy, który można spotkać w małym sklepie w Nowym Jorku, gdzie siedzi pan o wątpliwej aparycji, oraz rap malowany, czyli taki, który ma doprowadzić do złotego łańcucha na szyi i domu w okolicach Los Angeles. Ergo: Me Against The World nie jest rapem prawdziwym. So says Piotr Baron, but I don't go by what Piotr Baron says. Piotr Baron mógłby się zdziwić, gdyby dowiedział się, że Tupakowi udało się połączyć street cred, wynikający ze stażu na winklach, z community credem, na który zapracował społecznikowskim zacięciem i działalnością w takich obszarach jak prawa czarnych i hwdp, i że był on jednocześnie właścicielem złotego łańcucha marki Death Row. Z kolei ktoś inny mógłby się zdziwić, że niżej podpisanego aspekt uliczności Shakura wyłącznie bawi, a jego batalie równościowe i krucjaty anty-ZOMO uważa za momentami bzdurne. Zdaję sobie sprawę, że to prowokacyjne ujęcie, ale przy wielkim szacunku – wszak nie był to pierwszy lepszy chłopek-roztropek z bandamką – warto czasem odbrązowić bohaterów.

Akurat tu nie szacunek ludzi ulicy się liczy, tylko fakt, że wyjąwszy Snoopa, w nurcie gangsta ze świecą szukać kolesi obdarzonych takim zmysłem melodycznym i feelingiem. Shakurowa nawika kołysze jak biodra Roberta Korzeniowskiego w Barcelonie, tj. często przechodzi w niby-śpiew (tym razem obędzie się bez dyskwalifikacji! oj suchar, wiem), a jego "dostawa" jest po prostu niepowtarzalna – gęste aliteracje i wypluwanie z pasją spółgłosek zwarto-wybuchowych ("They say pussy and paper is poetry power and pistols / Plottin on murderin motherfuckers 'fore they get you / Picturin pitiful punk niggaz coppin pleas / Puffin weed as I position myself to clock G's" – ślina lata obficie), a przy tym "olimpijski spokój", no i to akcentowanie ostatnich sylab wersu, lekko olskulowe i slackerskie jednocześnie. Do tego kalifornijskie bity, czyli mocno zainspirowane g-funkiem, chociaż z elementem soulu i refleksji. Słowem potencjał imprezowo-kontemplacyjny.

Kolejna kwestia to osobowość. Nie znam drugiego rapera, któremu uszła płazem przeszłość baletowa. Z innej paki, na jego pieprzenie "thug life" przy okazji pierwszych płyt, co było w zasadzie bezmyślną nobilitacją przestępczości zorganizowanej, też patrzyło się z pobłażaniem, a nawet podziwem. Dzięki swojej charyzmie i melodyjności, o czymkolwiek by nie zasuwał, jest to zawsze zaraźliwe. Nawet to wiszące nad Tupakiem penitentiary (jedno z jego ulubionych słów) jest jakimś zajebistym, intrygującym i wcale niegroźnym miejscem, a kategorie abstrakcyjne dla białego człowieka z Polandu ("Tell me more about this blunt you speak of"), zamiast budzić niepokój, zdają się elementem sympatycznego, kolorowego życia. Gościu produkuje się na całego o biedzie, gangsterce i narkotykach, a mi się gęba cieszy jak Cyganowi do sera.

Poza tym, jak nie przymrużyć oka, gdy w intro mamy jeden z najbardziej bezwstydnych przypadków ordynarnego chwalenia się w rapie, a konkurencja przecież nie byle jaka. Niektóre źródła twierdzą, że Tupac trochę podkoloryzował sprawę zamachu (zawyżył liczbę ran postrzałowych), co więcej ten jeden strzał, który rzeczywiście trafił w pachwinę, miał być, jak utrzymują domniemani sprawcy, wypalony przez niego samego w ferworze walki.

To oczywiście nie ma żadnego znaczenia, bo nie liczy się prawda, tylko przedstawienie. Nie pamiętam drugiej hip-hopowej płyty, na której "podmiot liryczny" stworzyłby tyle różnych, świetnych kreacji: wyjęty spod prawa thug, walczący z policją renegat o gołębim sercu i duszy romantycznego kochanka ("Can U Get Away"), człowiek sentymentalny, szanujący tradycję ( "Old School"), wreszcie modelowy murzyński syn marnotrawny ("Dear Momma"). Wszystko, wszystko mu na tej płycie wyszło, nawet dancehallowy przelot "Heavy In The Game" jest chamsko dobry, podobnie jak kiczowate pseudo-gospel chórki w "Lord Knows". A nawet biorąc pod uwagę element pozerski, to jest jednak płyta wzruszająca. I chociaż mówiło się, że jak na warunki mainstreamu Tupac mógłby uchodzić za erudytę (przypuszczam, że zgłębiał lektury w zakładzie penitencjarnym), Me Vs World jawi się raczej dziełem introspektywnym i emotywnym, niż intelektualnym. –Michał Zagroba


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie