SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 1990-1999

27 sierpnia 2012

 

 

040Mercury Rev
See You On The Other Side
[1995, Beggars Banquet]

Czy to tę stronę miał na myśli Fridmann, gdy żegnał zespół przed występem słowami, które później stały się tytułowe? Przestrzeń, w którą wpadli muzycy po odejściu Bakera okazała się dość dziwnym miejscem. Jakimś czarującym kabaretem, gdzie po kankanie wkracza na scenę sztylet i trucizna, a my ze zdziwieniem obserwujemy podrygujące ostrygi skaczące sznureczkiem za grającym na flecie morsem. Wszyscy pod wpływem elfiego pyłu, tudzież kwasu, zapadają w tykwowy sen, co znakomicie podsumowuje reklama 7up, z której wycięto okładkę. Rozszalale disneyowski klimat i dosłownie pojmowane drapacze chmur przypominają wczesne urban fantazje, w których włóczysz się po mieście, napotykając w metrze białe króliki, a na chodniku kloszardów z odległych hrabstw. "Peaceful Night" jak kołysana błękitną rapsodią, a wieczór tak piękny, że idę piechotą. Pijany w sztok wnet zobaczę jak taksówka zamienia się w dynię, a kierowca z piskiem ucieka w kanały. Hałaśliwy oddech ciemnych zaułków ze stosem wyrzuconych starych mebli i migotliwe przestrzenie oświetlonych księżycem parków – potrzeba było Aveya i Pandy, by znów przypomnieć te ulotne zjawy, bo choć bez słabej płyty Mercury Rev nigdy więcej nie osiągnęli tak niewinnie ciekawskiego brzmienia by zwabić wszystkie pląsające jednorożce. –Wawrzyn Kowalski


039Built To Spill
Keep It Like A Secret
[1999, Warner Bros.]

Moja lista najntisów:

1. "Górrki" – nieużytki, hałdy piachu i różne inne odpady przemysłowe pozostawione przez budowniczych i mieszkańców osiedla Bemowo V. W zależności od potrzeb – baza na księżycu, dżungla, step, pustynia w Nevadzie, sztuczny akwen lądowy (raz, jak wybiła rura magistrali ciepłowniczej zrobiliśmy mistrzostwa Bemowa w żeglowaniu klasy Finn – czyli na dachu od malucha). Miejsce mojej inicjacji seksualnej dzięki pokaźnej kolekcji “Twojego Weekendu” porzuconej przez poprzedniego właściciela w krzakach. Razem z pokaźną kolekcją "Pani Domu"... wtf?

2. Gra w "piłeczkę" – ludyczna dyscyplina sportowa wymyślona przeze mnie i mojego brata. Zasady luźno oparte na grze w piłkę nożną, dopasowane specjalnie do warunków dużego pokoju w naszym mieszkaniu. Wspaniała sztuczna murawa w kolorze bordo – rodzice bardzo później żałowali zakupu tego dywanu...

3. SP 150 im. W. Wróblewskiego

4. Sid Meier's Civilization w trybie multiplejer... bez internetu! Jako najmłodszemu członkowi teamu zawsze pozostawała mi zaszczytna, acz czysto reprezentacyjna, rola wyboru następnego modułu pałacu (w późniejszych turach stacji kosmicznej).

5. Martyna

. . .

129. Białe skarpety – oficjalny merchandise Mistrzostw Świata w piłce nożnej Francja 98. Przywiezione przez tatę z zamorskiej konferencji w Paryżu.

130. Składanka ballad Guns N' Roses – moja pierwsza, samodzielnie kupiona płyta.

Nie ma na tej liście Built To Spill.

Built To Spill jest na mojej liście 00sów. –Paweł Nowotarski


038Godspeed You Black Emperor!
F# A# oo
[1998, Kranky]

Pomijając (choć może niekoniecznie) najgłębszy ze wschodnioeuropejskich undergroundów, nie było w tej dekadzie bardziej magicznej, bardziej onirycznej i bardziej przerażającej płyty. W trzech kilkuczęściowych kompozycjach siedemnaścioro muzyków w wielomiesięcznym procesie nagrywania uchwyciło, jak nikt inny, ducha ostatnich chwil współczesnej apokalipsy. Strzępki przepięknych kompozycji na wszystkie instrumenty świata łączą się tu z niezmierzoną liczbą symboli. Monolog z początku kreśli wizję, którą każdy z nas ma w głowie, kiedy myśli o chwili, w której ziemia jednak nie wytrzyma. Sygnał pociągu podążającego przez pustynię staje się punktem zwrotnym ostatniej opowieści. Niewinna gitarowa melodyjka przeistacza się w przerażające wycie. Cymbałki zwiastują nadejście katastrofy, którą przewidzieli najświatlejsi z profetów – kloszardzi. Wszystko to na tle hipnotyzujących motywów, które można (choć nie powinno się) bez znudzenia repetować po kilkaset razy, wycinając z kontekstu całego nagrania. I kiedy już mamy wrażenie, że apokalipsa się dokonała i nadchodzi upragniona cisza, nadjeżdża miażdżący okrutny walec, który nie pozostawia miligrama nadziei.

Jest na F# A# oo ogromny patos, ale nie ma ściemy – wierzę, że muzyka płynęła prosto z dusz artystów i dlatego też nie chciałbym ich nigdy spotkać. To randomowa podróż po zakamarkach rzeczywistości, której nie powinniśmy nigdy poznać. To płyta, którą każdy powinien przesłuchać co najmniej raz w skupieniu i w ciemności, i jedna z nielicznych, które w stu procentach na taki odsłuch zasługują. –Filip Kekusz


037Nirvana
Nevermind
[1991, DGC]

Czytelników Porcys nie znających Nevermind, można prawdopodobnie policzyć na palcach sapera. Trudno więc wyobrazić sobie, żeby na jakiejkolwiek podobnej liście zabrakło albumu, będącego chyba ostatnim momentem rockowej monokultury. Nevermind nie zmieniło historii tak mocno, jak zazwyczaj się o tym pisze (ówczesna konkurencja w postaci rave'u i hip-hopu zrobiła to chyba w stopniu nieporównywalnie większym). Jednocześnie płyta idealnie trafiła w swój moment (łącznie z tym, że we wrześniu 1991 ludzie zajmujący się playlistami w studenckich rozgłośniach szukali gorączkowo nowej muzyki na początek roku akademickiego) i choć zabrzmi to pretensjonalnie – wpisała w Zeitgeist epoki (zagubienie pokolenia dzieci baby boomers, odwrót od yuppiesowskiej wizji świata dominującej w poprzedniej dekadzie, ruchy ekologiczne, riot grrl, sprzeciw wobec operacji w Zatoce Perskiej, Singles, książki Couplanda, filmy Kevina Smitha, Jay&Cichy Bob).

Album na pewno zmienił systematykę całej muzyki gitarowej (pojawiło się rozróżnienie alt-rock/indie), w Polsce przyczynił się do rozwoju przemysłu tekstylnego i stworzył model biznesowy dla producentów instrumentów muzycznych, zarobił w ciągu 2 lat dla Geffena 50 milionów dolarów, uratował finanse Sub Popu (scena Seattle w momencie premiery Nevermind była już ostro przeinwestowana i wydawało się, że swój najlepszy moment ma za sobą), przyklepał status Sonic Youth jako najbardziej czujnych rockowych kuratorów, wyhodował zastępy nieudolnych naśladowców oraz zapoczątkował kariery Butcha Viga, Dave'a Grohla czy... Spencera Eldena (bobasa z okładki).

O ciągle trwającej sile rażenia tej płyty niech świadczy jeden z najbardziej depresyjnych hołdów ery retromanii – na zeszłorocznym festiwalu Reading zamiast koncertu młodej kapeli publiczność zgromadziła się pod sceną żeby obejrzeć projekcję legendarnego Live In Reading '92 Nirvany.

W powszechnej świadomości Nevermind = Beatlesi zeswatani z Black Sabbath (molestującymi Bay City Rollers), ale równie dobrze można jego korzeni szukać w naiwnym, miłosnym hc-punk/popie Hüsker Dü. Nevermind jest jednocześnie cholernie classic-rockowe i kalifornijskie (album nagrywano w Smart Studios, w którym powstało też m.in. Rumours Fleetwood Mac). Wszystko to jest zasługą nawet nie producenta Butcha Viga, tylko miksującego materiał Andy'ego Wallace'a. Bębny i bas mają głębię i ciepło. Hi-haty i przejścia na kotłach brzmią panoramicznie jak na wysokobudżetową produkcję przystało, "Come As You Are" ma groove, jakiego nie powstydziliby się muzycy z zupełnie innego idiomu. To była prawdopodobnie pierwsza punkowa płyta, która brzmiała tak bardzo radio friendly. Nawet najbardziej agresywne jej momenty ("Territorial Pissings") przemawiały w równym stopniu do znajomych Kurta z Olympii, studentów słuchających R.E.M., co dzieciaków z shopping malli. "Piła tarczowa oprawiona w bursztyn".

Cała płyta pulsuje entuzjazmem pilnych uczniów punkowego idealisty, Calvina Johnsona, facetów jeszcze przed quarter-life crisis, u których naiwność i ciekawość świata miesza się ze zniechęceniem. Cobain z całą swoją mizantropią i obsesjami jest tutaj w najwyższej formie wokalnej, jego wrzask pochodzi spoza znanych do tej pory rejestrów – Roland Barthes nazwał tę cechę "ziarnem głosu" – John Lydon i Ian Curtis, a w latach 00's Dizzee Rascal też zapewne "mieli to" (i nic dziwnego że Dizzee jest wielkim fanem Nirvany). W przeciwieństwie do Eddiego Veddera, stylizującego swój wokal na kaznodzieję, nauczającego jak starszy brat albo ojciec, troszczącego się o podtrzymanie komunikacji – Cobain ciągle brzmi jak ktoś komu ucieka peron, komu niespecjalnie zależy na przemawianiu w czyimkolwiek imieniu, najlepszy, lekko potrącony kumpel.

Oczywiście wszystko to nie miałby znaczenia, gdyby Nevermind nie zaczynał się "Smellsem" (z riffem którego zawsze chciałem się porządnie nauczyć), potem nie wybrzmiewały bębniarskie kanonady Grohla w "In Bloom" i ten kryminalnie chwytliwy, triumfalny refren, następnie całkiem seksowne (nigdy bym nie przypuszczał, że tak napiszę) "Come As You Are" etc. Druga strona pożyczonej od znajomego kasety, nie tak wyeksploatowana jak pierwsza, to szereg kapitalnych punkowych numerów. Pisanie o jakości piosenek na Nevermind to arcybanał (tylko "Polly" lekko odstaje od poziomu reszty), ale chodzi też o wykon, o chemię między muzykami, o wokalne overduby, które się nuci zawsze, gdy gdzieś przypadkiem zaatakuje nas "In Bloom" albo "Lithium". Włączcie sobie raz na jakiś czas tę płytkę, ja znów czuję się jakbym miał 16 lat, i takie tam, nevermind. –Piotr Kowalczyk


036Stina Nordenstam
Memories Of A Color
[1991, Eastwest]

Disclaimer: Cynicy omijać.

Czuję się dziwnie nieswojo, ale ta chwila nadeszła. Kurtyna w górę, pora ujawnić Porcys best kept secret #2. Postać, którą od lat, już chyba grubo ponad dekadę, otaczaliśmy regularnym kultem, a o której umówiliśmy się wspominać tylko w dyskretnym zaciszu kaplicy biurowca i nigdzie na zewnątrz – trochę z myślą o tej liście, jej zalążki powstawały wszak jeszcze w 2002 r. (a więc de facto z myślą o tobie, Drogi Czytelniku, by coś cię jednak w tym naszym rankingu zaintrygowało, żebyś miał jeszcze co odkrywać w dobie dostępu do wszystkiego na wyciągnięcie klikającego palca), a trochę z własnej potrzeby ducha, zachowania dla siebie czegoś szczególnie drogocennego, jakkolwiek emo cipiarsko by to nie zabrzmiało. Śmieszno-seriozne? Może i tak, ale jak się człowiek w liceum zauroczy, to mu się wydaje, że to jest jakiś kres, ostateczność, absolut, że nic nie jest w stanie się wydarzyć, co by mogło ten stan świadomości zmienić, a taki właśnie był nasz stan świadomości, kiedy odsyłaliśmy akta do Kancelarii Tajnej.

Ze Stiną to jest właśnie jak z ciągle trwającym młodzieńczym uczuciem. Zakochaliśmy się platonicznie w platonicznej idei, bo to było przecież prawie niemożliwe, że człowiek z krwi i kości stworzył coś tak nierealnie w każdym calu perfekcyjnego muzycznie, a w warstwie literackiej traktującego o sprawach najważniejszych i ostatecznych. A ona nam w tym jeszcze pomagała, wcielając w życie wyobrażenie o abstrakcyjnym wzorze twórcy, brzydzącym się komercją, zainteresowanym wyłącznie sztuką, a nie odbiorem publiki, nie koncertującym, nie udzielającym wywiadów, nie nagrywającym teledysków i chroniącym wizerunek, jak ci mityczni kamuflujący się piwniczni anonimowi eksploratorzy undergroundowej elektroniki, tyle że tutaj nie było mowy o eksperymencie, lecz o kompozycyjnej i realizacyjnej doskonałości, takim punkcie wyznaczającym horyzont artystycznej drogi, po dotarciu do którego w zasadzie można już sobie tylko pomilczeć. Zwracam uwagę, że mowa o debiucie i sofomorze szerzej na świecie nieznanej Sztokholmianki, która wszystko to sama (!) od początku do końca dźwiękowo wymyśliła i nie będąc nejtiwem napisała ściskające za gardło teksty, więc jakby... co tu się dzieje?

Nie wiemy o niej tak znowu wiele i może fajnie, gdyby tak zostało. Wiemy, że Nordenstam zdobywała formalne muzyczne wykształcenie na szczeblu wyższym, jednak podczas gdy jej koledzy ze studiów piłowali w nieskończoność standardy, ona, zniechęcona odtwórczością, żachnęła się i poszła ścieżką indywidualistki. (Ile w tym prawdy? Who knows... traktujcie to jak podania Jana Długosza.) Co nie przeszkodziło jej skupić na Memories doborowe grono kilkunastu skandynawskich sidemanów o jazzowym backgroundzie. Skandynawscy fachowcy, podobnie jak polscy hydraulicy, nie są znani z tego, że są kiepscy, a raczej wręcz odwrotnie, dzięki czemu album osiąga brzmieniową klarowność o jakości, wobec której Morze Sargassowe chowa się ze wstydu w Bałtyku, i taki kunszt produkcyjno-wykonawczy, o jakim artyści z kręgu alternatywy nie mogą marzyć (inna sprawa czy chcą).

To zresztą nie najważniejsze. Opis zacząłem od deseru, a gdzie main course, na czym to muzycznie polega? Profanując: coś na kształt koronkowego Swedish pop, tylko jeszcze bardziej kruchego, niewinnego, któremu nadano głębię i rys szlachetności. A z drugiej strony, nienagannie zagrany jazz, z zastrzeżeniem, że przycinamy wszystko co w jazzie lansiarskie, nastawione na popis i rozmyte. Proces twórczy wyobrażam sobie tak: przychodzi wybitny saksofonista i zasuwa przez dwie godziny, po czym pojawia się Stina i wybiera z tego jeden najlepszy motyw na przyozdobienie kompozycji, idealnie pasujący klimatem, baśniowo ładny, nawet jeśli na pierwszy rzut ucha mniej efektowny. Trochę jak mistyczne wejście trąbki Olu Dary na "Life's A Bitch", podobnie wyłania się tu czasem przykładowo chamber-jazzowe pianino, delikatnie rozprowadzając temat, godne bycia kilkudziesięciosekundową esencją jakiegoś arcydzieła kameralistyki. Uświadomienie sobie, że tak naprawdę to ona to wykombinowała i wplotła by urozmaicić aranż i uwypuklić jakąś opowieść lasuje mózg.

W telegraficznym skrócie: "Allan Bean" to najbardziej przejmująca rozkołysana pop ballada na gitarę akustyczną ever, przy której na chwilę bledną nawet Cardigansi, z cudnie eterycznym refrenem i wyskakującym znienacka groovem pianina – ot pół minutki, w roli interludium kawałka, niby z dupy, a jednak wybitnie na miejscu. Podobnych smaków jest masa, są wszędzie. Poetyckie smyczkowo-klawiszowe, karmelowe ilustracje "His Song" roztapiają granit. Gdyby skradające się "He Watches Her From Behind" było filmem, to byłby to pewnie jeden z najlepszych miłosno-mrocznych obrazów noir w dziejach. Statyczny "Alone At Night" słuchany w okolicznościach opisanych w tytule budzi grozę. Opisywanie walorów "Soon After Christmas" stanowi ujmę dla tego utworu i to się w zasadzie tyczy też całej reszty. "Jest hańbą dla pana...". Zatem milczymy dalej. –Michał Zagroba


035Cocteau Twins
Heaven Or Las Vegas
[1990, 4AD]

Część utworów na Heaven Or Las Vegas Fraser nagrała podobno trzymając na rękach swoje maleńkie dziecko, jednocześnie pracując z obsesyjnym perfekcjonistą w stanie kompletnego, depresyjnego rozkładu (a przy okazji ojcem maluszka). Ciekawe, czym Lucy Belle przypłaciła ten czas, skoro rodzice przez kilka kolejnych lat fundowali sobie kolejne psychoterapie i odwyki. To chora, unikalna sesja pełna niepowtarzalnego światła. Tego, a nie innego koloru lat dziewięćdziesiątych, bo jeśli chcecie znać moje zdanie – za mało w tym rankingu barwy. Wiedzieliście, że pioruny spiętrzają się stopniowo, co kilkadziesiąt metrów zatrzymując się na chwilę, szukając drogi? Albo znacie miejsca, w które przychodzą umierać świetliki?

Autor notki na polskiej Wikipedii twierdzi, że abstrakcyjny wokal Liz sprawił, że "część utworów Cocteau Twins nie została do końca poznana"; prawdziwa epistemologiczna żonglerka, jeśli chodzi o krytykę popu, wyjątkowo w tym przypadku uprawniona. Każdy członek zespołu zadbał o to, by jego przedprzedostatnia studyjna płyta nie mogła zostać do końca poznana – dzięki temu to jeden z niewielu albumów, które zaczynają się pierwszym utworem, a kończą ostatnim. I nie tylko przewrotny tytuł prosto z mojej drużyny sprawia, że czuję się przy słuchaniu tego albumu jak marksista z Wady Ukrytej, którego właśnie w Las Vegas przytłoczyła nieprzystawalność ulubionych kategorii pojęciowych i metodologii do sytuacji, w której się znalazł. –Łukasz Łachecki


034Todd Edwards
Prima Edizione
[1999, i!]

Druga połowa lat 90-tych to były szczerozłote lata dla muzyki house. We Francji robotyczne disco bałamuci synthpop ewoluując we French, równolegle Herbert serwuje na swoim drugim albumie eleganckie jazz-housowe popisówy, a najbardziej konserwatywna odnoga gatunku – organiczny deep house – przechodzi przez prasę od Belleville Three i w genialnych wydawnictwach Moodymanna i Theo Parrisha ukazuje genre w pełnej krasie.

Natomiast przepisem amerykańskiego ojca brytyjskiego garażu Todda Edwardsa na pisanie nowego disco jest wykorzystanie hip-hopowej techniki samplingu po raz pierwszy użytej w warunkach house'u z takim rozmachem (nawet 50-70 sampli na piosenkę), uzupełnianej gdzieniegdzie paternami basowymi pochodzącymi z drum and bassu jak na przykład w "Sunshine" i "Everyday", gdzie wprawdzie dużo subtelniejszy niz w d'n'b sub-bass łączy się w charakterystyczne struktury ze stopą i werblem i podobnież pozostaje w piosence jej wzmocnieniem synaptycznym. Natomiast to, co NAPRAWDĘ robi Todd Edwards, jest maksymalnym wyciśnięciem esencjonalnego groove ze starego psych-funku, który zostaje wydrylowany z anachroniczności do tego stopnia, aby móc go podać na tacy słuchaczowi, który uprzednio nie musiał maniakalnie ripitować cedeków Marvina Gaya, aby dać się kołysać do zawiłych, ale ciepłych i przystępnych kompozycji samplowych Amerykanina, które stworzone są na parkiet, ale elastycznie odnajdują się w domu, również na kacu i po migrenie

Jacques Attali był przekonany, że muzyka zwiastuje stosunki społeczne i według mnie profetyczna dla swoich czasów Prima Edizione, czyli zwieńczenie producenckich starań Todda Edwardsa, jest jednym z dowodów na słuszność tej tezy. Przesunięcie wokali i znamienne przesunięcie akcentu w takcie antycypuje urywany, nerwowy rytm życia XXI wieku, ograniczoną atencyjność, celebrację prokrastynacji przy użyciu mediów społecznościowych, dewaluację wartości pamięci trwałej, a także "przesunięcie" relacji interpersonalnych milionów dorosłych ludzi z niezdiagnozowanym ADHD – i można tak długo jeszcze.

Całość zawiera kilka hitów powstałych kilka lat wcześniej, w tym “Fly Away” z próbką dobrego wokalu Todda Edwardsa (którego póżniej użyczył Daft Punk w "Face To Face"). To ogólnie bardzo równy, przynoszący wiele radości album. Niby nie nastawiony na uwznioślenia – odpalasz i jedziesz na synkopach – ale gdzieś unosi się nad tym nostalgiczny feeling, który wprowadzają chętnie implementowane sample pianin jazzowych, perfekcyjnie uzupełniane przez flety, które tradycyjnie nie potrafią ustrzec przed swoim melancholijnym wydźwiękiem, a istotny instrument w postaci zniekształconych sampli wokalnych ludzi (Burial pójdzie dalej na tym polu i spiczuje je do odgłosów istot) będzie świadczyć o poczuciu wyobcowania w tłumie, przebiegającego wzdłuż tęsknoty za samotnością ("solitude", nie "loneliness").

Jeżeli chodzi o rozwiązania rytmiczne, to nieco konfunduje fakt, że Edwards jest białasem z krwi i kości. Wyobrażam sobie, że gdyby Facebook istniał od połowy lat 90-tych, to na Wyspach leadowałoby się jego linki do Soundclouda "fuckin Fela Kuti". Swoją drogą, ciekawe gdzie by wydawał... Z pewnością nie tylko dzisiaj, ale i również kilkanaście lat temu miano wątpliwości co do tego, czy muzyka jest w stanie robić coś innego jak zjadać swój ogon i liczyć z tego grube hajsiwo, stąd filozofia muzyczna Edwardsa urzeczywistniająca się na Prima Edizione musiała przynieść towarzyszącą zwykle futurystom euforię, wiarę w to, że w tym wypadku muzyka jest żywa, porusza się, reaguje na potrzebę zrewidowania środków ekspresji. Future garage jest dzisiaj swoistym spadkobiercą tego entuzjazmu. A co do Buriala to pamiętajmy "oddać cesarzowi co cesarskie" i jako lekturę uzupełniającą radzę przeczytać wywiad Bevana dla "The Wire", w którym jest i parę słów o tym dobrym wujku z Ameryki. –Iwona Czekirda


033Flaming Lips
Zaireeka
[1997, Warner Bros.]

Jednocześnie na czterech oddzielnych systemach audio, cztery płyty będą produkować harmonię lub zestawione dźwięki.

"Można umieścić grafikę i muzykę razem. Może między nimi zajść fenomen. Koyaanisqatsi jest bardzo dobrym przykładem".

(Drozd przyznał, że zainfekowanie rany zostało spowodowane przez wstrzykiwanie heroiny.)

"Mimo że każdy z albumów ma być odtwarzany w określonym rytmie i metrum, to gdy te płyty zaczynają grać razem ich całość zaczyna nabierać cech ich własnego 'umysłu'. Jednak to, co się dzieje naprawdę jest wytworem twojego umysłu przyzwyczajonego do rytmów, które przechowuje, a teraz wyciąga je z powrotem w centrum uwagi w swoim umyśle. Twój umysł idzie do przodu lub zatrzymuje się na bicie lub idzie wszędzie tam, gdzie czuje, że potrzebuje iść. Jednak w pewnym momencie znajdzie odcinek, który będzie oddziaływał na niego tak silnie, że twój umysł zrobi wszystko, aby scalić to uczucie i zatrzymać razem. Możesz też znaleźć coś zupełnie odmiennego. Czasami celowo szarpie cię w taki sposób, żebyś powiedział: 'O rany, usłyszałem tam coś nowego'" –Iwona Czekirda


032Yo La Tengo
I Can Hear The Heart Beating As One
[1997, Matador]

"Graliśmy po prostu to, co lubimy" – tak odpowiedział Ira Kaplan w wywiadzie telewizyjnym na pytanie, jak wykminili zmiany w brzmieniu na I Can Hear The Heart Beating As One. Większość źródeł z 1997 roku podkreśla, że to był czas dla Yo La Tengo przełomowy: krytykom przy nowym wydawnictwie prawie wybuchła skala ocen, ludzie zaczęli przychodzić na ich gigi trzy razy tłumniej, a trasy koncertowe zrobiły się bardziej różnorodne i dłuższe. Po dziesięciu latach grania rozpoczął się im dobitniejszy podbój indie świata. Tymczasem Yo La Tengo po tym wszystkim wbijają do telewizji i mówią "no jakoś tak wyszło".

Mam wrażenie, że ta odpowiedź Kaplana mocno definiuje cały zespół i I Can Hear The Heart Beating As One. Idąc tropami teledysku "Sugarcube", można sobie wyobrazić ich jako cichego ogarniacza gdzieś z tyłu klasy. Sam nie podejdzie, podczytuje w kącie jakiegoś Lema, a jak zagaisz to rozmowa wystartuje z Kongresu Futurologicznego, przeleci przez komiksy Kultury Gniewu i wyląduje gdzieś w przeróżnych drobnych absurdach. Nikt nikomu, poza krytykami na czele z Christgauem, nie kazał słuchać Yo La Tengo. Zwłaszcza sami muzycy nie nalegali.

Przez to powstała płyta zupełnie nienachalna, a wypełniona mnóstwem barw, zabaw i inspiracji. "A nie wiem, jakoś tak stwierdziliśmy, że nudno grać znowu taki sam koncert, to teraz zagramy akustycznie". Teraz było im było monotonnie, to stwierdzili, że pograją trochę shoegaze, zahaczą o bossanovę, raz wyjątkowo zaśpiewa basista – i wyszło. I Can Hear The Heart Beating As One przez ich dziesięcioletnie doświadczenie jest bardziej różnorodne od tych wszystkich slackerskich wygibasów indie rocka (każda zabawa wyjdzie jak się ogarnia), a przez trzymanie się ideałów sierpnia wypełniona odpowiednim i wspaniałym luzem. Przy tej armii neurotycznych pomników, które stereotypowo pojawiają się w rankingach na wysokich miejscach, naprawdę dobrze posłuchać płytki, która wynika z tego, że ktoś ma fajne życie. –Ryszard Gawroński


031Massive Attack
Mezzanine
[1998, Virgin]

"Co to za lamus co nie potrafi nawet dobrze napisać 'hip-hop' w tagach" – myślałem sobie z miną cwaniaka kradnąc Mezzanine z sieci gdzieś w okolicach głębokiego gimnazjum. Pamiętam, że nazwa "Massive Attack" bardzo mocno działała na wyobraźnię smarkacza, który właśnie wydał całe swoje kieszonkowe na Klucz, żeby trochę się przystosować. Ba, skoro już przy Kluczu jesteśmy – byłem nawet na koncercie promującym, gdzie musiałem prezentować się dość pociesznie wśród rosłych typów w bluzach Dill Gangu i fryzurach na rekruta, choć takich gangsta-wannabes przed mutacją było tam całkiem sporo, pozdro dla nich. Wszystkie te starania poszły oczywiście na marne, ale skąd niby miałem wiedzieć, że tak brutalnie zostanę ograbiony z ochłapów muzycznego street credu, które z tak wielkim trudem udało mi się posiąść?

Pani na polskim nie przygotowała mnie na Mezzanine – taki już zresztą chyba urok bycia w wieku przed- i wczesno-licealnym, że z deka braknie ci kategorii, w które mógłbyś zmieścić wchłaniane przez siebie hurtowo wytwory kultury. Jest tylko fluoryzacja i bezkrytycyzm – i nic dziwnego, że jesteś zdezorientowany, kiedy z twoich chujowych głośniczków Logitecha zaczyna sączyć się smoła. Pewnie, że takie nastoletnie zajawki zostawiają zwykle jedynie po sobie delikatny wstyd i pusty śmiech, vide etap Linkin Park i Limp Bizkit – zresztą "byłem tam, robiłem to" – i sprawy z Mezzanine od początku miały zupełnie inny posmak. Nawet miałem plan, żeby coś tu wtrącić, że trochę by się tej płycie przydało jakiegoś dystansu czy ironii dla rozluźnienia atmosfery i że odsłuch takiego choćby "Risingson" po latach wypada dość zabawnie, ale prawda jest taka, że z chęcią oddałbym całą ironię i dystans tego świata za jeden rimshot z "Teardrop". Po prostu – albo wciąż nie jestem w stanie trzeźwo spojrzeć na tę płytę, albo jest ona po prostu tak cholernie dobra. Tutaj każdy kawałek (może prócz obu części "Exchange") po kolei stawał się tym wybranym, najlepszym, repeatowanym w nieskończoność, a kiedy brakło już indeksów, zabawa zaczynała się od początku. Nadal mam gęsią skórkę, gdy słyszę intro do "Man Next Door" (najlepszy cover świata, gdyby ktoś pytał) czy "Dissolved Girl". I wiem, że gdybym nie wziął tego za jakieś uliczne rapsy i nie kliknął w "download", zwyczajnie nie byłoby mnie tutaj i nie pisałbym tego blurba, więc jeśli mogę powiedzieć o jakiejś płycie, że zmieniła moje życie, to tylko o tej. –Marcin Sonnenberg


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie