SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 1990-1999

27 sierpnia 2012

 

 

050Oval
94 Diskont
[1995, Mille Plateaux]

Recenzje albumów ambientowych niczego chyba nie wyeksploatowały tak, jak metaforyki atmosferyczno-akwatycznej. Ale serio, gdzie nie spojrzysz, przesuwające się leniwie obłoki, szmery ciężkiego, sierpniowego popołudnia, wilgotna bryza na twarzy i jęki podwodnych ssaków. Choroba morska od samego czytania. By dotrzeć do miejsca przeznaczenia 94 Diskont, nie ma jednak innej drogi, jak przemierzyć oceaniczny opener "Do While". A wierzcie mi, jest to jedna z tych podróży, których przebieg okazuje się ważniejszy niż pierwotny cel. "Do While" jest panoramą możliwości sennej proksemiki. Na przestrzeni 24 minut utworu, jak podczas wielu godzin dalekobieżnego rejsu, nie znajdzie się niczego, czego od samego początku by tam nie było. Niezmierzona toń cała w zasięgu twojego wzroku. Możesz przesuwać nim po linii horyzontu, rozmyślając, czym zajmiesz się po zawinięciu statku do portu; przeczesywać fale w poszukiwaniu pobłysku łuski jakiegoś wodnego drapieżcy; śledzić refleksy odbijającego się w zmarszczonej tafli granatowoczarnego nieba. Możesz zajrzeć w głąb i obserwować goniące nie wiadomo dokąd ławice drobnych, lancetowatych ryb, omijać podwodne skały w poszukiwaniu nadnaturalnej wielkości ukwiałów, puścić się dnem w trop za płaszczką, chcąc poznać miejsce jej kryjówki albo skaleczyć się o zardzewiałą puszkę. Nieraz obejrzysz się za dziwną odmianą żaglicy, której blik zarejestrowany kątem oka śmiertelnie cię wystraszy, lecz gdy to zrobisz, jej tam nie będzie. Gdy podniesiesz wzrok, ujrzysz cudownie rozbłyskujące gdzieś w oddali, przebijające się przez zieloną głębinę, przyprawiające o obłęd w swoim roztańczeniu promienie słońca. Może poczujesz pragnienie, by już tutaj zostać. Przyjemny chłód ślizga się po nieważkim ciele, a jedyną obowiązującą zasadą jest niczym niezakłócony, wieczny, cichy spokój. Tutaj zostać! Całe życie tu to kolory i kształty, płynące przed oczami. Kolory i kształty, płynące przed oczami.

Ocucony na brzegu chlupnięciem w twarz od dystyngowanej damy, której obrzygałeś wieczorową kreację, jak przyjmiesz tłumaczenie, że wszystko to było halucynacją, wywołaną morską dolegliwością? Suchy jak pieprz. Nurek-lunatyk? Nie ja, Gary War. Więc co? Zostajesz sam. Idąc brzegiem plaży, zauważasz w końcu trzech mężczyzn; podchodząc, spostrzegasz, że – bez słowa, jakby w jakimś opętańczym szale – mażą oni sterty płyt fluorescencyjnymi flamastrami, ryją w nich składanym nożem, czasem uderzą w piach, jeden się poderwie, rozdepcze krążek z nieopisaną wściekłością, i pac – do wody. Co sekundę w oceanie lądują kolejne szczątki albumów. Kim są ci ludzie i co robią? Co to za miejsce? – myślisz. Przypominasz sobie o Aglaurze, jednym z owych dziwnych, a zarazem zdumiewająco znajomych fantastycznych miast, o których próbował opowiedzieć ci kiedyś przyjaciel, a potrafił powiedzieć niewiele oprócz tego, co sami mieszkańcy odwiecznie powtarzają, nawet jeśli ich opowieści kłóciły się z tym, co – jak sądził – widział na własne oczy: chciałbyś to wyrazić, ale wszystko, co dotychczas powiedziano o Aglaurze, więzi słowa i zmusza cię, abyś odtwarzał zdania zamiast je tworzyć. Zatem to wszystko? To cały glitch i nic więcej powiedzieć nie można? Myśl. Więc jaki był nastrój otchłani "Do While"? Beztroski, lekki, melancholijny, groźny? I czy w latach dziewięćdziesiątych William Basinski miał skrzela? Rany, nie wiem. Na tej plaży wszystko przesycone jest jakimś niewytłumaczalnym, dławiącym w gardle lękiem. –Karolina Miszczak


049Guided By Voices
Bee Thousand
[1994, Scat]

Jako dziecko, które spędziło parę dobrych lat na nauce tańca, nigdy byłam w stanie pojąć popularności hasła "Tańcz, jakby nikt nie patrzył!". Wydawało mi się ono zawsze tak fundamentalnie durne jak postulaty "jedzenia, jakby nikt nie patrzył", czy "mówienia, jakby nikt nie słuchał". W pewnych aktach natury społecznej właśnie o to chodzi, żeby patrzyli. Na etapie siódmej płyty, Guided By Voices dawno już zrezygnowali z uwzględniania w swoim schemacie poznawczym koncepcji publiczności, bo ewidentnie grają jakby nikt nie patrzył. I właśnie dlatego Bee Thousand kochamy miłością czystą, tak jak zawsze kocha się mocniej to bardziej ułomne z dwóch zwierzątek. Ujmujące niechlujstwo GBV, choć w 1994 skradło serca, dzieli dziś trochę fanów zespołu na dwa obozy: tych, którzy kochają miłością ślepą i tych, którzy "przejrzeli". Miejmy to z głowy: Alien Lanes jest albumem "obiektywnie" lepszym. A teraz żarty na bok – ktoś kto wpadłby na pomysł przykładania do muzyki obiektywnej miarki musiałby chyba zgłupieć do reszty, a przede wszystkich posiadać bardzo infantylne wyobrażenie o współczesnej muzyce rockowej. Żal mi takich ludzi.

Wracając do Bee Thousand... Infantylizm jest tu słowem-kluczem, nie tylko ze względu na towarzyszące płycie podstawówkowe imaginarium, ale głównie przez to, że Pollard podejmuje i porzuca tematy z częstotliwością dziecka cierpiącego na deficyt uwagi. Taktyka, która swoją drogą przypomina mi jedną z klasycznych pozycji mojego rodzinnego księgozbioru, wolumin z czasów, jak mi się wydaje, głębokiego stalinizmu, pod ponurym tytułem "W mojej kuchni nic się nie marnuje". Taktyka ta prowadzi do pewnego jakościowego równouprawnienia, które o dziwo zdaje się działać na Bee Thousand właśnie ze względu na domniemane ADHD Pollarda. Kawałki wbijające sztylet w serce swoim surowym pięknem ("herbatka zimowa z obierzyn jabłecznych") są tak krótkie, że kończymy ripitując jej wytrwale aż do ostatniej kropli krwi, a te powiedzmy, mniej atrakcyjne ("szampan z serwatki" / "naleśniki na serze zgliwiałym") są na tyle krótkie, że dajemy im wybrzmieć do końca, doceniając nawet w pewnym sensie ich eksperymentalną hucpę. –Aleksandra Graczyk


04812 Rods
Gay?
[1996, V2]

To adekwatny zbieg okoliczności, że poniższy komentarz dotyczy wydawnictwa właśnie tak, a nie inaczej zatytułowanego. Bo chociaż nie będzie on poruszał tematu orientacji seksualnej, to z pewnością zakrawa na rodzaj coming-outu. Zatem zapnijcie pasy i przygotujcie się na jedyną w całym tym podsumowaniu porcję rasowej blogerki.

Zastanawiam się jak zacząć, więc może tak – opowiem wam kochani jedną z najbardziej popierdolonych historii mojego życia. Był początek roku 2002, jeszcze zima, jeszcze śniegi, dla mnie pierwsza w życiu sesja po pierwszym w życiu semestrze studiów... Razem z MZ staraliśmy się wówczas "czyścić" listę 100 płyt 90s Pitchforka, opublikowaną w wakacje 1999. A więc sprowadzaliśmy na spółę kolejne albumy z tego rankingu, których nie posiadaliśmy. Dzięki temu poznaliśmy w chuj zajebistej muzy z kręgu indie 90s (jakieś Wrens, Brainiac, Shudder To Think, Heatmiser, Soul Coughing, Hum, Smart Went Crazy etc.). W lutym przyszły paczki dla mnie – z 6-utworowym minialbumem Gay? i z longplayem Split Personalities zespołu 12 Rods z Minneapolis, miasta Ryana Schreibera.

Tu słowo wprowadzenia. Wczesny Pitchfork bardzo hajpował 12 Rods, podobnie jak taką kapelkę Walt Mink (również lokalsi) – obu zespołom wystawił maksymalne oceny i oba uwzględnił w tymże topie 100 płyt 90s. Potem od grupy odszedł bębniarz, w 2000 roku nagrali (rzekomo) komercyjnie brzmiącą płytę dla nastolatków, mieli "miałką" piosenkę w takimż właśnie filmie i... jak Schreiber sam pisał mi w mailu (chyba byłem w rubryce "Mailbag" nawet, ale głowy nie dam czy akurat z tym liścikiem) – przestali na Pitchforku ich lubić. Po paru latach ten hajp stał się synonimem niedojrzałości wczesnego Pitchforka, że to niby dwóch nastolatków robiło niepoważny serwisik i promowali kolegów ze swojego miasta. W reakcji na to Schreiber, jeszcze wówczas walczący o zarabianie ze swojej stronki kasy, zaczął się wycofywać z tej zajawki rakiem i udawać, że to były błędy młodości. A następnie zajął się chwaleniem znacznie lepszych, ciekawszych muzycznie i tekstowo, dojrzalszych artystycznie bandów, takich jak chociażby Arcade Fire, Band Of Horses, Love Is All, National, Sunset Rubdown, Thermals, Antlers czy Girls. Zaś 12 Rods stali się w różnych cynicznych netowych kręgach obiektem szyderstw, zwłaszcza kiedy ktoś wypisuje płyty, którym Pitchfork w chwili premiery dał ocenę 10.0. "Co robi tam ten zespolik? Ahaaa, to jakiś amatorski band z Minneapolis, pewnie znajomi Schreibera. Ech, wczesny Pitchfork, dziecinada".

Otóż zdaniem moim i paru moich bliskich ziomów ze "starszyzny Porcys" ta obecnie powszechna, obiegowa opinia o 12 Rods i to ostentacyjne "wyparcie się" 12 Rods = największe nieporozumienie w dziejach anglojęzycznej krytyki muzycznej. Ja o tym zespole mogę mówić na dwa sposoby – osobisty oraz chłodno-analityczny. I niestety muszę was przewieźć przez obie rozkminy, ale uwierzcie, że akurat blogowy, emocjonalny i szczery a la "serce-na-talerzu" styl będzie do tematu pasował idealnie (choćby w kontekście ich LYRIKÓW).

Wróćmy więc do lutego 2002. Zapuszczam płytkę na słuchawkach i... dzieje się coś dziwnego. Mam kurwa wrażenie, że każdy numer, jeden po drugim dosłownie, jest zrobiony w 100% PODE MNIE. Ale nie że w 70%. Nie że w 90%. Tylko w 100%. I nie "w 100% pode mnie" jako nędzna metafora tego, że zajebiście mi się podoba. Był to niezwykle rzadki przypadek wśród stosu płyt, których słuchałem wcześniej i później, że moje doznanie nie brało się z docenienia genialności czyjejś wizji, do której musiałem dostosować się percepcyjnie i wtedy dopiero mogłem zachwycić się – posmakować piękna, dotknąć sfery sacrum. Tylko wydawało mi się, że ktoś mówi tak bardzo moim językiem muzycznym, że w efekcie komunikat jest pozbawiony medium, jest ODARTY z opakowania, z łącznika, z jakiegoś toru, po którym jedzie za nim do mnie trafi. Ja wiem, że mówię niejasno ("utwór będzie się rozwijał trochę niejasno dla państwa" – absolut), ale trudno mi to dokładniej nazwać. Chodzi o to, że miałem takie intuicyjne poczucie: gdzieś w Stanach paru gości założyło se kapelkę i grają to, co ja bym chciał grać, czego chciałbym słuchać, ale jeszcze nie doszedłem do tego etapu i nagle ktoś pokazuje mi to – i ja czuję, jakbym słuchał moich braci bliźniaków zza Atlantyku, a nie jakiegoś super zespołu, do którego jak powiadam muszę się jakośtam dostosować estetycznie czy coś.

Może inaczej – zdarzają się sytuacje, że spotykamy kogoś nowego i po 3 minutach rozmowy jest stuprocentowy przelot i nie trzeba nic poprawiać, nic nie trzeba objaśniać sobie, nie trzeba tłumaczyć nawzajem podstaw, języka którym operujemy, nic. Jakby się kogoś znało "od zawsze" – to takie popularne powiedzonko. Czysta radość z obcowania z kimś tak tobie bliskim, podobnym, a jednocześnie świeżość, bo jeszcze chwilę temu się tego kogoś nie znało. Na filmach zdarza się to w miarę często, w realnym życiu dość rzadko, ale w płytach? No więc wysłuchałem całości z zapartym tchem, pogrążony w oparach totalnej abstrakcji (track po tracku zastanawiałem się – ej kurwa, co się dzieje w ogóle?) i kiedy płyta się skończyła, włączyłem ją ponownie. A kiedy znowu się skończyła, odetchnąłem głęboko i stwierdziłem, że uczestniczę w jakimś zakrzywieniu czasoprzestrzeni. Czyżby ktoś w innym wymiarze zrobił syntezę moich wyobrażeń o zajebistej muzyce i sklecił taką płytę, złożoną z takich utworów, gdzie każda sekunda według moich kryteriów wypełniona jest samą treścią, tylko treścią i wyłącznie treścią, po prostu pęka w szwach od pierwiastków, które dla mnie decydują o geniuszu w formule piosenkowej? W każdym razie sprawa nadaje się do "strefy 11" – z czymś podobnym spotkałem się tylko w przypadku Secaucus, ale na wyraźnie mniejszą skalę.

I tak przez około miesiąc chodziłem po mieście z tymi dwoma płytkami w discmanie, na zmianę. Na każdy WF (notabene zajebisty – pozdro Wally) musiałem jeździć komunikacją miejską w chuj daleko ze Służewa na Pragę – i za każdym razem słuchałem 12 Rods. Każdy kurs autobusem na Krakowskie Przedmieścia na zajęcia – znów 12 Rods. W domu – jak nie reckowałem czegoś, to oczywiście 12 Rods. Nie mogłem się tymi wałkami nasycić. Chciałem więcej i więcej, jeszcze raz i jeszcze raz. Nauczyłem się ich na pamięć. Poznałem wszystkie ich niuanse. Potrafiłem z pamięci odtworzyć linię basu w każdym z nich, każdą zagrywkę gitki w tle, każde wejście klawiszowych teł, każdy drobiazg ekspresyjny w głosie wokalisty, o słowach nie wspominając. Nie ma drugiego zespołu, który miałby w swojej dyskografii tyle MOMENTÓW muzycznych, które wywołują we mnie rozkosz. O każdym tracku mógłbym pisać eseje, opisywać sekunda po sekundzie jak lewituję słuchając tego.

Oczywiście na gorąco podzieliłem się tym wszystkim z MZ, który może nie trafił z Rods aż na skraj religijnego uniesienia jak ja, ale też strasznie go rozpierdalały te nagrania. Właśnie jakoś na początku 2002 roku wykiełkowała idea wielkiego podsumowania lat 90-tych w Porcys, do realizacji za parę lat, po gruntownych przygotowaniach. Tak, wiem, w tym miejscu śmiech przez łzy, że ostatecznie wrzucamy ją 10 lat później – ale to właśnie specyfika (braku) zdyscyplinowania redakcji Porcys + lepiej późno niż wcale + dziś wiemy "trochę" więcej o muzyce, zwłaszcza spoza rocka i tzw. muzyki alternatywnej. W każdym bądź razie stwierdziliśmy, że tak wybitny i zarazem mało znany/zapomniany zespół jak 12 Rods może być jedną z czołowych atrakcji/niespodzianek naszej listy 90s – więc nie możemy nic na jego temat publikować, a co więcej, należałoby wdrożyć jakąś klauzulę *milczenia* wśród wtajemniczonych w temat redaktorów serwisu.

W ten sposób rozpoczęła się legendarna paranoja porcysowa, "Porcys' best kept secret" i tak dalej. Część redakcji na pewnym etapie została wciągnięta w tę konspirę. Jakoś w 2007 roku skumałem że nasz obecny rednacz Wojtek jest RÓWNIE WIELKIM fanatykiem 12 Rods, co ja (serio, razem tworzymy być może duet dwóch największych psychofanów tego zespołu na świecie). O MZ już wspomniałem, Patryk mówił kiedyś, że Split... będzie miał na swojej liście wyżej od Loveless (w top 5 czy coś), a Koniu też się zajawia i nawet przedwczoraj wspominał mi o aktualnym projekcie Olcotta. Wybaczcie, jeśli kogoś pominąłem, ale nie gadałem o tym ze zbyt wieloma osobami... No więc od lat były porozumiewawcze spojrzenia "przy obcych", mówienie na ucho że "słuchałem wczoraj wiesz czego" i inne elementy regularnej sekty – wszystko po to, żeby dochować tajemnicy aż do publikacji listy 90s. Oczywiście, ludożerka ma internet i sobie może znaleźć tam co chce kiedy chce, więc to nie o to chodzi, że to jest jakaś wiedza tajemna, niedostępna. Zresztą podejrzewam, że sporo naszych czytelników z pewnością kojarzy, zna, może nawet bardzo lubi ten zespół. Ale chodzi o to, że stężenie doznawania przy 12 Rods wśród paru osób w Porcys jest tak ogromne, że gdyby nie planowana lista 90s, to nawijalibyśmy o nich prawie codziennie. Czytelnicy uważają pewnie Je Suis France, Toro Y Moi czy Dam-Funka za "porcysowych" wykonawców – bo kojarzą z naszym hajpem. No więc gdyby nie konspira w związku z listą 90s, to za takich wykonawców od 10 lat byliby pewnie uważani właśnie między innymi 12 Rods.

Okej, dosyć emo-bełkotu – teraz parę słów konkretu wprowadzającego w temat merytorycznie... Liderem, wokalistą, gitarzystą i autorem piosenek 12 Rods był zawsze Ryan Olcott, łysy gość w okularkach obdarzony nadludzkim talentem do układania niezwykle rasowych motywów – riffów, hooków, pobocznych melodyjek – i harmonizowania ich z kunsztem i zaskoczką niespotykanymi w świecie indie US. To pierwszy z wielkich sekretów zespołu – wrażenie jakby się słyszało jakąś absolutną klasykę pop-rocka, która nigdzie nie zafunkcjonowała. A to po prostu nasz Ryan, niepozorny gość z Minnesoty, ma taki dar do linii melodycznych. No i zmiany akordów lekką ręką zaprzęgające do jego potrzeb czy to Briana Wilsona, czy Paddy McAloona. W tekstach sportretował burzę hormonów okresu dorastania od najmroczniejszej, dramatycznej, schizofrenicznej strony i nadał tym wątkom głębię, na jaką nie natknąłem się nigdzie indziej. Przykładowo tematy podejmowane przez Weezer są przy chorych projekcjach Olcotta niczym literacka warstwa standardów disco-polo. W sensie: i jedni, i drudzy śpiewają o szukaniu własnej tożsamości i tęsknocie za ładnymi dziewczynami w okresie liceum, ale przepaść ciężaru gatunkowego jest zbyt wielka, żebym w ogóle zaczął to porównywać.

I wreszcie niepowtarzalny śpiew Ryana. Spotkałem się z opiniami, że jego mechaniczny, zimny, metaliczny, wysoki rejestrem, jednostajny, jakby robotyczny (efekt "zwolnionej taśmy") głos przeszkadza niektórym w odbiorze tej muzyki. Szatow żalił mi się kiedyś, że 12 Rods mają zajebiste numery, ale nie może przeskoczyć tego indie-Ozzy-Osborne'a. Ja nie tylko, że samego Ozzy'ego wokal akurat lubię, to jeszcze uważam, że bez tego wokalu nie byłoby zjawiska 12 Rods. Nikt lepiej nie zinterpretowałby tych songów. Ryan Olcott wyraża swoim egzaltowanym, ale opanowanym, sfrustrowanym, ale pełnym paranoicznego entuzjazmu, raz podirytowanym, a za moment już pełnym młodzieńczej słodyczy wokalem wszystko to, o czym śpiewa. To jeden z moich ulubionych wokalistów – jego spektrum ekspresyjne jest perfekcyjnie kompatybilne z poszczególnymi piosenkami, a jednocześnie nie spotkałem innego gościa, który tak bossowsko by wył i po chwili niemalże cedził kolejne słowa w akcie krańcowego wkurwu. 12 Rods są przez tego gościa cholernie dziwacznym bandem z cyklu "alternatywni licealiści z gitarami, melancholijnie śpiewający o laskach". Wiecie, teoretycznie chwilami jest w tym jakiś przelot typu kalifornijskie power-teen-popowe bandy, ale po pierwsze kompozycyjnie kolesie odlatują w kosmos i sięgają poziomu niedostępnego jakimśtam highschoolowym kapelkom z cyklu seriale dla nastolatków, po drugie kolo ma głos jak nikt inny w całym pop-rocku, a po trzecie ma takie teksty. Not your everyday Fountains Of Wayne, then.

Ale nie tylko przez niego. Rodzony brat Ryana, niejaki Evan (podpisujący się jako Ev, swoją drogą przed laty organizator listy mailingowej MBV – od razu "+50 do charyzmy"), to długowłosy (również okularnik) mistrz aranżacji i produkcji, klawiszowiec i gitarzysta. Dzięki niemu rockowe petardy, sweepery i ballady Ryana nabierają trójwymiarowego blasku, pozłacane całym arsenałem pogłosów, klawiszowych padów i leadów, efektów... Nigdy nie nudzę się słuchając po raz tysięczny piosenki Rods, bo zawsze odkrywam w tle jakiś detal ręki Eva. Jego fuzja sztuczek shoegaze'owych (np. wibrujące pady keyboarda imitujące tremolo Shieldsa), tradycyjnego power-popowego wykopu i analogowych ornamentów "z ręki" tworzy tkankę tak gęstą i jędrną, że każde miejsce pasma jest zajęte i powstaje MONOLIT.

Last but not least, do roku 1999 w 12 Rods grał jeden z najlepszych bębniarzy w historii rocka ":)" Trzeci okularnik w składzie, Christopher McGuire – nie ma żartów. Można Gay? i Split... słuchać tylko pod kątem jego perkusji, a i tak jest masakra. Nie wiem o co z nim chodzi, to jest jedna z wybitnych osobowości na tym instrumencie w dziejach, koleś który napierdala w pełnym amoku, a piekielnie inteligentnie, dodaje zawsze dokładnie tyle, ile potrzeba w dramaturgii, on ŻYJE kawałkiem który gra, on wyciska maksimum z każdej partii, ale nigdy nie przesadza dla popisów – wszystko zawsze podporządkowane narracji. O jego występach live chodziły legendy, był wziętym sidemanem w US indie i w Japonii, a teraz ponoć prowadzi szkołę bębniarską... Ale tego, co on grał, nie da się nauczyć. To jest jakiś dar z kosmosu.

I teraz o co w ogóle chodzi, że TAKICH 3 kolesi poznało się gdzieś w dupie w stanie Ohio, potem przenieśli się do Minneapolis i zostali darlings raczkującego Pitchforka etc etc etc. Serio, to jest tak niewiarygodne.

I jeszcze ten element niedopowiedzenia, braku, klasyczny WAKAT na pozycji basisty w tej kapeli. Na płytach bas obsługiwał, jeśli dobrze pamiętam, sam Ryan. A na koncertach wspomagali ich różni sajdmeni. I ciągle była rotacja, jakby nie mogli się nauczyć tego materiału na dobre...W sumie nic dziwnego, bo te kawałki są tak popierdolone konstrukcyjnie... W pizdę jakichś mostków, dochodzących części, zakrętów harmonicznych, grania tego samego basu pod inne akordy, tych samych akordów pod inny bas, tych akordów innych sam akordy pod i tych innych samych pod akordów itd itp idt ipt...

A stylistycznie powstała ze spotkania tych pojebusów jakaś alchemiczna mieszanka – numery o gwałtowności new wave, przestrzeni dream-popu, pierdolnięciu hard rocka, liryzmie barokowego popu, groovie białasowskiego funku i melodyjności komercyjnych gitarowych hitów. Ale to nie jest żaden zlepek, tylko jakieś inne, organiczne formy życia. W sensie – jak się zna tę kapelę, to potem szereg rzeczy kojarzy się właśnie z nią i ni chuja, nie wyjdziesz poza tę analogię – tak charakterystyczni są 12 Rods. Ileż sytuacji było przez tych 10 lat, kiedy musieliśmy się ugryźć w język i nie mogliśmy wspomnieć, że "Najważniejszy Dzień" Much to czyste 12 Rods, że Diogenes Club co chwila przywołuje ballady Olcottów, że ostatnio Friendly Fires mają przebłyski podobnego grania...

Na blisko 40-minutowe Gay? składa się sześć indeksów. Pierwsze dwa – "Red" i "Make-Out Music" – są w kręgach fanowskich uważane za niepodważalne klasyki zespołu, pewnie dlatego, że oba zostały (w nowych, wypolerowanych wersjach) umieszczone też na Split. W shoegaze'ującej psychozie "Red" oparta w większości na jednej nucie (!) melodia zwrotki prowadzi do eksplozji refrenu, zwieńczonej waniliową puentą słów "the only one who knows". "Make-Out Music" to jakby surowy, posiniaczony soundowo, lo-fi'owy, cudowny wariant takiej wszech-pieśni z fabułki dla nastolatków o loserze, którego biją w szkole i który ma tak ogromną chęć przypierdolić w ryja swoim prześladowcom, że zaczyna sobie to wyobrażać. Rzucanym na lewo i prawo, kultowym panczom nie ma tu końca, mógłbym w mordę jeża zarecytować linijkę po linijce, włączywszy sławne "na nanny boo boo, nanny nanny boo boo". Ale to tylko marzenia ("sweet, sweet gift I've never had"). Rzeczywistość jest inna, szara i wyblakła. W barowej balladzie "Gaymo" bohater siedzi sam w pokoju i przeżywa towarzyskie rozterki na skradzionym hooku z "A Groovy Kind Of Love" Phila Collinsa ("when I look at you..."), aż po rozdzierającym, brzydkim solo gitary dochodzi do konkluzji "everybody's cool except for me", podanej w boleśnie pięknym dwugłosie. Wtem znów odpływa w sen.

Następują dwa bodaj najznamienitsze, najpieczołowiciej naszkicowane nagrania w katalogu bandu, "Mexico" i "Friend". "Mexico", bezceremonialnie okalany egzotycznymi bębenkami, jedną nogą jest jakby najlepszym utworem w dyskografii The Police (stylem pasuje do Ghost lub Synchronicity), drugą niewytłumaczalnym manifestem quasi-polifonicznego popu wyrażonym w prowadzeniu osobnych tematów basu i wokalu, których melanż zawstydza 95% zachodnich grup sięgających po afro-beat, wreszcie trzecią – studium kompozycyjnego szaleństwa, polegającym na niespotykanym chyba nigdzie indziej patencie harmonicznego "skoku w tył" do akordu wyższego o półton, niż akord bazowy całego obiegu, po czym na zniwelowaniu tej różnicy dzięki nieśmiertelnej zmianie trybu – i kółeczko zaczyna się od nowa. Wypreparowanie narracji sekcji osiąga szczytowanie na wysokości "Friend". Ni to dream-pop, ni ujazzowione, depresyjne The Cure, ni post-Beach-Boysowski lament. Jak to ujął niedawno MZ: "ależ sekcja tam snuje opowieść, właśnie magicznie, że ma się wrażenie, że coś opowiada, a nie wygrywa motywy". Owszem, praca rytmu i sound gitary kojarzą się z Wish. Ale też mało w życiu słyszałem takich chwil w muzyce jak finał "Friend", gdzie przypadkiem wkradło się coś ze świętej sfery "Surf's Up". Olcott wyje niczym zaprogramowany przez Briana Wilsona: "I'm great / I'm strong / But I've only got one chance to be your frieeeend" (skoki po skali, ja PIERDYKAM!), aż w outro (od 4:36) chórki i dialogujący z nimi bas w paru sekundach streszczają całe olśnienie i przerażenie egzystencją, przybijając pionę z Dark Side Of The Moon. Epicki, pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji niczym rajd po zawijanych obwodnicach futurystycznego miasta closer "Revolute" to popis instrumentalny całej trójki, jakby nagle odnaleźli w sobie wewnętrzną formację Rush (niestrudzone bębnienie McGuire'a miażdży). Ev gasi świeczkę dwoma katedralnymi akordami organów. O, zgasła.

"Także tak, panie Eugeniuszu": Bliss, nieoficjalna kaseta z 1993 = moja setka 90s; Gay? EP z 1996 = moja 10-ka 90s; Split Personalities, LP z 1998 = moja 5-ka 90s. Potem Separation Anxieties LP z 2000, ponoć ich sellout, produkcja Todda Rundgrena, naciski wytwórni na komercyjność – ja nie wiem o co chodzi, jest tu nawet kawałek z Bliss w nowej wersji – zajebista, przejrzyście wyprodukowana, wzruszająca pop-rockowa płyta, moja 100-ka 00s. I jeszcze Lost Time LP z 2002, ich pożegnalny album, nagrany własnymi środkami i wydany własnym sumptem, powrót do korzeni niby – ja tam nie wiem, dla mnie kolejna zajebista płyta 12 Rods, moja 100-ka 00s. Potem Ryan miał inne projekty – słuchałem kiedyś Mystery Palace, mistrzowskie granie jak zawsze. Chciałbym go kiedyś spotkać, ale z drugiej strony wiem, że nie miałbym mu nic do powiedzenia, bo nie da się inaczej, niż w postaci takiego wy(z)wodu jak ten powyżej. Chciałbym też, żeby kiedyś się ta grupa reaktywowała i zagrała w Europie... 10 lat kryłem się z moim ulubionym zespołem życia jak pojebany, ale teraz jestem już na ostatniej prostej do normalności, pozdrawiam. –Borys Dejnarowicz


047Tortoise
Millions Now Living Will Never Die
[1996, Thrill Jockey]

Kto ma wiedzieć, czym w latach dziewięćdziesiątych był post rock, wie. W narracji o historii muzyki rozpoznano i przyjęto zarówno rozpiętość zjawiska – od eterycznego avant-popu Stereolab po eschatologiczny ciężar Godspeed – jak i wertykalną oś wpływu wyrastającą z minimalizmu, a skierowaną ku poszatkowaniu sampli i loopów. Jednak po przyjrzeniu się prasie muzycznej dla beki okazuje się, że ceną, jaką przyszło zapłacić za rozpowszechnienie niegdyś nieoczywistych pojęć tej narracji jest sama treść tych pojęć; treść, której istotą miała być ewokacja treści muzyki. O ile dawniej pewnie nie odmówiłoby się dobrej woli writerowi, chcącemu uzmysłowić czytelnikom nowatorstwo zespołu poprzez stwierdzenie, że przekracza on granice gatunkowe oraz czerpie z wielu tradycji, twórczo je przetwarzając, o tyle dziś próba opisania albumu w powyższy sposób nie kieruje wyobraźni ku czarowi świeżego brzmienia, lecz odbija się raczej echem w pustce słów. Dominacja koncepcji historycznego rozwoju muzyki nieuchronnie wytworzyła swoistą przepaść. Jeśli po jednej stronie stoją rzesze recenzentów, to po drugiej znajduje się poznanie muzyki, które miało być celem podjętych wysiłków krytycznych; najczęściej jednak writer ustawia recenzję w pół drogi na drugi brzeg. Opanowując muzykę językiem historii, łatwo odsunąć od siebie właściwe jej przyjemności, ciesząc się często raczej własną gadaniną. Kogo bawi pisanie w ten sposób w 2012 roku, pisze. Ale wobec płyt takich, jak Millions Now Living Will Never Die, byłaby to niemożliwa do usprawiedliwienia krzywda.

Chcąc wypowiedzieć wyjątkowość tego albumu, z narracyjnego wiru, w którym mieszały się zawsze jazz, minimal, krautrock, prog i dub, wyciągano formułkę: ale twórczość Tortoise to coś więcej. Tak dziś wyciągamy niektórych przyćpanych oszołomów za nogę singera-outsidera, dla której z pewnością znajdzie się odpowiednie miejsce, salon osobliwości jest bowiem w muzeum narracji o muzyce przewidziany. Ale o takiej nodze wstawionej do muzealnej gabloty już nie powiemy z radością, że pokopała. Możemy próbować wyjąć ją, umknąć na zewnątrz i przyjrzeć się z bliska. Wykorzystać tak, jak chcemy, a nie tak, jak tłumaczą jej zastosowanie podpisy na ścianach muzeum. Jeśli nie łapiecie – ominąć perspektywę historyczną z nic nie mówiącymi już nazwami gatunków i analizą wpływu, jaki był, nie był, ma być a może nie. Podobnie bowiem zrobili, jak sądzę, muzycy Tortoise: odseparowani w studiu, przemyśleli wszystko od nowa, tworząc własny język muzyki, którego sama składnia okazała się na tyle odkrywcza i świeża, że absurd badania Millions w kontekście wpływu innych gatunków doprowadza do szaleństwa chodzenia po mieście z trzema nogami. I choć niezgrabny, taki spacer odbyć można już po drugiej stronie – stronie samej muzyki – a nie nad przepaścią pojęć z biednymi Neu! i Reichem na dnie.

O pojęciach można myśleć też jako o strojach, które, choć potrafią na swój sposób eksponować to, co przyoblekają, zasadniczo mają ukrywać. I tak pod krautrockową zasłoną chowano żywy organizm muzyki Tortoise. Weźcie to w nawias i możemy przyjrzeć się całości.

Z komórek pojedynczych dźwięków – uderzenia w werbel i trącenia w strunę – wyhodował zespół tkanki rytmów, by składać je w coraz bardziej skomplikowane układy. I tak, perkusyjne serduszko Johna McEntire pompuje z pomocą basowego krwiobiegu rytm całej struktury do potężnego mózgu openera "Djed", dysponującego resztą organów-tracków, a na potrzeby tego komentarza ilustrującego to, co próbowało się opisywać jako tajemniczą harmonię matematycznej precyzji z jazzowym feelingiem. Ładna metafora, ale może idźmy dalej, bowiem na anatomii sprawa się nie kończy. W jakiś niepojęty sposób te i tak już fantastycznie zharmonizowane rytmy i melodie narządów wewnętrznych stają się spójnym i jednorodnym ciałem, które poruszając się, nie potrzebuje do tego teorii, a którego każdy ruch jest samą uciechą. Co tam wtedy marimba i przestery, skoro mamy do czynienia z jednością w sobie samej znajdującą uzasadnienie i wytłumaczenie, a do tego promieniejącą naturalnym, nieskażonym wdziękiem najrozmaiciej generowanych dźwięków. Takie wrażenie nieodparcie towarzyszy poznawaniu Millions Now Living Will Never Die.

Dopiero tak wyrosłe dzieło można ubierać; urok organicznego wzrostu nie wzbrania nam dopisywania historycznych wartości ex post. Nie ulega wątpliwości, że ujęte w szerszej perspektywie Millions okazuje się poniekąd znakiem nineties, definiującym gatunek, nawiązującym jakoś do przeszłości i wyprzedzającym swoje czasy zarazem. Jednak to znaczenie nie wydaje mi się jego istotą. Zatem w miejscu atencji względem koszmarku łączenia tradycji z nowoczesnością wstawiłabym ludzi, którzy, zostawiając światu jego model narracji, zamknięci w studiu wymyślili sobie własny język od nowa. Najlepsze jest to, że ten język przemawia do dziś. Można by wręcz pomyśleć, że miliony jego żywych brzmień nie umrą nigdy, hoho. –Karolina Miszczak


046Amon Tobin
Bricolage
[1997, Ninja Tune]

Nie pochodzi z umuzykalnionej rodziny, nie studiował teorii muzyki. Mówi, że jego sztuka jest naturalną odpowiedzią na czasy, w których żyje, tak jak jazz i blues były odpowiedzią na realia lat sześćdziesiątych. Ja mam wrażenie, że mógł przeholować z filmami Davida Lyncha, a nie zaprzecza, że za nimi przepada. Określany jako wirtuoz konstrukcji dźwięków, uważany za jednego z najbardziej wpływowych twórców muzyki elektronicznej na świecie, Amon Adonai Santos de Araújo Tobin, lub nieco prościej – Amon Tobin. Ninja Tune wiedziało co robi, przygarniając Brazylijczyka i jego Bricolage . Ostro cięte dźwięki łączące jazzowe melodie z dotkliwym rytmem jungle doskonale wpisywały się w oryginalny profil labelu. Niebawem Bricolage dostało dychę od Pitchforka i stało się wizytówką dla wytwórni, definiując jej zamiłowanie do muzycznych innowacji i różnorodności.

Niepojęte było to, co Amon Tobin potrafił wydobyć dla swojej muzyki ze środkow tak oszczędnych jak keyboard i sampler. Słodkie melodie saksofonu, precyzyjnie szarpane struny basu i nieśmiałe mazgaje smyczków brzmiały równie prawdziwie jak Miles Davis. Koleś inkorporował bluesowe improwizacje i synkopowany rytm jazzu do szybszych i dużo bardziej skomplikowanych wzorców rytmicznych. Sample szaleńczo składały się w psychodeliczną całość, która niepokoi i wciąga zarazem. Od wypuszczenia Bricolage minęło 15 lat. Brazylijczyk osiadł na stałe w Montrealu i nie poddaje się bezproduktywności. Zeszłoroczne wydawnictwo ISAM zdecydowanie nie odcisnęło się w historii muzyki, a na jego koncert pewnie się nie wybiorę. Ponura elektronika zrobiła się naprawdę męcząca. Bądź co bądź, o tym, co zrobił w roku 1997, nie należy zapominać. –Monika Riegel


045Janet Jackson
The Velvet Rope
[1997, Virgin]

Super Bowl. Dla Amerykanów to solidne święto narodowe, podczas którego jeszcze bardziej niż na co dzień celebrują swój dobrobyt. Wtem poszum niedowierzania. W blasku świateł sceny w przerwie rozgrywek, zamigotał uzbrojony sutek. Należący do Janet, obnażony "na skutek wypadku" przez Timberlake'a. Nasi obywatele zasłużyli na coś lepszego – grzmią niedługo potem wszelkie media. Co roku przychodzimy tu całymi rodzinami -- Ameryka, ba świat, wrze domagając się zdrowego rozsądku.

A tymczasem gdyby zapoznać się zdroworozsądkowo z Velvet Rope, nie byłoby (jakże przykrych) niespodzianek. Już od progu, bo artworkowej książeczce Janet odsłania się na kilku fotkach ze swoimi ciagotkami sado-maso. Ciało i seks są fajne i w zasadzie ciągle wypełniają myśli Ms. Jackson o czym, już pozakulisowo, szepcze zmysłowo do ucha redaktorowi, który przeprowadza z nią wywiad. To geny jej ojca, tylko, jak tłumaczy dalej, ten był zbyt zaciśnięty, żeby mówić o tym wprost. Na ten rodzinny feler, ekshibicjonistyczną lukę, odnawiającą się z upartością wątroby Prometeusza, pojawia się Velvet Rope. Płyta zgrabnie wpisuje się ultra modną w latach swojego powstania otwartość, kruszącą tekstami twarde wciąż natenczas tabu ("Together Again" to na przykład dedykacja dla przyjaciela zmarłego na AIDS, nie mówiąc już o tym, że VR powstawała w okresie depresji Janet). Czyli twardy orzech i już wszystko się zgadza. Podkreślenie fatalności najlepszego z możliwych światów nieziemsko lotnymi, tanecznymi melodiami to właśnie owa perwera bólu i przyjemności. –Magda Janicka


044Goldie
Timeless
[1995, FFRR]







+



–Mateusz Jędras


043Blur
13
[1999, Food/Parlophone]

Szósty album Blur rozpoczyna się od "Tender is the night / Lying by your side", a kończy na "I got no distance left to run". Między tymi wersami jest, mniej więcej, godzina "muzyki rozstaniowej". Jedna z najpiękniejszych i najbardziej rozdzierających w historii popkultury. Indie-rockowa mitologia mówi, że główną inspiracją Albarna podczas prac nad 13 było zakończenie związku z Justine Frischmann. O ich wspólnym uzależnieniu od heroiny dwa lata wcześniej opowiadał utwór "Beetlebum". Wydane w 1999 roku 13 to trzy kapitalne single, dwa razy miłosne gospel, dwa post-punkowe, gryzące numery, akustyczna ballada, pięć nienazwanych miniatur, trochę "starego Bluru" i mnóstwo eksperymentu. To wszystko, co pozwoliło Blur przenieść britpopową estetykę w zupełnie inną przestrzeń, zawdzięczamy chemii na linii zespół – William Orbit. Orbitalne loty uwypuklają przy tym rolę Grahama Coxona, nie tylko wybitnego melodyka, ale także instrumentalisty, który dosłownie poraża kreatywnością i wyobraźnią, redefiniując niejako pojęcie "Boga Rocka" na potrzeby końcówki XX wieku. Mnie od zawsze urzekało na "trzynastce" rozłożenie akcentów między "piosenką", a gmeraniem przy formie. Bo tutaj koniec końców zawsze chodzi o syntezę doskonałego songwritingu i mitycznych "emocji". Weźmy takie "Coffee & TV". W sumie mógłbym napisać, że to brytyjski odpowiednik naszego "Proza życia to przyjaźni kat / Pęka cienka nić / Telewizor, meble, mały fiat / Oto marzeń szczyt". Mógłbym – gdyby nie to, że mija 13 lat (notabene), a ja wciąż bez odrobiny cynizmu odnajduję w tym coś specjalnego. I nadal wkurwia mnie jak Coxon wyrzuca ten karton do kosza na śmieci. –Marek Fall


042Modest Mouse
Building Nothing Out Of Something
[1999, Up]

Ta niepozorna na pierwszy rzut oka kompilacja to nie tylko moja ulubiona płyta w całej dyskografii Modest Mouse, ale chyba także w ogóle najlepszy zbiór b-side'ów jaki kiedykolwiek słyszałem. Ciągle do końca nie rozumiem jak te utwory mogły nie załapać się na żadne ze wcześniejszych studyjnych wydawnictw, ale z drugiej strony te rozważania są pozbawione głębszego sensu – przecież w innym wypadku nie stworzyłyby frapującego monolitu w postaci Building Nothing Out Of Something.

Właśnie, bo generalnie cechą tego typu przedsięwzięć jest chyba duża doza przypadkowości i niewielki stopień "zgodności" między poszczególnymi kawałkami. Tu udało się tego uniknąć – ja zresztą naprawdę nieświadomie bardzo długo traktowałem ten album jako zwykłą studyjną pozycję, tak mocno mi się ta cała tracklista zazębia. Nie ma w tym przypadku – o kolejności utworów zdecydował sam zespół a nie żadna tam dziwna chronologia.

Wydanie właśnie TAKIEJ płyty pod sam koniec 1999 roku rozpatrywałbym jako spięcie klamrą pewnego etapu rozwoju Modest Mouse. Tu najpełniej słychać, że to zespół w przededniu nagrania czegoś epokowego – niezwykle sprawny instrumentalnie, świadomy swoich zalet, śmiało eksperymentujący w obrębie estetyki indie z rewelacyjnym wprost skutkiem. Tego typu wnioski biją z analizy samego songwritingu – w Building Nothing Out Of Something znajdziecie ekstrakt z tego co najlepsze we wczesnej twórczości Brocka i spółki. Jest poruszające "Broke", jeden z najlepszych utworów nagranych kiedykolwiek przez ten zespół, przejmujący lament o traceniu życiowych perspektyw. Jest "Baby Blue Sedan", jedna z tych piosenek, z którymi się w ostatnich latach najczęściej identyfikowałem. Tu nie chodzi o to, żeby się przerzucać co bardziej błyskotliwymi linijkami tego wybitnego piosenkopisarza, bo z tego zestawu mógłbym wskazać niemal co drugą. Powiedzmy, że młody Isaac Brock był gościem, który nadawał na tych samych falach co młody ja. "I didn't feel angry or depressed / I didn't feel anything at all / I didn't want to go to bed / And I didn't want to stay up late" – ktoś kiedyś lepiej opisał życiową apatię? Nie wydaje mi się. Ale na cytowanie Eraserhead w refrenie "Workin’ On Leavin' The Livin'" też złego słowa nie powiem – w tym zestawie broni się każdy najdrobniejszy nawet detal.

Choć Modest Mouse to zespół, który w 90s wydał także dwa cudowne, regularne longplaye, to właśnie w niewinnej formule tej kompilacji b-side’ów pokazał najlepsze ze swoich ówczesnych pomysłów. I to właśnie te pomysły stały się przyczynkiem do jeszcze większego rządzenia na początku kolejnej dekady. –Kacper Bartosiak


041Jay-Z
Reasonable Doubt
[1996, Roc-A-Fella/Priority]

Istnieje charakterystyczny trop filmowy, popularny szczególnie w filmie gangsterskim, ale obecny też w innych obrazach typu "walka jednostki przeciwko [czemuśtam] w drodze na szczyt". Chodzi mi o moment tej krótkiej, sztampowej sekwencji mającej dać widzowi do zrozumienia, że od tego momentu "biznes się kręci": po długim okresie trudnych początków w branży protagonista, aspirujący król Wszechświata, pnie się już wyłącznie do góry. Szybszy montaż, piękniejsze dziewczyny, przebitki na ręce w pierścieniach liczące dolary, ciężarówki z bimbrem/żywym towarem/amfetaminą klepnięte odjeżdżają w dal, jakaś muzyka wesołej powiedzmy natury w tle. Samochody, restauracje. Zakładam, że ma to jakąś zwyczajową nazwę; niestety jej nie pamiętam. Generalnie mówimy o tym dziwnym momencie pseudo-balansu na ostrzu katany, kiedy stolik w Copacabanie nie jest już problemem, ale bohater łudzi się jeszcze, że może, być może, nie zginie na śmietniku. Jest coś pięknego i osobliwego w tych pokazach slajdów z życia na bogato, bo jakkolwiek puste narracyjnie, każą wytężać wzrok w poszukiwaniu pierwszych zwiastunów tego, na co wszyscy czekamy: spektakularnego upadku.

Jeżeli Jay-Z-jakim-go-znamy przyzwyczaił nas do przemawiania raczej z perspektywy Olimpu i złotych kołysek, to debiut przedstawia właśnie ten ulotny moment w drodze na szczyt, kiedy pamięć korzeni wciąż jest jeszcze świeża, gest chwytania tej oto darmowej butelki szampana wciąż jeszcze trochę zbyt łapczywy, a ewentualna światowa dominacja ciągle nie do końca przesądzona. Napastuję tutaj metaforyką filmową wcale nie dlatego, że cytaty i przybijanie piątek z bohaterami gangsterskich epopei pojawiają na Reasonable Doubt prawie tak często jak Lexusy. Nie wiem, czy gremium się ze mną zgodzi, ale to właśnie na debiucie widać najlepiej, co jest największą (obok panczy) siłą nawijki Jaya, mianowicie stara dobra "plastyczność wizji". Siła obrazowania, jak we wspomnianych gangsterskich pokazach slajdów, jest u Shawna Cartera jakieś tysiąc razy mocniejsza, i około pięciu razy bardziej adekwatna do "tego momentu w życiu ambitnego, młodego hultaja w miejskiej dżungli" niż tradycyjny storytelling. Doniosłość tego talentu objawia się w jakichś zupełnych lirycznych drobiazgach. Kilka słów na krzyż, podbite bitem o strukturze kryształu. Słońce przedziera się przez uchylone żaluzje, biały pył wiruje w powietrzu i nie wiemy, czy to remont, czy dragi. W takich momentach żałuję każdego razu, kiedy przyczyniłam się do bastardyzacji pierwotnego znaczenia przymiotnika "epicki", bo odebrała mi ona jedyne określenie, na które ten album uczciwie zasługuje. –Aleksandra Graczyk


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Friendly FiresInflorescent
DrakeCare Package