SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 1990-1999

27 sierpnia 2012

 

 

060Snoop Doggy Dogg
Doggystyle
[1993, Death Row/Interscope/Atlantic]

Kiedy pierwszy raz słuchałam Doggystyle, myślałam, że słowo "doggystyle" zostało wymyślone przez Snoopa i dotyczy wyłącznie jego flow. Nie znałam też jeszcze The Chronic. Uwielbiałam za to piosenki, które opowiadają jakąś historyjkę, i, niestety, rymujące się riposty poniżej pasa. Oraz kawałek "Lodi Dodi", szczególnie fragment w którym matka kochanki Snoopa próbuje go poderwać (z tym, że Slick Ricka też jeszcze wtedy nie znałam):

"And on and on and on she kept goin'
The bitch been around before my mother's born!
I said, 'Cheer up!' so I gave her a hit
I said, 'You can't have me, I'm too young for you bitch!'
She said, 'No you're not', then she starts cryin'
I says I'm nineteen, she says, 'Stop lyin'!'
I says, 'I am, go ask my mother
And with your wrinkled pussy, I can't be your lover'"

(Poza tym Snoop Dogg – podobno dzisiaj już Snoop Lion – należy do pierwszej dziesiątki najlepiej ruszających się facetów świata.) –Sophie Thun


059Bonnie 'Prince' Billy
I See A Darkness
[1999, Palace]

Na dzień dobry z nowym pseudonimem Will Oldham nagrał album, który do dzisiaj pozostaje jego najdoskonalszym osiągnięciem i równocześnie największym przekleństwem. Lider Palace Brothers czy Palace Music – tu po raz pierwszy ujawniający się światu jako Bonnie 'Prince' Billy – zakończył dekadę w stylu godnym największych mistrzów. Pech chciał, że już nigdy poziomu I See A Darkness nie osiągnął ponownie, choć zbliżał się do niego kilka razy (momenty na Ease Down The Road, Master And Everyone czy The Letting Go). Zawsze w tyle głowy pozostawała myśl, że najlepszy krążek dał nam na początku swojej przygody z pseudonimem "Książę".

O wielkości Darkness i przewadze nad pozostałymi pozycjami w dyskografii brodacza zadecydowały detale: chór "nomadów" na skraju wyczerpania emocjonalnego w "Nomadic Revery (All Around)", przejmujący do szpiku kości refren nagrania tytułowego poprzedzony powolnym – podkreślanym oszczędnymi dźwiękami pianina – wyznaniem osoby znajdującej się prawdopodobnie na skraju samobójstwa, złudnie radosna dziecięca wyliczanka w przerażającym "Another Day Full Of Dread" czy ten końcowy, przepiękny moment (od 1:11) w zamykającym płytę utworze "Raining In Darling", w którym Oldham zdaje się wpuszczać do swojego smutnego świata odrobinę światła i zamyka ten jeden z najbardziej przygnębiających spośród znanych mi albumów – paradoksalnie? pozornie? – optymistycznym akcentem. –Tomasz Waśko


058American Music Club
Everclear
[1991, Alias]

Rozwikłajcie se efemeryczny, ale organicznie naturalny i spójny styl AMC na tym albumie. Mnie wychodzi tak: gotycki korzeń w duchu The Cure (refren "Sick Of Food" jako kompozycyjna riposta na utwór "Disintegration"), obszerny wspólny mianownik z sophisti-popem Prefab Sprout (McAloon w swoim najbardziej mrocznym i depresyjnym wcieleniu?), kawałki rootsowo-country-folkowo-pijackie (muzycznie pijackie) wyciskają maksimum z rzeczy typu Mekons ("Crabwalk", "The Dead Part Of You"), sporo też przelotu a la Afghan Whigs ("męska muzyka do chlania" – Koniu), a do tego poświata dream/shogeaze/slo-core'owa w 1991 roku – te puenty gitarowe, wykończenia fraz na gitarach, jak gitary "kwitują" tu zmiany w w narracji... Przecież soundy gitar na tej płycie to "sznur pereł", a te alt-rockowe, wrecz grunge'owe zrywy jak w "Rise" = nie do opisania. Nie odkryję też Ameryki stwierdzając, że Eitzel jest jednym z najmocniejszych tekściarzy swojego pokolenia, ale serio, nadanie jego nałogowi alkoholowemu aspektu MISTYCZNEGO godne jest jakiegoś, nie wiem, nie przymierzając, Jerofiejewa. Od samego genialnego otwarcia ("Will this night fulfill all the promises? And bury us in peace?") promieniuje z jego słów jakieś boskie światło z tych i wiadomo, że nie chodzi o zwykłe rozkminy pijaka, tylko o egzystencjalne ujęcie pewnego ludzkiego odrętwienia, jakiegoś poczucia utraty i względności czasu, o próby zaklęcia go przez "odwrócenie świadomości do góry nogami"... Także nazywanie Marka bardem, singer/songwriterem czy innym barowym/knajpianym nudziarzem to jest jakaś profanacja. Ktoś widzi głębię w Waitsie, a ja widzę tu. Zakończenie – "I got a thirst that would make the ocean proud" – to są klimaty, że literatura sie wkrada. A do tego to jest taki majstersztyk interpretacji, poziom Yorke'a momentami – w sensie gościu dokładnie wie na jakie słowo położyć akcent, gdzie wydobyć ukryte znaczenie, kiedy krzyknąć (vide uniesienie w "Now I wake up and I don't haaaave any gravity!", chyba jedna z najpotężniejszych ekspresji ludzkiego cierpienia do czasu pojawienia się Brocka), kiedy wyciszyć... O tym się rzadko wspomina, ale on jest bardzo "muzykalnym" wokalistą – wszystko kończy bardzo czysto, acz odpowiednio autentyczne wyrazowo. Wbrew pozorom to nie jest Cohen, że technicznie koleś nie umie śpiewać. Generalnie warto choć raz w życiu posłuchać całości w skupieniu, bo to jest jak książka ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. –Borys Dejnarowicz


057Cardigans
Emmerdale
[1994, Trampolene/Stockholm]

Zabawne, jak trudno po latach intensywnej rehabilitacji The Cardigans w środowiskach alternatywnych odkleić od zespołu etykietkę muzyki śniadaniowej; rozproszonego, rozpuszczonego w waniliowym brzmieniu "przyjemnego grania", doskonale sprawdzającego się jako rozgrzewające tło dla leniwych, niedzielnych poranków. Na przestrzeni całej swojej kariery Szwedzi pozostawali w niemal akrobatycznym rozkroku. Z jednej strony nie wyrzekali się ambicji prostolinijnej przebojowości, okazjonalnie grymasząc się w lekko obcej dla siebie, pop-rockowej manierze (najlepszym przykładem może być tutaj jeden z najsłabszych singli grupy, "My Favourite Game"), a z drugiej konsekwentnie realizowali swój program absurdalnej intensyfikacji środków wyrazu kojarzonych przede wszystkim z szeroko pojętą "ładnością" muzyki. Puszyste pętelki soczystych hooków i prężących się mostków tworzą na dwóch pierwszych płytach zespołu jednolitą kolorystycznie selekcję surrealistycznie ślicznych utworów, początkowo przygniatającą swoją konkretyzacją, z czasem odsłaniającą się jako próba dotarcia do gołej formuły "chwytliwości" jako takiej.

Piszę o "konkretyzacji" i "intensyfikacji", bo zarówno Emmerdale i Life to dla mnie nie żagle na Mazurach, nie "Won't you lay me down in tall grass / And let me do my stuff" dla rodzin z dziećmi, ale przykład muzyki skrajnie analitycznej, pozbawionej zbędnych ozdobników i stylistycznych sztuczek, redukującej się wyłącznie do własności melodycznych, rytmicznych i harmonicznych. Muzyki niebezpiecznie surowej i podskórnie bezosobowej. Nie wiem, czy cała przebogata tradycja eksperymentowania z depersonalizacją muzyki popularnej, wywołania u słuchacza poczucia nie tyle obcości, co iluzji kontaktu z samą materią dźwięku uporządkowanego w kompozycji – od Sacher-Pelz, przez Neu!, aż po Rechenzentrum – zrobiła na mnie pod tym względem podobne wrażenie, co te słodkie nucanki duetu Svensson/Sveningsson. Może dlatego, że (żarcik) ich wizja absolute musik jest znacznie silniej zhumanizowana? –Jakub Wencel


056Afghan Whigs
1965
[1998, Columbia]

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że znacie Grega Dulliego na scenie. Odkąd zorientował się, że polska publiczność go ubóstwia, lubi się podokarmiać naszymi piskami i wpada tu dość często. Mnie samą niestety ominęło tegoroczne koncertowe zmartwychwstanie Afghan Whigs, ale mam kilka naprawdę dobrych wspomnień z kwietnia 2011. Na pierwszy rzut oka to już nie ten sam Greg – dziwnie wychudzony, bez szluga w zębach i chmury dymu dokoła. Ale jego błysk w oku, pewność siebie i spopielający głos pozostały dokładnie takie same. Wychodzi na scenę i całym sobą mówi: "mogę z wami zrobić co mi się podoba", a człowiek z rozkoszą mu się poddaje, bo to charyzma na najwyższym poziomie.

Samo 1965 to chronologicznie rzecz ujmując ukoronowanie dorobku Afghan Whigs, a być może i znak odejścia w kierunku stylu Twilight Singers. Płyta nosi w sobie zaledwie blady refleks wcześniejszej ostrości gitarowego brzmienia, dobrze słyszalnej jeszcze na Gentleman. Tym razem tradycyjny rock splata się z jazzem, R&B i soulem, a Greg Dulli wreszcie daje upust swemu zamiłowaniu do popisów wokalnych. Tak powstaje wielka apoteoza seksualności z kosmicznym spacerem Eda White'a na okładce.

Otwierające się zgiełkiem ludzkich głosów "Crazy" ma w sobie nostalgię smyczków i energię perkusji. Następne dwa kawałki zdają się być tylko wprowadzeniem do kolejnej porcji rozkoszy w postaci "66". Mieszka tam czułość, którą tak przekornie wyśpiewać potrafi tylko Greg Dulli. "Citi Soleil" urzeka gitarowymi ozdobnikami i kobiecymi chórkami, a już zupełnie kupuje mnie świerszczami klawiszy w okolicach 3:53. "John The Baptist" to filmowa przebojowość saksofonów, a ciemna zmysłowość "Neglekted" przypomina Ninę Simone. Nie umiem wyobrazić sobie lepszego zamknięcia płyty niż "The Vampire Lanois, które kondensuje w sobie całe szaleństwo smyczków, gitar, perkusji, i dęciaków, na odchodne rozgrzewając atmosferę do czerwoności i delikatnie wyparowując. –Monika Riegel


055Neutral Milk Hotel
In The Aeroplane Over The Sea
[1998, Merge]

Dobra już. Bez sensu to wszystko. Jebut kartkami o podłogę i wychodzę. Wiem, wiem. Not cool z mojej strony, ale co zrobić. Tekstu nie będzie! Nie dlatego, że nie starcza słów. Znalazłyby się jakieś. Od biedy. Dziś po prostu świadomie decyduję się o tym nie rozmawiać. Nie dzielić się przeżyciami, nie przywoływać wspomnień, skojarzeń, nie odkopywać obrazów. Zbyt duży kaliber. Poza tym, kogo to obchodzi? Więcej nawet, NIE POWINNO to nikogo obchodzić! Wszystko to jest MOJE i nie oddam nikomu. Chcesz emocje? Załatw sobie własne, lepiej na tym wyjdziesz. To może należałoby oddzielić Aeroplane od jej emotywnego potencjału i przedstawić czytelnikom tło społeczne, zarys problematyki? Jasne, mogę zerżnąć z Pitchforka, chcesz? Albo chociaż charakterystykę produkcji, jakiś namechecking? No bez jaj, mówisz poważnie? Żeby jednak sprawa była jasna: bardzo fajna płytka, "transferuje emocje prosto do mózgu" (trochę jakby samo sedno, dzięki Jędrzej) i ogólnie okołodziesiątkowe sprawy, jeśli otworzysz w rzeczonym odpowiednią szufladkę. Także polecam. Tymczasem na otarcie łez po niedoszłym "najlepszym komencie w historii tego serwisu" bezczelnie rzucam filmikiem z internetów, "like she just doesn't care". Problem w tym, że obchodzi mnie to wszystko aż za bardzo. –Luiza Bielińska


054Cardigans
First Band On The Moon
[1996, Stockholm]

Sawicki odważył się kiedyś na łamach witryny Facebook.com wysnuć tezę, że trzy opusy magnumy Cardigans przewyższają poziomem świętą trylogię Built To Spill. Skonstruowane przez Borysa, a trzymane przez Zagrobę w garażu za kosiarką Kalkulatory Rzeczywistości wciąż dokonują obliczeń, lecz ja znam wyniki – gówno prawda. Tym niemniej nie da się zaprzeczyć, że Life i First Band On The Moon dotykają boskości: trzymają Jezusa za włosy, Jahwe za bicz a Mahometa za granat. Tak jak polskie PKB traci rocznie około procenta potencjalnego wzrostu przez słabą infrastrukturę (zwłaszcza drogową), tak idealny do głoszenia popowych tez głos Niny Persson podwyższa wskaźniki jakości o dwa punkty każdej piosenki, w której się pojawia. Ale także i takie dobro można zmarnotrawić – co zresztą później Cardigansom się zdarzało. Tu o o nieużytkach nie ma mowy: każda piosenka ma momenty, na które czekasz niecierpliwie od jej zarania. W "Been It" jest to zapowiadająca refren, "wylewająca się", gitara. W "Your New Cuckoo" może to być riff prosto ze środkowych Beatlesów lub bas, którego nie powstydziłby się debiut Rapture. "Never Recover"…Tu się za dużo dzieje, prośbę o analizę wysyłam do Kevina Barnesa nagrywającego Satanic Panic In The Attic. Jest tu także taki jeden track, zaraz zaraz…"Lovestupid" chyba się nazywa – też niezły. Rozumiem, że można nie doznawać przy Radiohead (bo darcie kota), że da się nie rozumieć zaświatów Ariela Pinka, że aby poznać się na Papa Dance trzeba mieć serce... Ale czy istnieje jakiś racjonalny powód, by nie uwielbiać tych starych, klasycznych Cardigansów? –Jędrzej Michalak


053Mansun
Six
[1998, Parlophone]

Niedookreśloność – gdyby takie słowo naprawdę istniało, prawdopodobnie byłoby głównym tagiem określającym Six, poza tak oczywistymi jak "mistrzostwo", "übersztuka" i inne entuzjazmy. Bo to jest taka muzyka, że nie wiadomo o co chodzi. Mansun wypłynęli na poczciwym, lekko nieoczywistym post-Marillionowym rocku, zebrali dobre recenzje, kupili sobie samochody, po czym Paul Draper wziął ten styl, trzasnął nim o ziemię i przypadkowo ułożył okruchy i co tam jeszcze znalazł pod szafą. Serio. Każdy kolejny kawałek zaczyna się od chwytliwego motywu, a po chwili to się łamie i wskakuje zupełna bzdura. I znowu. I teraz też. O, kolejny. Z prog-rocka zostało niewiele, za mało jednak na electro-pop, i jeszcze zupełnie dziwne rzeczy (Czajkowski, beeyyyaatch!). I nie wiesz ile tu jest piosenek, nie nadążasz za melodiami, bo już weszły trzy kolejne, a tu minęło siedemdziesiąt minut i przypaliło się jedzenie. Nie ma tu dziejowości w sensie wpływu na lata kolejne, ale jest jednorazowa eksplozja geniuszu. –Filip Kekusz


052Prefab Sprout
Jordan: The Comeback
[1990, Kitchenware/CBS]

Kiedy myślisz o latach dziewięćdziesiątych czy przychodzi ci na myśl Prefab Sprout? W dekadzie, w której kończył się shoegaze, gdy rozwijał się IDM, przelały się fale grunge’u i brit-popu, a cudowne lata przeżywały hip-hop, r'n'b czy indie rock, niełatwo o atencję. Jordan: The Comeback gdzieś się w całym tym zgiełku umościł i gdy już można powiedzieć, że po wielkiej bitwie opadł kurz, połyskuje politurą jak dizajnerski antyk. Mamy 2012, mówimy o albumie, który ma już 22 lata, który jest kontynuacją mistrzowskiej praktyki cyzelowania formy – spetryfikowanej w umysłach pod szyldem "Steve McQueen lata 80te" – i na którym pod indeksem drugim pomieszczony został trademark grupy: "Wild Horses". Gdy w ostatnich miesiącach i latach na Porcys (ale nie tylko tutaj) pojawiały się recki Violens, Diogenes Club, Jensen Sportag, Ice Choir czy Tigercity, towarzyszył im obowiązkowy namechecking Prefab Sprout i jeśli jakaś kompozycja miała reprezentować pole referencji dla młodych new-popowców, było to "Wild Horses" właśnie.

Tymczasem ja właściwie nie potrafię się opowiedzieć jednoznacznie za Steve McQueen lub Jordan: The Comeback. W sensie, że ten drugi nie wydaje mi się ani krztę mniej pochłaniający jako całość. Paddy McAloon pokazał kto jest bossem, komponując utwory-perły, kumulujące się nie tylko w niewyeksploatowane pokłady wysmakowanych szczegółów brzmieniowych, ale układające się w nieprzypadkową, ani przez chwilę nie gubiącą wątku, elektryzującą narrację. W tej czarującej sekwencji udało się zmieścić sambę, bolero, soul i micro-gospel, country, kabaretowy szanson i antycypujące Dillę biciwo – a wszystko to pozostało Prefabowym sophisti-popem. Ciekawe zróżnicowanie i nowa cegiełka do legendy. Lekceważenie tego albumu wcale nie jest fałszowaniem historii, jest za to upośledzeniem świadomości estetycznej. Na szczęście odwracalnym. Prefab Sprout na zawsze. –Michał Hantke


051Stereolab
Dots And Loops
[1997, Duophonic]

Bossostwo i bycie-legendą-za-życia Stereolab nie opierało się ani ani na wizerunku, ani na tekstach, ani na tragicznej historii rodzinnej w tle. Tu zadecydowały umysły. Na Dots And Loops skille Tima Gane'a i Laetitii Sadier były na takim poziomie, że najdrobniejszy motyw pozwalał im ukłuć genialne kilka minut. Weźmy przewodni loop "Parsec", przywołujący z miejsca wszystkie najlepsze thrillery, jakie znasz. Albo smyczki w "Rainbo Conversation" – usłyszysz raz i już nie zapomnisz. Cały krążek to chirurgicznie precyzyjne brzmienie, za którym kryje się matematyka, oraz sześć profesur z harmonii. Wszystko to ostatecznie i tak jest na usługach humanisty, ten album bowiem do tego stopnia uwrażliwia na świat, że ciężko mi go słuchać gdy jadę na rowerze – bodźców jest zbyt dużo. Przy okazji to chyba najłatwiejsza w odbiorze płyta zespołu: łudzisz się, że siedzisz rozwalony przed telewizorem i oglądasz serial, a tak naprawdę grają z tobą w szachy. –Jędrzej Michalak


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie