SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 1990-1999

27 sierpnia 2012

 

 

070Stereolab
Cobra And Phases Group Play Voltage In The Milky Night
[1999, Duophonic]

Drogi Karolu Marksie,

Co prawda minęło trzynaście długich lat od czasu Twojego wpisu dotyczącego Cobra And Phases Play Voltage In The Milky Night, ale w końcu zebrałem się, by wyrazić swój sprzeciw wobec zupełnie absurdalnych oskarżeń, jakie wysunąłeś wobec moim skromnym zdaniem najdoskonalszego dzieła, jakie można znaleźć w obfitującej przecież w znakomite pozycje dyskografii Stereolab. Rozumiem, że jako przede wszystkim autora najradykalniejszego w historii ludzkiej myśli postulatu humanizmu irytują Cię głównie niuanse okołomuzyczne: narzekasz (nie przesądzam, czy słusznie, czy nie) na pretensjonalne teksty, ekscentryczny sposób autoprezentacji, a nawet rozwlekły tytuł krążka. Twoje prawo – natomiast zwrócenie tego rodzaju ostrza przeciwko samym znajdującym się na płycie kompozycjom uznaję za złośliwe nadużycie.

Piszesz, że "even in music, Marxism doesn't work", mimowolnie zauważając złożoność i wyjątkowość praw rządzących konstelacją Cobra...; wyjątkowość wytwarzającą unikatowy język komunikacji z mechaniką muzyki popularnej, bardziej zupny i nieeuklidesowy niż ten na znacznie bardziej docenionym przez fanów zespołu Emperor Tomato Ketchup. Piszesz tak, bo sam oniemiałeś na skutek kontaktu z niewyrażonym pięknem tej konstelacji, a nie dlatego, że domagasz się absolutnej, niepodzielnej racji dla siebie samego i potężnej maszynerii pojęciowej, jaką stworzyłeś. Swoją na pozór negatywną opinią otwierasz całkowicie nowy front dla marksistowskiej interpretacji rzeczywistości. Front nie dla topornej analizy, ale radykalnej obietnicy. "Coś, czego nie znamy, wyrasta z każdej naszej chwili. Czas kradnie nam nas samych i lepi z naszych ukradzionych chwil swoje straszne, ohydy pełne dzieło" (cyt. Płomienie Stanisława Brzozowskiego), może to znasz? Dlatego: "EVEN in music, Marxism doesn't work".

Piszesz tak... Właściwie to nie wiem, czy to prawda, czy rzeczywiście masz to na myśli, ale jestem gotowy zaryzykować. W końcu ta Twoja obietnica (i równie otwarta niedookreśloność, tajemniczość Cobra...), żeby być zupełną, musi zawierać w sobie także jej odrzucenie.

Pozostawiam Cię z tymi uwagami i widzimy się za kolejne trzynaście lat!

Z pozdrowieniami,
Twój pamiętnik

* * *

- Cześć Brent, pamiętasz swoją recenzję tego Stereolab z 1999 roku?
- Taaak... Musimy do tego wracać?
- Nie jesteś z niej zadowolony? Szkoda, że już dzisiaj nikt tak nie pisze, te wszystkie próby rzetelnego recenzowania płyt track-by-track, metrum takie a takie, "doskonale się przy tym sączy drinki z palemką", "malutki cytacik z...". Ech!
- Wiesz, ale może to i lepiej? To było takie pajacowanie z tą recenzją.
- Jak to? Przekonałeś się do tej całej Cobry?
- Niee...Chociaż po latach płyta zyskuje, dzisiaj wystawił bym jej może z 5.9... Byłem niesprawiedliwy, ale cóż... Na pewno nie napisał bym recenzji w ten sposób, gdybym wtedy wystawił ocenę 5.9. W ogóle nie wiem, jak pisać recenzje krążków z oceną 5.9.
- Powinieneś spróbować! Może wtedy dostrzegałbyś te malutkie cytaciki....
- Wiem, wiem. Zawsze byłem w tym słaby. Cóż, do zobaczenia!
- Cześć! –Jakub Wencel


069Mr. Fingers
Introduction
[1992, MCA]

Że takie rzeczy jak Introduction i również obecne na naszej liście wydawnictwo Lil' Louisa przechodziły wtedy w korporacyjnych wytwórniach... Zresztą Larry Heard aka Mr. Fingers zapracował na indywidualny kontrakt u dużych graczy dzięki znaczącemu wkładowi w produkcję debiutu Louisa. A potem obaj wydali swoje płyty majorsowo-porcysowe w tym samym roku.

Fajność takich rozpoznań, złączona nierozerwalnie ze świadomością obecnej sytuacji w mainstreamie, nabiera jeszcze silniejszej ambiwalencji, kiedy wraz z pierwszym utworem pojawia się rozkmina: czemu taka Sade nie weszła w związek twórczy z tym gościem? Jeszcze kilka z następnych piosenek pozwala rozwijać się myśli ile niekrewiącego nawet dziś futuryzmu Heard mógłby wnieść w ówczesną przyszłość Adu, a tak objął swoimi zabiegami tylko to, co zdążyła dać światu wcześniej. Chociaż to już i tak ekstrapolacja aż miło. Umieszczając imitacje jej wokalistyki w chłodno-ciepłej, wycofanej taneczności paru spośród początkowych indeksów, pozwolił jej hologramowi zabłysnąć w wariancie o wiele atrakcyjniejszym, niż na przykład gęstnienie w noirowych zawiesinach z dalszych fragmentów Love Deluxe, typu "Pearls". I to byłaby dla mnie pierwsza, robocza odsłona kontekstu hauntologicznego Introduction, o jakim może jeszcze kiedyś gdzieś wspomni Borys, który podrzucił ten wątek na zebraniu w biurowcu, możliwe że upatrując go w całkiem innych desygnatach.

Innych jarających składników jest tu niemało, bo Larry szybko przemieszcza się od powidoków Sade do vibe'ów bardziej ogólnie jazzowych, funkowych, do r'n'b i soulu, ujmując je intymistycznym housem. Więc konieczność streszczania się podsuwa mi już kolejne kilkuwyrazowe podrozdziały tego, co powinno być wreszcie pierwszą obszerną, epicką recką albumu, o którym aktualnie więcej mówią komentarze na YouTube, niż profesjonalne źródła. Przede wszystkim dystynktywne są bardzo oszczędne aranżacje, redukujące wspomniane odniesienia do smoothowych szkiców, miks pełen pustych przestrzeni, a z wybranych szczegółów na przykład rozwarstwiające się dźwięki klawiszy o krystalicznej barwie, przyjemnie kotwiczące w historii brzmienie tychże u Lone. Jeśli ktoś jakimś trafem nie nabrał dostatecznie dobrych przeczuć, to wspomnę, że również na naradzie, w związku ze smoothowością namecheckowana aura audycji Pana Marka to tylko w pewnej odległości majacząca obietnica, której Pan Palce z właściwym sobie talentem nigdzie tu nie spełnia. –Andrzej Ratajczak


068DJ Quik
Rhythm-al-ism
[1998, Profile]

Rhythm-al-ism wizualizuję sobie jako wakacyjną prywatkę wiecznych chłopców. Taką z grillem, tequilą i jointami, na której prawie niczego nie brakuje. Prawie, bo na imprezę jakimś cudem nie dotarło zbyt wiele koleżanek. Wrzący testosteron jest nieco pacyfikowany przez solidną dawkę THC, ale i tak buzuje niczym woda w jacuzzi – festiwal erotomańskiej gawędy można uznać za oficjalnie rozpoczęty. Widzę więc oczyma wyobraźni Snoopa, Nate Dogga i Ela DeBrarge'a, wznoszących peany na cześć cipek, Sugę Free i Pleyę Hamma, fantazjujących o seksie oralnym, AMG, który licytuje się na przeleciane szmule, oraz oczywiście prowodyra całego zamieszania, ciągle podgrzewającego atmosferę Quika. Stoi przed nim nie lada wyzwanie, bo w tak wyjątkowych okolicznościach chwila nieuwagi skutkuje mega kwasem, ale gość daje radę niczym g-funkowy odpowiednik Zipów z Warszawy i wszystko toczy się zgodnie z chill-outowym planem, a wieczór dobiega końca w bardzo przyjemnym nastroju.

Trudno bowiem o bardziej wyluzowany album. Quik zwieńczył erę westcoastowych bangerów słonecznym opus magnum gatunku, skupiającym w sobie wszystko, co w Kalifornii najlepsze. Funkowy groove miesza się tu z delikatnością pościelowego r&b, speedowe ożywienie jest równoważone gandziowym dubem, nagrzane zwrotki płynnie przechodzą w melodyjne refreny, a radości dopełniają instrumentalne smaczki o smooth-jazzowo-soulowej proweniencji. Krytycy, którzy nie poznali się na tym cudownym dziełku i skazali jego autora na wieczne niedocenienie, powinni solidnie popukać się w głowy i w końcu wyjąć te chuje z uszu. Wszak jest tyle lepszych miejsc, gdzie można je wkładać! –Krzysztof Michalak


067Red House Painters
Ocean Beach
[1994, 4AD]

Nie boli mnie nieobecność Elliotta Smitha w tym zestawieniu – jako słuchaczowi i wielbicielowi tego artysty od dekady ciężko mi z ręką na sercu przyznać, że jest on autorem choćby jednej bezbłędnej płyty. Urzeka mnie terapeutyczność jego nagrań, ich brutalne rozdwojenie i wspaniałe linijki, ale to płyty skonstruowane na podstawie głębokiej neurozy – taka literatura świadectwa nie jest czymś do posłuchania "zawsze". Podskórnej desperacji autora Either/Or Mark Kozelek przeciwstawia nostalgię, pragnienie powrotu do domu, nawet czysto fantazmatycznego. I chciałoby się jak Gombrowicz ten fantazmatyczny dom wyśmiać – poziewując nad odmalowanymi na Ocean Beach pejzażami, które nie przyniosły nic więcej niż tylko nudę. Niestety, jest w tej pastoralnej, slowcore'owej katatonii coś przyciągającego, i te właśnie pożółkłe klisze z utraconych lat, miłości, szans – stanowią paradoksalnie kojący rewers twórczości Elliotta. Tak, to piosenki o fundamentach profanacji – nostalgii i dyskomforcie. To nadużycie, ale wiatrak na okładce – nie powiem od zawsze, bo od niedawna – odsyła mnie do tego poruszającego fragmentu zamykającego agambenowskie Profanacje właśnie, dotyczącego wellesowskiego Don Kichota: "Gdy [nasze wyobrażenia] w końcu okażą się puste i niespełnione, kiedy objawią nicość, z jakiej zostały utkane, dopiero wówczas będziemy mogli ocalić ich prawdę, uprzytomniając sobie, że Dulcynea, którą uratowaliśmy, nigdy nas nie pokocha". Nic dodać. –Łukasz Łachecki


066Jeff Buckley
Grace
[1994, Columbia]

Niełatwo mi pisać o Grace, bo to prawdopodobnie najdoskonalsze – zarówno muzycznie jak i tekstowo – świadectwo stanu nieszczęśliwego zakochania, z jakim się zetknąłem. Możliwe, że moc oddziaływania, oprócz osobistych doświadczeń (któż ich nie ma), potęguje unikatowość albumu, będącego jedynym regularnym wydawnictwem w dorobku tragicznie zmarłego artysty. W każdym razie, szczerze nie przypominam sobie, by komukolwiek innemu udało się pełniej i z większą klasą od Jeffa Buckleya oddać mieszankę smutku i bezsilności, wynikającą z tęsknoty za (często na wyrost) idealizowanym obiektem westchnień.

Obcujemy tu z (arcy)dziełem tak silnie intymnym, że momentami ogarnia nas nieswoje uczucie – jakby się niebezpiecznie balansowało na granicy czyjejś prywatności. Dla przykładu, kiedy około 1:07 "Mojo Pin" na wzruszający lament Buckleya: "Still feel your hair / Black ribbons of coal / Touch my skin to keep me whole", nachodzi delikatnie rozlany, wibrujący akord. Albo gdy po kakofonicznym wybuchu gitar w "So Real" wyszeptuje on "I love you / But I'm afraid to love you", to trochę brakuje słów by wyrazić jak to jest szczere, piękne, poruszające i jak perfekcyjnie ze sobą współgra. Z kolei interpretacja klasyka "Hallelujah" – bardzo możliwe, że najwspanialsza,miłosna pieśń jakiej było mi dane doświadczyć – prawdę mówiąc, z lekka "umyka tu doczesnym wymiarom". Wersja ta, bez skrupułów obdarta z tak istotnego u Cohena pierwiastka gospelowego, minimalistycznie uintymniona oraz nasycona subtelną namiętnością, stoi obok "Hurt" Johnnego Casha jako niedościgniony wzór coveru tak genialnego i paradoksalnie "własnego", iż stał się dla artysty jednym z najważniejszych dzieł w dorobku. Jak już mówiłem – brakuje słów... –Paweł Greczyn


065Maxwell
Maxwell's Urban Hang Suite
[1996, Columbia]

Urban Hang Suite to wraz z Brown Sugar D'Angelo definitywna kolekcja płynących organicznych neo-soulowych skarbów swojej dekady, udanie wskrzeszająca ducha klasycznych "czarnych bardów" wczesnych lat siedemdziesiątych (ze Smokey Robinsonem i jego Quiet Storm na czele). Poza wyśmienitą linią basu "Ascension (Don't Ever Wonder)", muzycznie debiut Maxwella jest bardziej atmosferycznym szkicem, niż najeżoną hookami kolekcją hitów; na tym koncept albumie poświęconym jednemu zetknięciu dwóch "consenting adults" melodie, motywy i – w efekcie – utwory przesiąkają się nawzajem, tworząc bujny smooth-jazzo-funk-R&B-owy koktajl. Jakość i powab detali, jakimi Maxwell osacza słuchacza jest jednak zdolna wciągnąć z siłą największych punkowych hymnów czy imprezowych bangerów. Urban Hang Suite to kunszt wcielony: płyta zmysłowa, barwna i przykuwająca do fotela. –Patryk Mrozek


064Outkast
ATLiens
[1996, LaFace/Arista]

Kiedyś dawno temu przegrałem od Michała wszystkie wczesne płyty Outkast. Wiecie, tą z długą dziwną nazwą, której nikt nie może zapamiętać, tą z kosmitami oraz tą z akwarium. Pierwsza jeszcze na dnie hip-hopowego łańcucha pokarmowego (zupełnie niezasłużenie), druga już w bramach do wielkiego świata, no i ta trzecia, którą wypada uznać za "tą słynną". Tyle tylko, że dla mnie najlepszy moment w dziejach Outkast to właśnie ten, kiedy jeszcze nie zasłynęli, ale już byli tuż tuż, już witali się z gąską. Oczywiście mowa tutaj o ATLiens. Nie mając płyty w zasięgu ramion, a co więcej zaliczając jej ostatni odsłuch co najmniej rok temu, ciężko by mi było wymienić konkretne tytuły i błysnąć paroma ładnymi epitetami, ale wystarczy powiedzieć, że ATLiens to dla mnie najbardziej "biała" płyta tegoż duetu, gdzie przebojowość pięknie łączy się z niczym nieskrepowaną, szczerą hip-hopową zajafką, tworząc w dodatku jeden z naprawdę niewielu rapowych albumów, który nie straszy dłuzyżnami i w pełni raduje zawartością. I chociaż trudno o nich powiedzieć, by się kiedykolwiek sprzedali, to ATLiens wydaje się być właśnie tym momentem, kiedy są zarazem mali i wielcy. Jeśli wiecie o co mi chodzi – piona, w przeciwnym razie piony nie ma. –Łukasz Halicki


063Sunny Day Real Estate
How It Feels To Be Something On
[1998, Sub Pop]

Nazwijmy to obrzydliwie pedagogicznie młodzieńczym głodem miłości, akceptacji i pełni, który znajduje ujście w niepokoju, gniewie albo smutku. Album zespołu Jeremy'ego Enigka jest piękny właśnie w oddawaniu tego nastroju. Drugorzędne wydaje się dokonanie redefinicji takiego enigmatycznego i marginalnego w gruncie rzeczy gatunku jak emo, podręcznikowe stanowienie przeciwwagi do grunge'u, czy znaczenie grupy na scenie, której najlepszą definicją mógłby być tytuł jednego z utworów znajdujących się na How It Feels To Be Something On – "Guitar And Video Games". Drugorzędne w porównaniu do tego, że podczas słuchania tej płyty pamięć i wyobraźnia robią się plastyczne tak, że niezręczna miłość smakuje jak czerwone jabłko, którym nie możesz się najeść, że na sercu i jeansach masz jednakowe łaty, że wrażliwość wrze, a jedyne co możesz zrobić to kurczowo objąć się własnymi ramionami. Z drugiej strony coś zatoczyło koło, bo przecież smutek nie może być atrakcyjny, zaś tutaj nawet tytuły na trackliście są bezczelnie zajebiste. Mówiąc krótko, każdemu życzę takiej nastoletniości. I jeszcze jedno: popularna opinia, że to Diary jest najlepszym albumem tego jedynego w swoim rodzaju zespołu jest od początku do końca skłamana. –Radek Pulkowski


062Bark Psychosis
Hex
[1994, Caroline]

Jeśli się nad tym dłużej zastanowić ostatnia dekada tysiąclecia obfitowała w paradoksy. Z jednej strony nieustępliwy plażowy kicz i palma na głowie Dr. Albana, z drugiej etos potarganego buntownika, heroina podawana na poważnie. Kilka tygodni przed tym, nim odkryto zwłoki Cobaina i całkiem gdzie indziej wydana została płyta Hex, a przy okazji niektórzy zaczęli głośno mówić o epoce "po rocku". Niewątpliwie doszło w drugiej połowie dziesięciolecia do całkiem burzliwych i szybkich podsumowań, owładniętych futurystycznymi domniemaniami, kiedy na siłę wypatrywano kandydatów zdolnych wytyczyć szlaki w nowy wiek. Dość zabawnie to wygląda z perspektywy czasu, gdyż ten trend dotknął muzyków, dziennikarzy i słuchaczy, którym oprócz tego zupełnie ze sobą nie po drodze. Dla jednych nagle nowatorstwem i znakiem czasu stały się ordynarne gatunkowe misz-masze: różne nu-rocki czy nu-metale z kapelami, w których nie mogło zabraknąć rapera, kolesia z mikserem i gościa od ciężkiej gitary. Inni przeszukiwali w Empikach półki z napisem "nowe brzmienia". I wreszcie byli też ci, dla których zwieńczeniem wszystkiego co najlepsze w muzyce popularnej były przydługie i smutne utwory w nieco apokaliptycznym klimacie; komplementarne przemieszanie ukochanych gatunków, od progu po jazz, od no-wave do elektroniki, czyli post-rock właśnie. Paradoksalnie ostatnią grupę cechował być może największy ekstremizm, przynajmniej tak to wygląda z mojej perspektywy.

Dzisiaj, gdy post-rock właściwie umarł i mało kto po nim płacze, przypominam sobie jak na okienku biegłem ze szkoły do sklepu z płytami by tam wrzucić sobie jakiś album Mogwai. Zapytany, bez wahania bym odparł, że w tych barwach rysuje się przyszłość muzyki alternatywnej, pośród rozbudowanych kompozycji, poważnych, eksperymentalnych, wtedy wydawało się nieustępliwych i bezkompromisowych. Cóż, w większości nudnych, choć ten zarzut wcale nie dotyczy Hex. Album spajający Talk Talk z najlepszym okresem Hood okazał się jedynym jaki muzycy Bark Psychosis nagrali w ubiegłym wieku. Długą drogę od cover-bandu Napalm Death musieli przebyć niemal sami, a ich własny Scum był zwieńczeniem kompletnej zmiany środków wyrazu, bo być może nie odmalowywanych uczuć. Są to w pewnej mierze emocje schyłkowe, ale przede wszystkim przez gruntowność zmian jakie proponują, wymuszając uwagę kompletną, przez pięćdziesiąt minut podporządkowując sobie ogląd świata. Śmieszne, wierzono, że efekt ten można uzyskać przez użycie określonej gatunkowej formuły, podczas, gdy ważna była wiara zarówno zespołu, jak i słuchaczy w muzyczne powszechniki oraz ideę albumu jako taką. Determinizm techniczny szybko te świętości zbezcześcił, wskazując inne kierunki rozwoju muzyki, ale dzieło Bark Psychosis tylko na tym zyskuje jako świadectwo czasów pre- właśnie. –Wawrzyn Kowalski


061Lilys
Eccsame The Photon Band
[1997, DeSoto]

Tragedia Kurta Heasleya polega na tym, że w momencie kiedy odpuszczono mu już trochę za zapatrzenie w MBV (sięgające zresztą czasów pre-Lovelessowych), poczęto się bezlitośnie znęcać nad jego rzekomo kopistycznym podejściem do spuścizny rockowej lat 60-tych, z Kinksami na czele. Kampania dyfamacji, przypinania łatek i dorabiania gęb poszła na tyle daleko, że docinki przybrały charakter ad personam, mianowicie zaatakowana została fryzura Heasleya jako "ewokująca" ułożenie włosów u młodego Raya Daviesa. Jak mawia nasz ulubiony prezydent: "Panie Heasley, pan się nie przejmuje tymi zawistnikami, to są malliiy ludzie". Niechaj najlepszą odpowiedzią na małostkowość będzie nieskalana szlachetność sofomora Lilys, sennego pomnika sceny (post-)shoegaze'owej. Zarzuty spotkają się z przytłaczającą ripostą anielskiego hooku i harmonii "The Hermit Crab" (gdybym miał wybierać najlepsze utwory lat 90-tych...), napotkają na podniosły wstęp i przejmująco finezyjne melodie "Day Of The Monkey", zderzą się z psychodeliczno-kowbojskim vibem "Overlit Canyon". A że nie wszystko na tym przezacnym albumie jest tak zapamiętywalne, bezpośrednio piękne i chwytliwe? Tkanką Eccsame jest brzmienie: snujące się, lekko marzycielskie, odrobinę wodniste, nieuchwytne. Proponuję posłuchać nocą, odpłynąć, zatopić się, a na końcu, gdy discman wyda już finalne bzzzbzzz, może okazać się, że jak po dobrze przespanej nocy – coś fajnego mi się śniło, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć... –Michał Zagroba


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie