SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 1990-1999

27 sierpnia 2012

 

 

080Robyn
Robyn Is Here
[1995, BMG/RCA/Ariola]

Szwedzkie wokalistki pop wcale nie mają lekko. Tam pop sprzedaje się na kilogramy. Jeden hit i panowie z wytwórni noszą cię na rękach, wydają ci płytę za granicą, wysyłają na trasę po Stanach, ale chwilę później już mało kto o tobie pamięta. Ciężko się dziwić, że Robyn uciekła z BMG, kiedy wyrzucili jej "Who's That Girl" do kosza. Dla szwedzkiego BMG była smarkulą, której zmajstrowali płytę i parę przebojów, ale na którą nikt nie miał pomysłu, gdy zaczęła dorastać. Szybka rezygnacja z Robyn jednak dziwi, gdy dostrzeże się ile pracy włożono w jej debiutancki album. To nie jest płyta skonstruowana na zasadzie 2-3 fajne single i 10 wypełniaczy. Wydaje się raczej starannym launch-upem do długotrwałej kariery gwiazdy, a nie w dwa tygodnie sklejoną płytką, by wycisnąć nieco kasy z sukcesu one hit wondera.

Na dodatek, choć na pierwszy rzut uchem może wydać się nieco na jedno kopyto, wcale nie jest taka oczywista. Niby podporządkowana brzmieniu białaskiego new jack swingu, ale co chwilę mu się wymyka. Dwa doklejone później przeboje Maxa Martina to już rasowy podbijający chartsy dance-pop. Jednak to nie one są tutaj najfajniejsze (choć "Show Me Love" to wielki utwór), a dwie nietypowe ballady. Przede wszystkim imponuje naładowane wątpliwościami "Just Another Girlfriend". Beaty takie jak tu spokojnie mogłyby odnaleźć się jako jeden z sampli na Endtroducing. Młodziutka Robyn po raz pierwszy do perfekcji doprowadza swój trademark – słodko-gorzki, płaczliwy, ale silny wokal. I tekst, i tło muzyczne wydają się wręcz idealnie stworzone dla tej wokalistki, która potem będzie eksplorować podobne tematy złamanego serduszka w formie wielkich electroballad.

W "The Last Time", dziwacznej, obsesyjnej digi-pościelówie, straszona jest duchami swoich rozwarstwionych wokali, owinięta w lekko g-funkowy synth i ciepły, gruby bas, jakoś nietypowo skontrastowany z dość chłodnym charakterem całości. Szarpie się z własnymi demonami i trzeźwieje tylko raz: by złamać się i przyznać do słabości. To właśnie w mostku "The Last Time" padają moje ulubione linijki albumu – " I don't have the strength to be proud anymore / I want it all to be just like before".

Co świadczy o wyjątkowości Robyn Is Here, to właśnie świetne utrzymanie balansu między przebojowością a wyrafinowaniem. Na dodatek nie znika tu indywidualny rys wokalistki – czuć, że ta umiejętnie posługująca się swoim głosem 16-latka, która współtworzyła wszystkie utwory, na pewno jest jakaś i nie pozwoli o sobie łatwo zapomnieć. –Kamil Babacz


079Super Furry Animals
Guerrilla
[1999, Creation]

Jak dla mnie Guerrilla jest tym dla lat 90-tych, czym dla kolejnej dekady Mass Romantic. Tak jak Woody'ego Allena oglądam wyłącznie w sobotnie wieczory, tak tych albumów słucham tylko w piątki. To nieprawda, ale zgodzicie się, że energia poniedziałku ma się nijak do energii Guerilli. Tu są niemal wyłącznie klasyki avant-garde coolnessu – "Some Things Come From Nothing" to egzystencjalna telepatia z "Waitin' For A Superman" Flaming Lips, "Do Or Die" wchodzi do klasy z kopem równym "Back In The U.S.S.R.". Pierwsze dwadzieścia sekund "Northern Lights" to zaś Hawaje którym nie dorównał nigdy sam minister hawajanizmu czyli TeDe – podłóżcie ten numer pod uśmiechniętego kolesia w garniturze i natychmiast wezmę kredyt, kupię lokatę, zjem Pudliszki. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej... Aha, i na koniec mała fujka – mój brat jest lekarzem i ponoć obecnie jedna trzecia małżeństw ma kłopoty z płodnością. Dlaczego? Otóż walnie przyczynia się do tego zwyczaj trzymania przez mężczyzn laptopa na kolanach. Wysoka temperatura nie służy plemnikom i nawet Mac tu nie pomoże! To taka przestroga od mojego brata. –Jędrzej Michalak


078Red House Painters
Down Colorful Hill
[1992, 4AD]

Nic mądrego nie można napisać. "24" – tempo zastygłej melancholii, w którym zespół utrzymuje wyrafinowanie monotonne tło dla śpiewającego Kozelka, właściwie nie śpiewającego, ale nicującego smutkiem całkowicie do uwierzenia, w końcu przeistacza się w instrumentalne czary, fundamentalną magię polegającą na prostocie dostępnej tylko tym, którzy mogliby grać suity, lecz nie grają, która początek ma może w wycofaniu się i zaniechaniu. "Medicine Bottle" – Boże zmiłuj się. 10 minut. Bas strojony na tajemniczej wysokości, która oddziałuje fizjologicznie, a Kozelek znów to robi. Schowany w tle zgiełk przesteru delikatnie dopełnia obrazu tej pięknej katastrofy. "Lord Kill The Pain" to modlitwa jak na In The Aeroplane Over The Sea, ale o przewrotnie innym odcieniu i przybrana w elegancję kompozycji, której tylko wierzchnia warstwa jest wzięta znad ogniska. Można rzucić sloganem, że są chwile, w których nie posłuchasz innego albumu. Można stwierdzić, że debiut dla 4AD wiele znaczy, albo że 4AD znaczyłoby wiele nawet gdyby wydawało jedynie płyty Red House Painters. I można słuchać, pomimo, iż Mark Kozelek wie, że i tak nie da rady przetłumaczyć na metaforyczny japoński tego, co chciałby przekazać. –Radek Pulkowski


077Seefeel
Quique
[1993, Too Pure]

Jak to jest, mając normalne wiosła i sekcję, grać, dałbym głowę, elektronikę? Pierwszy Seefeel to w gruncie rzeczy minimalizm i IDM (poznały się na tym mózgi z Warpa), tyle że miast samplerami, syntezatorami i gratami wygrzebanymi u cioci-babci na strychu, jakimś cudem wyczarowany rockowymi środkami (przynajmniej w większości) i dynamiką. Weźmy wewnętrznie sprzecznego, wydawałoby się, openera: Reich podłączony do akceleratora z niemiłosiernie jadącym basem, przykrytym jednak mglistym płaszczykiem, bulgoczącym spod cienkiej warstwy ziemi. Z jednej strony energia, z drugiej modulowane repetycje rozprowadzane dłużej niż trwa grillowanie kurczaka w mikrofalówce (czyli powyżej ośmiu minut). I niby nie ma na tej płycie vintage analogowych dźwięków przyprawiających o ciary, ale jak dobrze pozaglądać w zakamarki, to da się dostrzec Boardsowską nutę tajemnicy, może nawet grozę. Oraz pierwiastek wspólny z debiutem Aphexa, szczególnie obecny w tych nieśmiałych dziewczęcych wokalach, ale też kosmicznej przestrzeni. Bogato poprzetwarzane, shoegaze'owe gitary krzyżują się w przejmujące odrealnione tematy, tak hipnotyzujące, że z Quique na uszach gotów byłbym boso zasuwać po tłuczonym szkle (a w kapciach to już w ogóle na spokoju). Wykoncypowałem jeszcze, że to muza z innej planety, ale, for all I know, na innych planetach mogą słuchać keyboardowych impresji Milano [skoro Bayer Full zawojowali Chiny (ta, na niby)], więc nie będę się mądrzył za Obcych. –Michał Zagroba


076TLC
CrazySexyCool
[1994, LaFace/Arista]

Lisa z kondomem na lewym oku, Rozonda ze smoczkiem wokół szyi. Cała trójka w spodniach jak bulwy ziemniaczane, niesfatygowana tym, żeby wbić się w jakieś kroje blisko linii ciała. Żółty, zielony, pomarańczowy. Kolory obracające się jak oszalałe parasolki ze złowieszczej fabryki Willy'ego Wonki zbijały przeciwników z pantałyku, tak że nie zauważali oni właśnie przelatujących ponad sobą smarkul. TLC w roku '92 były jeszcze branżowymi świeżakami, a czasy new jack (jill) swingu były wprost stworzone do tego, by akurat mogły się wyszumieć i kolejnym albumem udowodnić jak to wydoroślały, przeszły do kolejnej fazy rozwoju. Że muzycznie, wizerunkowo, jakkolwiek, nie stoją w miejscu. Efektownie, bo za sprawą nie muszącego sugerować, a mówiącego wprost, kontrastu, CrazySexyCool objawia się jako ich bardziej stonowana inkarnacja.

Zamiast chaosu podwórkowych rozrywek spod logo gry w klasy, dziewczyny zabawiły się tym razem w pomysłowe ksywki. Każdy z przymiotników tytułu to osobowość jednej z nich. Crazy = Lisa, sexy = Chilli, cool = T Boz. Konkret. Zamiast skazywać słuchaczy na głowienie się w kwestii identyfikacji postaci, dziewczyny włamują się od razu w ich świadomość kuchennymi drzwiami, zostawiając mocny akcent śladów butów na topornym klocku. Bez trwonienia czasu, animozji, "ta znajomość potrzebuje czasu, zaufania, by mogła rozkwitnąć jak kwiat". Temat konkretu jest na albumie bardzo hołubiony. Takie wydaje się być tu wszystko. Zero zbędnego. Każda piosenka zdaje się potrzebować drugiej. To raj w którym każda lotka rapowych wersetów Lisy zawsze trafia w sam środek tarczy. Funk nigdy nie był tak owocowy, a r&b tak rozkosznie miękkie. Pewnie dlatego Busta Rhymes czuje się tu jak u siebie w domu. Choć ja bym mu kazała zdjąć nogi z tego lustrzanego blatu. I niech przestanie drzeć ryja. Nie jest sam. Album wręcz pokłada się na tłumie producenckich głów nie od parady: Andre 3000, TCQ, Babyface (zmysłowe "Red Light Special", "Diggin'") & many more. To oni są tu gorylami przedsięwzięcia. Nie przedostanie się tu żadna mizerota. Za pilnie strzeżoną bramką z selekcją nie do przejścia powstała właśnie płyta. Tak sprężysta w swoim dobrze, że (wierzę w to szczerze) można by odbijać nią jak kauczukiem. Tym razem intencjonalnie wybijając okno sąsiadom z parteru. Żeby wiedzieli. –Magda Janicka


075Archers Of Loaf
Icky Mettle
[1993, Alias]

Hipotetyczna sytuacja. Powiedzmy, że ktoś wysłał ci plik mp3 z piosenką. Piosenka ta urzeka cię swoimi walorami artystycznymi. Niestety, nie masz pojęcia jak nazywa się ten utwór, kto go wykonuje, a słowa są w bliżej nieznanym ci języku. Słowem nie wiesz o tym kawałku nic... Ale nie przeszkadza ci to. Słuchasz tej piosenki godzinami. Wgrywasz na telefon, żeby zawsze mieć ją przy sobie. Wypalasz CD do samochodu. Zgrywasz na kasetę. Grawerujesz zapis nutowy na platynowej płytce i mocujesz na poszyciu sondy kosmicznej.

Aż tu nagle pojawiam się Ja. I mówię: "To ja wysłałem ci ten kawałek. Nazywa się 'Zajebać brudasa' i wykonuje go kwintet mongolskich neonazistów":



Ha! Co teraz? Czy wciąż będziesz słuchał tej piosenki? Czy będzie ci ona sprawiała taką samą przyjemność? Czy jestem tak przystojny jak to sobie wyobrażałaś/łeś?

Nie można uwolnić muzyki od kontekstu. Wydaje mi się nawet, że kontekst jest istotą mojego obcowania z muzyką. Są takie albumy, piosenki, zespoły, które nierozerwalnie łączą się w mojej głowie z określonymi wrażeniami, uczuciami, osobami, miejscami... Krańcowo posunięta synestezja.

Icky Mettle. Good times. –Paweł Nowotarski


074Jawbox
For Your Own Special Sweetheart
[1994, Atlantic]

Któryś z członków zespołu stwierdził, że dla wielu For Your Own Special Sweetheart stanowi całą dyskografię Jawbox. Ten album jest elementem większej całości, jednym ze stopni ewolucji zespołu, znajdującym się między szorstkim Novelty, a wypolerowanym Jawbox. Poznajcie całą dyskografię (łącznie z debiutanckim Grippe) i odkryjcie, że to był w ogóle wybitny zespół. Uwzględnijmy jeszcze projekt Burning Airlines i okaże się, że J. Robbins jest jedną z najwybitniejszych postaci muzyki post-hardcore'owej. A właściwie jakiejkolwiek punkowej i post-punkowej. Albo w ogóle rockowym bohaterem. Nie da się jednak zaprzeczyć, że For Your Own Special to najmocniejsze dzieło Robbinsa i jego znakomitych towarzyszy. Jawbox dopiero po odejściu z legendarnej post-hc oficyny Dischord nagrali post-hc arcydzieło. Nagrywając debiut dla Atlanticu nie sięgnęli po żadne produkcyjne cuda-wianki i nie wiadomo ile overdubów (to było dopiero na następnej płycie). Sweetheart radzi sobie przy pomocy produkcji po prostu wystarczająco klarownej, która pozwala docenić, że cała tracklista to klasyki. Jest tu i pomnikowe "Savory", złowrogi "Motorist", szarżujący "Cruel Swing" i nastrojowe "Whitney Walks". Zespół jest super skupiony zarówno kompozcyjnie jak i wykonawczo – wystarczy posłuchać jak "Cooling Card" jedzie na skocznej linii basu albo jak bardzo skondensowanym i precyzyjnym wymiataczem jest "Breathe". Jako nastolatek w takim właśnie zespole chciałem grać, a im starszy jestem tym więcej w tym albumie doceniam. –Łukasz Konatowicz


073Pet Shop Boys
Behaviour
[1990, Parlophone]

W kategorii zespołów muzycznych z byłymi dziennikarzami muzycznymi w składzie Pet Shop Boys to – obok Saint Etienne – mój zdecydowany numer jeden. Starannie wymyślona formuła i genialnie wykoncypowany pomysł na siebie powodują, że czasem trudno myśleć o brytyjskim duecie inaczej niż o rozpisanym w notatniku Tennanta produkcie idealnym, ale jednak emocjonalnie cokolwiek pustym.

Behaviour – najbardziej wyciszona, najbardziej (tak, tak) introspektywna płyta duetu – zadaje kłam takiemu odbiorowi twórczości Pet Shop Boys. Paleta emocji zaprezentowana tu przez Brytyjczyków przyprawia o zawrót głowy. Melancholia do czasu The Clientele nigdy nie brzmiała tak doskonale. Pomogły orkiestrowe aranżacje Badalamentiego ("This Must Be The Place I Waited Years To Leave", "Only The Wind"), kwartet smyczkowy Balanescu w "My October Symphony" czy jakże charakterystyczna gitara Johnny'ego Marra ("This Must Be The Place...", "My October Symphony"). Niesamowite wrażenie robi singlowy numer "Being Boring" będący nostalgicznym rozliczeniem z dorastaniem i z młodzieńczymi (zaprzepaszczonymi) ideałami. Bodaj najmocniejsze otwarcie w dyskografii Pet Shop Boys i idealne wprowadzenie w nastrój krążka, tak pod względem tekstowym, jak i sonicznym.

Balladowe arcydzieło, które w 2012 roku brzmi wciąż tak świeżo jak w momencie wydania. Popowa konfekcja na najwyższym poziomie. Muzyka do wind XXII wieku. –Tomasz Waśko


072Magnetic Fields
69 Love Songs
[1999, Merge]

Ludzie mają z 69 Love Songs kilka łatwych do wychwycenia problemów. Wynikają one głównie z tego, że 69 piosenek o miłości to naprawdę duża ilość naraz piosenek o miłości. Tym bardziej, że jeśli już słuchamy materiału o takiej objętości, zazwyczaj jest to materiał zebrany – składanka, rarytasy, jakieś skity ze studia, covery, występy na żywo, wersje demo, wersje reżyserskie, czy co tam jeszcze wydaje wasz ulubiony mainstreamowy band kiedy potrzebuje zastrzyku gotówki. 69 Love Songs to jednak standardowe studyjne wydawnictwo; kiedyś – czyjś nowy materiał. Do tego materiał zróżnicowany (i to tak bardzo zróżnicowany, jak tylko można różnicować w ramach indie-popowego melodramatu, a nie że gitary z przysłowiowym elektronicznym sosem), przez co może wydawać się nierówny. To o tyle istotne, że neoneopozytywiści, także obecni w Porcys, bardzo często chcą oceniać płyty wyciągając średnią z ocen wszystkich zawartych na niej kawałków. I co im fani 69 mogą powiedzieć? Otóż mogą powiedzieć "i chuj". Kiedy bowiem jedziemy najebani zwietrzałym wermutem BMX-em ziom do swojej niuni, wszystkie te wspomniane rzeczy mają miniaturowe znaczenie. Można być ponad klekoczącym, opatrzonym barwnym słownictwem, kuchenno-syntezatorowym romantyzmem, a można też nie być. Nieważne czy zaruchałeś w sobotę czy nie – dopóki ta dychotomia jest ci bliska, dopóty szeroki wachlarz refrenów i zwrotek 69 Love Songs będzie nie do przecenienia w niedzielę. –Mateusz Jędras


071Erykah Badu
Baduizm
[1997, Kedar/Universal]

Znam lepsze płyty Badu. Ale z lat 90-tych studyjną znam jedną. I kładzie w pierwszym podejściu znaczną część konkurencji. Zresztą oszczędźmy sobie prztyczki. Kto przeciw Badu, niech pierwszy rzuci argumentem. Chyba jedynie z Björk przegrywa walkę o tytuł "królowej ludzkich serc", na który składa się dość masowe uwielbienie, przekonanie o ponadczasowości i tolerancja na poszukiwania artystyczne. A zestawienie jej wszystkich pięciu studyjnych LP obok siebie tworzy przecież diabelnie równą "grupę śmierci", gdzie o wygranych muszą decydować niuanse.

Tutaj mamy trochę "making of" przyszłej Eryki. To jeszcze nie spiżowa królowa, mało eksperymentuje, niespecjalnie zagląda do szuflad z udziwnieniami, nie narzuca sobie zbytniej wokalnej dyscypliny. Ale właśnie nieco chaotyczna atmosfera niezobowiązującego jamu w połączeniu z zachowawczością wydaje się tym co najpełniej odzwierciedlało jej ówczesną dziewczęcość. Baduizm podręcznikowo konstytuował też rodzący się ruch Soulquarians. Jest organiczny, po uszy zanurzony w klasycznych soulowo-funkowych inspiracjach, pełen nieobecnych później jazzowych wycieczek, klasycznych chórkowych aranży, otulony ciepłym feelingiem sekcji. Wibruje uskutecznianą ku dzikiej radości zgromadzonych zabawą w zdmuchiwanie kurzu z płyt znalezionych na czarno-muzycznym strychu i odtwarzanie ich na nowych zabawkach.

A w centrum wydarzeń kwitnie Erykah i to ona stempluje na całym pomyśle autorski znak jakości. Jak młoda lwica bawi się, zbierając siły do ataku, ale już pokazuje pazury. Płynnie przechodząc od leniwej maniery a la Billie Holliday ("Certainly") przez rozbujaną, klasyczną piosenkowość ("4 Leaf Clover") aż po transową ekspresję na funkująco hip-hopowych resorach ("No Love"), nie daje momentu na wątpienie w to, że będzie o niej głośniej. Te trzy położone obok siebie tracki to jak dla mnie zresztą esencja debiutu spajająca na przestrzeni kwadransa atmosferę leniwego niedzielnego popołudnia, potencjał popowej przebojowości i hipnotyczną motorykę rozwijaną na kolejnych albumach. Łatwo o tym zapomnieć z perspektywy następców i naśladowców ale tak rodził się nowy kult. –Wojtek Terpiłowski


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie