SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 1990-1999

27 sierpnia 2012

 

 

090Gramm
Personal Rock
[1999, Source]

"The tragedy in electronic music is that people think it’s still innovative". Zabawne/smutne usłyszeć to gorzkie wyznanie z ust artysty, który w ciągu czterech lat, w niemal regularnych odstępach czasu wyprodukował trzy niezależne od siebie, wydane pod różnymi szyldami albumy, niczym trzy następujące po sobie zdania wykrzyknikowe, spięte cyfrową klamrą polityki clicks and cuts, z której zdołał uczynić silnie zakorzenioną, ciągle żywą tradycję. Czy one też nie były już innowacyjne?

Pierwszy złoty strzał tej boskiej serii, Personal Rock, do dziś zdumiewa eklektyzmem minimalizmu, bogactwem odniesień zamkniętych w czterech ścianach sypialni Jelinka. Ale gdy zamienić miejscami dwa powyższe izmy, na jaw wychodzi element, który w większym nawet stopniu determinuje debiutancki album Niemca jako ogniwo spajające dekady. Ledwie sygnalizowane tutaj motywy, w pełni wykorzystane w innych okolicznościach czasu i przestrzeni mogłyby stanowić szkielet całej masy kawałków po obu stronach cezury roku 1999. Miejsca starcza tu więc zarówno na reminiscencje zamglonego dub techno Porter Ricks z czasów Biokinetics, czy świdrującego wonky techno spod ręki Landstrumma, jak i na zwiastuny sennej melodyjności Dntel i taneczności z nosem na kwintę u DJ-a Sprinklesa. Personal Rock nie udaje przy tym czegoś, czym nie jest. A nie jest ani echem przeszłości, ani zapowiedzią przyszłości, niekoniecznie też po prostu sumą obu.

Jelinek ma rację. "Innowacyjny" to strasznie wytarty przymiotnik. Stawiałabym raczej na coś w stylu "samodzielny głos muzyka nie tylko rozdartego między parkietem a słuchawkami, ale co ważniejsze zawieszonego w próżni przełomu dekad". Tyle że to też słabo brzmi. –Luiza Bielińska


089Verve
Urban Hymns
[1997, Hut]

"Z chwaleniem płyt nie ma co przesadzać, niech przemówią miejsca na listach" – napisał mi Borys. Jaka piękna katastrofa.

In Gravity's Rainbow Thomas Pynchon wrote that paper is used in three ways–– for "shit, money, and The Word". I tend to look at guitars in the same way. File Urban Hymns neatly into the "The Word" file please.

Nic o ćpaniu? Kotek, co z Tobą?

Wrzesień 1997. Zdecydowanie, niepogodzeni ze światem małoletni fani Verve mogą poczuć się zawiedzeni. Urban Hymns to dla nich widok smutny niczym zawartość ostatniej saszetki z przyprawiającą o psychodeliczną czkawę oranżadą lądującą najwstrętniej nieoczekiwanym rykoszetem w ogromnej bani z płynnym mydłem na ekstrakcie z lawendy, przy której zatrzymała się szkolna wycieczka celem wysłuchania uproszczonego referatu z teorii detergentów. Cóż z tego, że każdy z chłopców miał w małym palcu praktykę dysocjantów. Koniec – mydliny pochłonęły feeryczne musowanie absolutu, którego namiastkę otrzyma w ekonomicznym opakowaniu byle prostak, jako że – ordynarnie skradziony mocą przypadku – pierwszy odcinek soap opery UH okazuje się megahitem. Mainstream breakthrough, zauważają jedni; chłopaki jednak wiedzą, że w rzeczywistości mamy do czynienia z intencjonalnym odsprzedaniem komercji jednego z trip-idoli. W takich oto okolicznościach rodzą się ninetiesowe paranoje, których skutki odczuwane będą przez wiele, wiele lat. Niejeden dostaje spazmów, próbując odróżnić właściwą tracklistę od tej ustawionej w trybie shuffle, a nawet repeat. Tak konsekwentnie liryczny samolot Richard Ashcroft kołuje nad stadionami. Imigrant niebios, głuchy na wołania plebsu, ani myśli o powrocie do grzania na garażach. Komunikat z pokładu: Jagger sprzedał nas Szkole Uwodzenia. Pokój wam wszystkim.

Tak, w tej sytuacji może rzeczywiście oddajmy głos miejscom na listach. Komunikat szczegółowy – gdy tylko dowiem się, co można, bez straty na znaczeniu i bez poczucia żenady, odpowiedzieć zamiast "ja Ciebie też". –Karolina Miszczak


088Lil Louis & The World
Journey With The Lonely
[1992, Epic/SME]

"A house is not a home… but now, wherever I am is home because of house". To słowa reżysera filmu The House That Chicago Built. Jest nim Marvin Louis Burns, człowiek, którego dorastanie i szkoła życia w wietrznym mieście, okazują się dziś bardzo ważną częścią muzycznej historii. Jako DJ wystąpił po raz pierwszy mając dwanaście wiosen i stało się to trochę przez przypadek. Cztery lata później prezentował już disco w większości klubów w mieście i działał w tej branży wcześniej niż powszechnie znani ojcowie chrzestni house'u Frankie Knuckles czy Ron Hardy.

Lil Louis poświęcał się DJingowi i nie dbał specjalnie o fonografię. W sumie typowe. Gdy przyszło jednak wywiązać się z kontraktów płytowych, zaklął w nich całą swą duszę. Na debiucie znalazł się najbardziej rozpoznawalny i przy okazji jeden z emblematycznych numerów gatunku, "French Kiss". Mówimy tu jednak o Journey With The Lonely, albumie obrazów, które uchwyciły prawdę o korzeniach i naturze muzyki house. Sekwencja utworów prowadzi od repetytywnego brzmienia wykutego w Warehouse. Mamy tu zatem tchnienie soulowego wokalu i ciepłą mechanikę rolandowskich analogów. "Club Lonely" i "New Dance Beat" brzmią niezwykle organicznie jak na dzisiejsze standardy. Umówmy się, nawet udane, ciekawe i nieodtwórcze hołdy dla chicagowskiego brzmienia (Azari & III z takich niedawnych) nie są w stanie osiągnąć osobliwego dla epoki wykończenia produkcyjnego. I ich piosenki nie chwycą za serce tak jak melodyjny, house-popowy "Saved My Life" czy "Do You Love Me", który zamyka się solówką trąbki. Nie jakimś loopem, ale prawdziwą solówką trąbki. "You’re My Reason" to już pianinowy groove podszyty bongosami. Generalnie z każdym utworem podróż zbliża się do wysublimowanego jazz-popu. Przedostatni w zestawie "Share" to absolutna sypialniana perła, jaką Backstreet Boys chcieliby wygrać w singlach na Porcys. Ciągle gdzieś wertujemy karty fluktuujących latami soulu, funku i disco, zakreślających dopiero granice estetyczne house'u.

Wszystko to na przestrzeni kilkudziesięciu minut prawdziwie d o m o w e j muzyki. Duże zasługi ma tu zaproszona wokalistka, Joi Cardwell. Spore zasługi mają tu nakłady finansowe – dziś mało który DJ pozwala sobie na taki rozmach studyjny i pewnie mało któremu starczyłoby jaj, by nie uciekać w jakąś pretensjonalną awangardę. Journey... jest absolutnie wyjątkowe. –Michał Hantke


087Slowdive
Souvlaki
[1993, Creation]

- Shoegaze powiadasz? A tak, My Bloody Valentine, Slowdive...
- MBV?
- Loveless.
- Slowdive?
- Souvlaki

Są jak słońce i księżyc, roztaczające pieczę nad całym genre, onegdaj nazwanym pogardliwie przez brytyjską prasę. Z życia wiem, że Loveless wzbudza pewne kontrowersje wśród odbiorców. Jest albumem (pozornie tylko) trudnym w odbiorze i powszechnie entuzjastyczny odbiór wśród krytyków obija się nieraz o veto niewystarczająco cierpliwych odbiorców. Souvlaki z kolei okazuje się bardziej koncyliacyjne – no nie spotkałem typa, który zna i powątpiewa, nie chwyta, ofukuje. Wiemy, że zaginiony w niewyjaśnionych okolicznościach Richey Edwards z Manic Street Preachers zdeklarował, że zawsze będzie nienawidził Slowdive bardziej niż Hitlera, ale to było jeszcze przed Souvlaki.

Od "Alison" po "Dagger" eteryczne wokale jakby bezwolnie dryfują w bezpiecznym kosmosie rewerbów i dilejów, podtrzymując temat bezgraniczności, błogości i stopienia się ze światem. To najbardziej przystępny shoegaze'owy materiał jaki można sobie wyobrazić, raczej nie dający się opisać w kategoriach noise'u i manipulacji fakturą drone'u. Jesteśmy w stanie nieważkości, łagodnie dajemy się ponieść przyciąganiu sfer, ale rozproszone dźwięki szorowanych strun niwelują ich ostrość. Dwa zamaszyste zawirowania w postaci następujących po sobie "Souvlaki Space Station" i "When The Sun Hits" najprawdopodobniej do końca żywota pozostawią mnie jedynie z projekcją ultymatywnego przeżycia koncertowego. Ukojenie i nieopresyjność – swego rodzaju przewidywalność aury – wskazują na cechy ambientowe. Zresztą Souvlaki zaznało dotyku samego Briana Eno na wysokości "Sing" (którego jest współautorem) i "Here She Comes" (jego synthy). Z drugiej strony odsączając efekty i wkraczający czasem drive sekcji, moglibyśmy otrzymać klasyczny slowcore’owy produkt w duchu Galaxie 500 czy niedługo później debiutujących Low. Korespondujący duet wokalny Halstead-Goswell jakby naturalnie podjął ten wątek powołując do życia Mojave 3 po rozpadzie Slowdive w 1995 roku.

Ciężko na poczekaniu przywołać bardziej adekwatne rozlewisko półsnu, spotęgowane lirycznym przedstawieniem upalonego unoszenia się i upadania. Album ten, ukazując się w przeddzień inwazji britpopu, może nie rozwinął formuły swojego gatunku, aczkolwiek przebojowo zwieńczył okres jego celebracji. Dziś, już poza kontekstem tamtych czasów słyszymy to wyraźniej. Uderzać może łatwość z jaką kwintet z Reading tego dokonał. –Michał Hantke


086Outkast
Aquemini
[1998, LaFace/Arista]

To jest ważna i przy okazji doskonała płyta super popularnego, respektowanego i lubianego zespołu. Stąd nie brak o niej tekstów w sieci, raczej zgodnych – wybitny krążek, klasyk gatunku, epoki, sie wie. Teraz, wpierw spuśćmy zasłonę milczenia na głosy, że to Stankonia reprezentuje Outkast w najlepszym wydaniu i spróbujmy przez chwilę poddać w wątpliwość prawdę objawioną. Może to nie taki rarytas, żaden rudy rydz, ani Sensei? Przecież są dłużyzny, "Mamacita" bywa wkurwiająca i ogólnie ATLiens równiejszy, bez słodkiego pierdzenia w gadkach między trakami. Otóż nie. Nie sądzę, aby w tym wypadku należało zajrzeć królowi pod spodnie, czy na pewno zakłada markowe gacie. Czy każdy fan Fab Four zawsze słucha "Revolution 9" w całości i uśmiecha się do niego jak do całego Białego Albumu? To nie jest zwykły zbiór piosenek z garścią skitów. To jest koncept album wynoszący muzykę Duetu to innego wymiaru, zahaczający o absolut częściej i mocniej niż gdziekolwiek indziej. Doprowadzający do wzruszeń, łez, strachu i podziwu. Plastyczny, filmowy, żyjący własnym życiem, niepodrabialny i jedyny taki. Chciałbym coś jeszcze napisać o tym "świecie" Aquemini, o tym jak – poza fantastycznymi trakami – przemawia do mnie klimat tego krążka, jak wciąż porywa mimo upływu lat, ale z pewnością wszystko już zostało napisane wcześniej, a to nie czas i miejsce. –Jacek Kinowski


085Sundays
Reading, Writing And Arithmetic
[1990, Rough Trade]

Z perspektywy czasu wydaje się, że w zupełnie inną stronę sprawa miała się rozwinąć. Reading, Writing And Arithmetic miało być znakomitym początkiem kariery zespołu opartego o młodą parę, co bardzo polubiła ze sobą muzykować. Wszystkie hołdy miały być na tej płycie złożone Marrowi, a nazwisko "Fraser" już więcej nie padać w recenzjach. Miało być już mniej Smiths i Cocteau Twins, a więcej Sundays. To, co się dzieje na tym albumie, nie ma żadnej kontynuacji, która byłaby tworzona bez przeszkód i w jakiejkolwiek swobodzie. Upadła im wytwórnia, sami zostali swoimi managerami, zmęczyli się i w końcu musieli odpocząć. Jak słucha się "Summertime", ich ostatniego hitu wydanego po tym wszystkim, ma się wrażenie, że to wymęczona podróba Cardigans.

To wszystko razem może trochę frustrować, bo Reading, Writing And Arithmetic to w teorii zapowiedź znakomitej dyskografii. Chrzanić wszystkie postulaty o analizie całej kompozycji, sprawa toczyła się o głos Harriet Wheeler. Sposób, w jaki ona rozpoczyna "Skin & Bones" sprawiał, że było już wiadomo, że to świetny album i nic nie się po drodze nie popsuje. Efekt został osiągnięty, bo całe Reading, Writing And Arithmetic wciągająco obraca się wokół przyciemnionych barw jak z ich teledysków.

Dla Davida Gavurina i Harriet Wheeler cała przygoda z tworzeniem muzyki i walka z show businessem skończyła się dobrze. Pobrali się, mają dzieci, są szczęśliwi i nagrali krążek, który był określany jako "pierwszy wielki album lat dziewięćdziesiątych". Spoko! –Ryszard Gawroński


084A Tribe Called Quest
Midnight Marauders
[1993, Jive/BMG]

Eksperyment myślowy: Jeżeli składy hip-hopowe zwizualizować sobie jako potencjalnych absztyfikantów, Tribe Called Quest są jedynym typem z tego przepastnego worka cudów, którego ze spokojnym sumieniem przedstawiłabym rodzicom. Najchętniej gdzieś na etapie Midnight Marauders. ("Czy to jazz w tych samplach? Niech pan koniecznie skosztuje piszingiera. Olu, dolej koledze herbaty"). Ostatni z Wielkiej Trylogii Tribe Called Quest jest albumem zdecydowanie najbardziej kompletnym i o przyjemnie gładkiej fizjognomii. Niektórym się to nie podoba, bo niektórzy lubią biadolić i wolą jazzowy puryzm oraz względną surowość Low End Theory niż cały ten funk, w którym udało zamacerować podkłady Midnight Marauders. Produkcja składa leciutki ukłon w stronę brzmienia książąt radiowego funk-hopu tamtych dni, czyli Naughty By Nature. Jednocześnie, w odróżnieniu od Naughty By Nature, jest to rap bardzo elegancki. Powiedzieć by można, że "w białych rękawiczkach". Czego nie powiem, bo wciąż jesteśmy na kolacji u moich rodziców i wszyscy gorączkowo starają się omijać tematy potencjalnie niezręczne rasowo. (Problem poruszają zresztą sami zainteresowani w "Sucka Nigga", kawałku niefortunnie chwytliwym dla kogoś przebywającego akurat w mieście zróżnicowanym etnicznie, a posiadającego tak silną tendencję do podśpiewywania refrenów pod nosem jak ja). Mniejsza z tym. Jeśli na wstępie mój wybór romantyczny padł na Tribe Called Quest, to Midnight Marauders było po temu głównym powodem. Jest tu w zasadzie wszystko, czego moglibyśmy chcieć od eleganckiego hip-hopu, i jak to z eleganckimi typami bywa, wszystko to starzeje się z wdziękiem. Jeżeli ciągle łapiemy się na tym, że nasze mózgi uporczywie traktują lata 90-te jako "dziesięć lat temu", prawdopodobnie jest to wina Midnight Marauders. –Aleksandra Graczyk


083Ras Kass
Soul On Ice
[1996, Patchwerk/Priority/EMI]

Tytuł debiutanckiej płyty Ras Kassa, kalifornijskiego członka kolektywu The HRSMN ("Czterech Jeźdźców"), nawiązuje do afro-centrycznej książki Eldridge'a Cleavera, swego czasu członka Black Panthers: jest to pierwszy znak, że na Soul On Ice będzie politycznie, prowokacyjnie i bezpardonowo. Taki jest bez wątpienia "Nature Of The Threat": ośmiominutowy monolog na temat historii zachodniej cywilizacji i rasizmu, który na zmianę rzuca mocnymi wersami ("Jews don't salute the fuckin swastika / but niggaz pledge allegiance to the flag that accosted ya") i zmusza do facepalmów ("The word gymnasium is Greek for "naked" / This was the place where adolescent boys were educated, and molested / This was accepted because Greek culture was homosexual"). Jak na conscious rap Ras Kass potrafi być jednak całkiem zabawny (co ilustruje szczególnie komiczny skit pod koniec "Anything Goes", o dawaniu dupy za sernik), a współprodukowane przez Kassa podkłady nie schodzą tu na dalszy plan. Wręcz przeciwnie: Soul On Ice to jeden z najbardziej oryginalnych i zażarcie przyszłościowych hip-hopowych albumów swojej epoki. "On Earth As It Is" antycypuje Cannibal Ox, "Nature Of The Threat" antycypuje "Yonkers" Tylera, a "Reelishymn" łączy soul z wykwintnym wieczornym ambientem w sposób, jaki tylko DJ Shadow potrafił w tamtym czasie odstawiać; wszystkie trzy prądy reprezentowane są zresztą kreatywnie na całej długości krążka, a mrok miesza się ze słonecznymi R&B hookami. Soul On Ice jest zagubionym klasykiem gatunku, którego nie wypada nie ubóstwiać z całego serca. –Patryk Mrozek


082Modest Mouse
This Is A Long Drive For Someone With Nothing To Think About
[1996, Up]

Zabawne, ale debiutancki album jest chyba jedyną płytą Modest Mouse, której nie mam na półce (a trzeba wam wiedzieć, że trzymam na niej wydawnictwa pokroju The Fruit That Ate Itself). Zastanawiałem się kiedyś, jak to wytłumaczyć i wyszło mi na to, że nigdy nie chciałem skompletować tej dyskografii. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Jeszcze nie dziś. Dokładnie tak, jak ociągam się z czytaniem Dostojewskiego, bo chcę mieć jeszcze trochę tego Fiodora przed sobą. Albo inaczej. Analogicznie do tych ważnych emaili, które zamiast gorączkowo otwierać odkładam na później, by snuć domysły o ich rozkosznej treści. I tak przedłużam te chwile w nieskończoność, wiedząc, że wyobraźnia ukaże mi rzeczywistość w znacznie korzystniejszym świetle niż... rzeczywistość. Podejrzewam, że stąd ta dyskograficzna niekompletność. Gdybym zebrał wszystkie płyty Brocka w tak młodym wieku, cóż spotkałoby mnie dalej? I czy aby nie zawód?

Obnażę się trochę. Cóż zrobić, taka płyta. Przez lata pożyczałem swoim wybrankom przeróżne płyty, wierząc naiwnie, że te znajdą sposób, by utorować mi drogę do dziewczęcych – niech będzie – serc. W końcu wszyscy jesteśmy dużo bardziej romantyczni niż odważylibyśmy się przyznać. Choć na punkcie Modest Mouse odbiło mi jeszcze w liceum, nigdy nie wykorzystałem ich w tym celu. Serio. Podrzucałem (najpierw) Buckleya, Radiohead, (później) Bejara, Callahana, ba, nawet Unwound, a ulubione krążki kapeli z Waszyngtonu nie opuszczały mojego pokoju. W ogóle sobie tego nie wyobrażam. Zawsze wydawały mi się one zbyt prywatną, wręcz intymną sprawą, by puszczać je dalej. To są epifanie, które przeżywa się w pojedynkę. Objawienia, które rodzą się tylko na pustkowiach. Przyprószone warstwą kurzu, bo też nie obcuje się z nimi zbyt często. No bo jak? Chyba istnieją powody, dla których Boże Ciało jest raz w roku, a Kometa Halleya raz na 75 lat. Wiem, że od czasów pojawienia się ostatniej taki sposób pisania odszedł do lamusa. Pewnie, że odszedł. Koledzy wokół wyrobili sobie karty "Sport" i zdrowy dystans, a teraz uśmiechają się sardonicznie: "wiesz, te płyty już nie działają". A ja tu siedzę rozbity, jak ta kalifornijska wydma i krzyczę: "Wow!". Wciąż.

Po latach wstydu, upokorzeń i przemykania się chyłkiem po rubieżach gwarnej alternatywy, czuję się jednak trochę pewniej i dziś walę w bęben, głosząc zwycięstwo ekspresji, niekalkulowanej zajawki i zawstydzającej szczerości. Walę tym radośniej, że nie jestem w tym waleniu odosobniony. Przecież cała redakcja postanowiła wyróżnić album, który na papierze nie łapie się na tę setkę, ale nasze synapsy, przysadki i przedsionki zadecydowały inaczej. W końcu "to długa przejażdżka dla kogoś, kto nie ma o czym myśleć", bo nie o myślenie tu chodzi. –Jan Błaszczak


081Dismemberment Plan
The Dismemberment Plan Is Terrified
[1997, DeSoto]

Pamiętam, że przed dwoma czy trzema laty, w atmosferze pogłosek o reunionie Planu, szumiał po mieście złośliwy komentarz: "Przecież oni już dawno są tapicerami". OK, jeśli każdy tapicer skrywa temperament Travisa z okresu Is Terrified, pytanie o powód upadku tego szlachetnego rzemiosła rozwiązuje się samo, bo zdaje się, że jedyny rodzaj obicia, jaki opanował Morrison na wysokości 1997, to obicie ci mordy. Hyc za klapy i – pah! – z kanapy. Mosh to zdrowie. O sorry, nie wiedziałaś. Hardcore sprężysty jak guma w conversach; Fugazi? Kochanie, nie chcemy, by naszym dziewczynom wyrosły włosy na plecach. Wszyscy potrzebujemy odrobiny uczucia.

Kompulsywne bombardowanie publiki młodzieńczymi lękami uderza ze zdwojoną mocą, podbite kanonadą spazmatycznych wrzasków i pisków oraz dysonansowym warkotem gitar na post-funkowym niby-groovie, zdekonstruowanym chyba metodą nosa Michaela Jacksona. Najwdzięczniejszym z repertuaru fantazyjnie zapijaczonych kroków, których zawiłej, pełnej wahań i wykrętów trajektorii nie odtworzyłby żaden człowiek obdarzony choćby namiastką zdrowego rozsądku, wytacza się ze sceny Travis Morrison, pyszny kapitan szkolnej drużyny futbolowej, a kto wie, czy przy tym nie 2Pac i Elvis zarazem. Przemierzając kolejnymi ścieżkamii –– oo, krawę-ę-żnik – odcinki na drodze do bycia inkarnacją słowa cool w świetlistej glorii i – goń się, ostatnim razem to ja płaciłem – chwale. Och, Travis, chyba się zagalopowałeś. Będziesz rzygać?

Ach, neon monopolu. Wracając do tematu – ten rozjeżdżający się wzrok dziewczyny, której przyrzekałeś, że chętnie odwiózłbyś ją pontiakiem kolegi pod sam dom i w ogóle, dokądkolwiek by zechciała, gdyby nie to, że – pijany bardziej, niż ona będzie kiedykolwiek – pozostajesz tymczasowo w opresyjnym związku z fragmentem podłogi między materacem a kiblem. Słuchanie muzyki przez pryzmat lakieru do włosów... Ale posłuchaj, mała, mamy wszystko. Piszę zajebiste, śmieszne teksty. Naprawdę, potrafię być zabawny. Zobaczysz, na próbach z chłopakami nakurwiamy jak puszczony przez płat skroniowy duke multiplayer. No, weź. Zostań. Please.

Na pytanie, jak to jest, grać w najbardziej schizofrenicznym zespole dekady, odpowiada mi już tylko chrapnięcie, dobiegające gdzieś spomiędzy stert butów zalegających w przedpokoju. Ale wiem za to coś innego: ani przedtem, ani potem, nikt tak dobitnie, jak Travis owego wieczoru, nie uzmysłowił mi śmiertelnej konieczności przeżycia naszej duszonej obłędnym przeciętniactwem młodości tak, by – patrząc na siebie wstecz – móc powiedzieć: nie byliśmy ciotami. Ideały, rozkminy, styl. Nie kochać go za to jest niepodobieństwem. –Karolina Miszczak


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie