SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 1990-1999

27 sierpnia 2012

 

 

010Flaming Lips
The Soft Bulletin
[1999, Warnes Bros.]

The Soft Bulletin to dla mnie najlepsza płyta lat dziewięćdziesiątych i wydaje mi się, że to trochę nudny wybór. Straszny banał dawać na pierwszym miejscu płytę w tak oczywisty sposób próbującą być arcydziełem, WIELKIM ALBUMEM. Bulletin to Pet Sounds i Dark Side Of The Moon w jednym, klasyk nagrany jakby na wzorzec najbardziej dopracowanych i pomnikowych klasyków. Są tu studyjne sztuczki, bogate (choć w dużej mierze syntetyczne) aranże, jest wrażenie dużej całości zamiast zestawu piosenek. To pierwsze "poważne" dzieło Flaming Lips, nadające twórcom aurę prawdziwych, "poważnych" artystów (Zaireeka to projekt zbyt ekscentryczny). Bez The Soft Bulletin Lipsi pewnie mieliby podobną reputację co na przykład Super Furry Animals – wesołych ekscentryków, których kocha krytyka, ale którzy nie tworzą niczego na serio i nie wzruszają.

No i postanowili wzruszyć. Wayne Coyne w tych piosenkach o miłości i śmierci sięga niemal po emocjonalny szantaż. Pamiętam jak w filmie o The Soft Bulletin na Pitchfork.tv wspominał, że ktoś słuchając "Race For The Prize" powiedział mu po wersie "they're just humans with wife and children" – "musiałeś w to wciągnąć dzieci"? Później mamy "Feeling Yourself Disintegrate", "Suddenly Everything Has Changed". "Waitin' For Superman" do cholery! Z tym łamiącym się głosem, na granicy wielkiego przegięcia, do tego najmniej ciekawe muzycznie na płycie, a jednak faktycznie wzruszające. I nie każcie mi nawet wspominać o "The Spiderbite Song". Wątpie, żeby Coyne był z nami absolutnie szczery. Jego zespół dał nam za to jedną z ostatnich wybitnych płyt albumowego rocka dla audiofilów. Jedną z niewielu jakich mi w życiu potrzeba. –Łukasz Konatowicz


00912 Rods
Split Personalities
[1998, V2]

W końcu cała ta śmieszna maskarada się skończyła, nareszcie mogę skrzyżować rękawice z moim ulubionym zespołem w świetle reflektorów. Niestety po wpisie prezesa o Gay? mój wachlarz uderzeń jest trochę ubogi. Wszystkie kombinacje ciosów pozbawione sprężystości i elementu zaskoczenia, podobnie zatem jak Ryan Olcott Muhammadem Alim pozostanę jedynie w skrytych marzeniach.

Poetycka bokserska, motyw zbierania niezasłużonych razów zawsze były mi podejrzanie bliskie, nawet jeśli chciałbym od niej teraz uciec to w starciu ze Split stoję na przegranej pozycji, bowiem każdy wykorzystany tu motyw, każdy zuchwały riff, każdy emocjonalnie nabrzmiały punchline, każdy syntezatorowy kuksaniec mnie oszałamia, sprowadza do parteru. A pisanie z pozycji podłogi nie jest znowu takie łatwe, zresztą wcale nie czuję specjalnej potrzeby dzielenia się z kimkolwiek moimi przemyśleniami o 12 Rods. Przez lata ich zakleszczona między połyskującą metalurgią Police a jedwabistym, sophisti-popowym powabem Prefab Sprout muzyka wrosła we mnie do tego stopnia, że dziś w zasadzie nie muszę nic o niej mówić, wszystko bowiem rozgrywa się tu na poziomie pozawerbalnym, na gruncie niezwykle zażyłej relacji.

O ile w przypadku nieokiełznanego, momentami furiackiego Bliss czy schowanego za lo-fi mgiełką Gay? możemy mówić jeszcze o zauroczeniu, to przy wypieszczonym, skrojonym na wilsonowską miarę Split pozostaje mi jedynie szeptać z czułością w głosie do ucha ''i feel green / if you know what i mean''. Ale też nie ma co mydlić oczu tą gładką, surferską barokowością, bo co rusz jest ona nadgryzana neurozą, kaskadowymi wyładowaniami wysoko zestrojonych gitar, czy też nerwowym new wave'owym kluczeniem. Jeśli miałbym wybrać z tracklisty utwór emblematyczny dla całości to chyba postawiłbym na schizofreniczny ''I Am Faster'', w którym Olcottowie w sobie tylko znany sposób stapiają w jedność wzburzone morze przesteru z nieskazitelną taflą popowego lazuru. Zaraz po nim z kolei do gry wchodzi obłąkańczy ''Chromatically'', gdzie skumulowana zostaje cała zła energia Ryana, do głosu dochodzą wszystkie jego obsesje, ale nawet tu, pośród kłujących synthów, akrobatyki McGuire'a, bulgoczącego basu, zaklęta jest ujmująca przebojowość.

Owa nośność, wzorcowo, nienagannie rozparcelowana przystępność wypełnia tę płytę po brzegi, a swoje apogeum osiąga w konfundującym, quasi-gejowskim hymnie ''I Wish You Were A Girl''. Od tego numeru zaczęła się w zasadzie moja przygoda z Oxfordczykami, i wcale nie muszę utożsamiać się z zawartym tu przekazem, żeby nie rozstawać się z ''I Wish'' ani na krok. Ten blurb zaczyna coraz bardziej grzęznąć w blogowym bajorze, które początkowo chciałem ominąć suchą stopą, ale jak zrealizować to zamierzenie, skoro chwilę potem z każdej strony zaczynają napływać beachboysowskie ''Lovewaves'', raz z prawa, raz z lewa, raz zza pleców. Prawdziwie trójwymiarowa ballada pod wezwaniem delikatnych shoegaze'owych pogłosów, kraina łagodności aksamitem i partią puzonu płynąca. O wypolerowanej wersji ''Make-Out Music'' wypada mi już chyba tylko milczeć, nie istnieją bowiem słowa zdolne oddać wyjątkowość tej kompozycji, ja przynajmniej takowych nie znam, niemniej zdaje się, że kiedyś nagiąwszy wolnomularskie zasady dojrzałem sedna w pewnym, ukradkowym spojrzeniu, ale nic wam do tego. Ekscytującą zabawę ze Split kończymy przeciągając się leniwie w blasku ciepłego, popołudniowego słońca, w oddali dostrzegając sylwetki opalonych plażowiczów. ''I do not trust in science / and I don't believe in God'', wierzę tylko w 12 Rods, tylko w Split Personalities. –Wojciech Sawicki


008Aphex Twin
Selected Ambient Works 85-92
[1992, Apollo]

Początki projektu, jaki realizuje do dzisiaj (choć ostatnio mniej intensywnie) Richard D. James, trudno uznać za niewinne. Selected Ambient Works 85-92 uznano szybko za płytę monumentalną, otwierającą nowy etap muzyki elektronicznej. Z perspektywy czasu słychać to jeszcze lepiej. Na tej i na kolejnych, wcale nie ustępujących jej wydawnictwach, Aphex miesza, remontuje i w efekcie rewolucjonizuje zestawy dźwięków, które zwykliśmy upychać do takich szufladek jak tytułowy ambient, house, IDM, drum'n'bass, hip-hop, r'n'b (te ostatnie akurat najbardziej w opisywanym gdzie indziej "Windowlicker"), nie oszczędzając przy tym rockowej estetyki.

Wszystko to przy zaangażowaniu minimalnych, ale za to starannie dobranych środków. W epoce, w której jakość wyznacza(ła) waga sprzętu nagraniowego liczona w tonach i suma, jaką zainkasował producent, SAW ostentacyjnie operuje digitalową surowością. Garaż, a właściwie bedroom. Nie przeszkadzało to Aphexowi od niechcenia wielopłaszczyznowo zaprojektować i zaaranżować numery takie jak "Heliosphan", "Green Calx" czy "Ageispolis", łącząc cechy ambientowego snuja, piosenkową zwartość, klubową pulsację i "poważne" progresje. Świetnie wpisuje się w to wizerunek, jaki przedstawia (wykreował?) Richard D. James. Jest ucieleśnieniem współczesnego socjopatycznego geniusza-nerda, który z premedytacją gniecie i dekonstruuje rzeczywistość wokół siebie. W przeciwieństwie do Zuckra jego polem działania nie są jednak giełdowe transakcje, procesy o kasę i manipulacja danymi, tylko świadome sny, sekwencery, syntezatory, neurozy i psychodelie. To ciemna czy jasna strona mocy? –Piotr Cichocki


007Pavement
Crooked Rain, Crooked Rain
[1994, Matador]

Ok Komputery, dobra Lowelasy, jakby co, to jest moje pierwsze miejsce, jebane indie. Chociaż, można zaraz nierozważnie zapytać, co to za indie, gdzie w środek gorzkiego wiersza Malkmusa wjeżdża nagle gitarowa plecionka, w której słychać echa "Wicked Game". Albo te ponad dwie minuty wygospodarowane na "5 – 4 = Unity", ich "Cans And Brahms". Fragmenty jakiegoś prog- czy art-indie nie mogą jednak urosnąć do rozmiaru tagów, songwriting Malkmusa pozostaje dla siebie jedynym liczącym się kontekstem, ze swoim zrośnięciem z określoną czasoprzestrzenią, brakiem epatowania sprytnymi strukturami i postmodernistycznymi przebieżkami, o ileż inaczej tu obecnymi, niż na przykład u Polvo. W ogóle to już był etap przewartościowania dotychczasowej stylistyki, *polerowany* sound wytoczony naprzeciw sprzedanego lo-fi i mniejsza czy był to gest przewrotnej kontestacji, czy po prostu chcieli w końcu zabrzmieć lub też wszystko naraz.

Tak czy inaczej, neurotyczność spleciona z byciem "outgoing" na bazie łamiącego się głosu to jest splot wężowy, chociaż dający oddychać jak mało co. Kawałki arcyzręcznie prześlizgują się, umiejętnie kąsając -- chociaż na przykład ostrzykane jadem ego Corgana w liryku "Range Life" prezentuje się nagle sympatycznie nieporadnie – i to jest ta siła trzymająca w garści jednocześnie zjadliwość i ciepłą swojskość. Nie wspominając o wspomnianym, mocno uczestniczącym w przyjemnych sprzecznościach osadzeniu tych piosenek w konwencji jakiegoś nieinwazyjnego artyzmu, wprowadzającego niemal przezroczysty, komfortowy dystans przytomności obecnej w ogólnej dezorientacji. Niebywała klasa w wyrażaniu bogactwa unikalnej głowy w medium piosenek z sąsiedztwa. Słuchać mimo wszystko ciepłokrwistego EMO Malkmusa to jest niezmiennie dobry wybór, niezależnie od pory i usposobienia zawsze znajdzie się tu coś co będzie na miejscu i coś, co będzie satysfakcjonująco podkopywać wytwarzaną błogość. Bo finalnie i tak "there's no survivors" i aż chce się robić do tego potwierdzający chórek. –Andrzej Ratajczak


006Nas
Illmatic
[1994, Columbia]

Raczej nie jestem pierwszą osobą, która ogłasza Illmatic jednym z najlepszych albumów w historii. To faktycznie tak perfekcyjne 40 minut, że nawet Jay-Z, w apogeum beefu między dwoma raperami, musiał oddać wielkość tej płycie.

Na Illmatic najbardziej zwracają uwagę trzy sprawy. Pierwsza, co podkreślano wiele razy: jest to krążek z czystą esencją, bez ani jednej zmarnowanej sekundy, niepotrzebnych skitów, słabszych numerów (a generalnie staram się nie nawiązywać w pisaniu o muzyce do retoryki "czystej treści"). W czasie kolejnych sesji z Illmatic chodzi mi po głowie słowo "blueprint". Wprawdzie tak swój LP nazwał ex-rywal Nasira Jonesa, ale jeśli w Sevres zamieszczono wzorzec płyty rapowej, to jest nim na pewno Ilmatic.

Album porusza się między dwoma ówczesnymi biegunami w hip-hopie. Wywodzi się z tradycji politycznego, "świadomego" hip-hopu, nawołującego do zmiany wizerunku czarnych Amerykanów, rozwoju materialnego poprzez zdobywanie edukacji i nie poddawania się beznadziei życia w "projektach" ("I switched my motto -- instead of sayin fuck tomorrow / That buck that bought a bottle could've struck the lotto"). Z drugiej Nas nie kryje się ze swoimi wulgarnymi, z punktu widzenia kolesia z uprzywilejowanej białej klasy średniej, materialnymi aspiracjami i chciwością ("I'm for the dead presidents to represent me / Fuck who's the baddest / A person's the status depends on salary"). Jego język bywa poetycki ("I never sleep cause the sleep is the cousin of death" – wkradają się polscy romantycy), jak i stuprocentowo zorientowany ulicznie ("That's what this is all about right? / Clothes, bankrolls, and hoes yaknowhatI'msayin?" itd.). Trzeci kierunek przemyśleń Nasa to sprawy osobiste – melancholijne uwagi o przemijaniu, próby cieszenia się każdym dniem, hołdy złożone dzielnicy i miastu, bliskim, młodzieńczym zajawkom ("When I was young / I was a fan of the Jackson Five", sfollowowane potem przez Smarkiego).

Oczywiście za poruszaną tematykę nie należą się od razu punkty. Tutaj jednak niemal każda linijka imponuje literacką plastycznością przywoływanych postaci i sytuacji. Nawet nie ma sensu wyliczać tych najbardziej błyskotliwych momentów. "This nigga raps with a razor / Keep it under my tongue". Lirycznie cały album to żyleta.

Druga sprawa to bezbłędny rap Nasa – charyzma, flow, pewność z jaką wyrzuca z siebie sylaby, ich złożenia. Ten album nie zawiera jakichś jego wybitnych popisów. On jest tu po prostu kurewsko skuteczny. Jednocześnie to, co robi goszczący w "Life's A Bitch" AZ, wymyka się już moim narzędziom opisu. Przy nim sam Jones wypada zaledwie poprawnie. AZ, nawet nie surfując, tylko chyba po prostu zapierdalając na bicie, daje popis swoistej "optymistycznej desperacji". Jego nawijka brzmi tak intensywnie, że nie wiemy czy zaraz się nie rozpłacze. Bardzo wcześnie więc, bo na tracku nr 3, album osiąga swoją kulminację (co nie znaczy, że dalej nie ma sensu słuchać). W każdym razie "Life's A Bitch" otrzymuje moją nominację do miana najlepszego hip-hopowego kawałka wszech czasów (jako bonus sprawdźcie wzruszającą scenę z wykorzystaniem tej piosenki w filmie Fish Tank). Nawet nie chodzi o to, że to najwybitniejszy czy najbardziej błyskotliwy muzycznie numer ever (choć zawsze dziwiłem się, że ludzie wolą "One Love" czy "It Ain't Hard To Tell"), tylko po prostu zawiera najbardziej ogólne credo hip-hopu, jakie mogę sobie wyobrazić. Humanistyczna głębia i melancholia wywodu na temat życia młodego czarnego faceta, chwyta mnie "za każdym razem". Trąbka w outro ojca rapera, Olu Darry, dodatkowo podkreśla refleksyjne przesłanie kawałka.

Trzecia rzecz to odczucie obecne praktycznie od pierwszej mojej sesji z Illmatic. Ten album (powtórzę za tytułem jego 9 tracka) faktycznie reprezentuje. Przekazuje komunalne doświadczenie, co znów jest chyba największą siłą hip-hopu. W książeczce dołączonej do płyty znajduje się zdjęcie Nasa z kilkunastoosobową ekipą zaufanych ziomków na osiedlach Queensbridge (plus fotografie jakiegoś uroczego zakątka tej dzielnicy, który wygląda jak Hamsterdam z The Wire). Sama okładka Illmatic przedstawia z kolei narodziny wielkiej rapowej indywidualności, która z ciekawością małego dziecka zaczyna obserwować i precyzyjnie opisywać świat dookoła. Mimo iskry bożej Nas mówi tu jednak o doświadczeniach bardzo typowych dla jego bliskich – zabawie w berka z policją ("police put me under pressure"), "pogoni za lepszej jakości życiem", doświadczeniach dilerki i ulicznej przemocy. Z tego poczucia, że przemawia w imieniu wspólnoty bierze się też szereg hołdów i pozdrowień znajomych z Queensbridge (z tytułowym Illmatic Ice'em na czele) – w końcu to rap zrodzony z sumy ich wszystkich doświadczeń.

Podkłady, za którą odpowiedzialni są najważniejsi ówcześni producenci hip-hopowi nawiązują do całej tradycji amerykańskej muzyki miejskiej – jazzu, funku, dubu, reggae, Motown i Michaela Jacksona. Na Illmatic niemal dosłownie przenosimy się na pełną dźwięków nowojorską ulicę. Przedostatni w zestawie "Represent" z chuligańskimi okrzykami, shout-outami do ludzi Nasa, regałowym klawiszem i dubowym echami głosów, rozlegających się po pustej ulicy Queensbridge, tej samej co na okładce, zawiera w sobie cały patos tego dziedzictwa. To album przekazujący całościowy, wielowymiarowy obraz świata, w którym powstał. Świata dla większości słuchaczy Nasa egzotycznego, ale opisanego przez rapera w uniwersalny sposób. Mnie również mimo tych kilku tysięcy mil dystansu i kompletnie innego backgroundu, trudno się z tą historią nie utożsamiać. "And if you don't know...". Well, now you know it. –Piotr Kowalczyk


005Dismemberment Plan
Emergency & I
[1999, DeSoto]

Na papierze nie wygląda to obiecująco. Travis Morrison pewnie nie jest najbardziej charyzmatycznym wokalistą, Joe Easley nie wkłada całej energii w testowanie wytrzymałości naciągu, a Eric Axelson nie grał w Joy Division. Wypadałoby w takim razie, żeby tę zgraję niemedialnych fujar spajał gitarzysta, ale Jason Caddell raczej dopasowuje się do kompanów, niż rzęzi na własną rękę. Zbliżamy się do konkluzji, że Plan to antyteza rocka. I nawet nie „rocka” w szerokim, radiowym znaczeniu, ale zwłaszcza niezal. Owszem, reprezentują wszystko czym charakteryzuje się milenijny indie buzz band, ale robią to słabo. W zasadzie wszystko robią słabo. Nikt nie chce przyznać, że Travisowi dogłębnie udaje się wtopić w rolę everymana, bo nikt nie chce być fujarą. Ten słoń nigdy nie wyjdzie z pokoju.

Jednak jesteśmy w ścisłej czołówce listy nie przypadkiem. Dismembermenci trafiają bowiem w kilka rozmaitych kategorii oczekiwań naraz, stając okoniem niedowiarkom w centrum diagramu Venna. Wcześniej znani głównie z frywolnego naparzania, dziś snują zwarte epiki o życiu, śmierci i takich rzeczach, z poziomem detali wysuwającym ich na pozycję białego Slick Ricka (żeby nie szukać dalej w ikonach storytellingu). Bez żartów. Bardziej łotrzykowsko niż Jawbox, hip niż Fugazi i precyzjnie niż Juno, wypracowali sobie konwencję zawdzięczającą tyle samo hardcore'owi co wczesnemu Prince'owi. Pewnie słyszeliście o podobnych fuzjach już nie raz. Szkopuł w tym, że tym razem czegoś takiego jeszcze nie słyszeliście. –Mateusz Jędras


004Pavement
Slanted And Enchanted
[1992, Matador]

Pavement to był zespół, którym powinni być Pixies w latach 90-tych, oczywiście gdyby pisali lepsze teksty i mieli słabszego wokalistę (charyzmatyczna niedoskonałość głosu Malkmusa to naturalnie była jedna z mocniejszych stron Pavementu, nie chce nawet myśleć, co by było, gdyby w jego ciele, a raczej głosie/gardle/lol, znalazł się Janusz Radek).

Muzyka Pearl Jam i Nevermind Nirvany wpłynęły na to, że wykształciły się całe masy grunge'owców, którzy nucili w kolejce po mleko “Rape Me”, stąd musiała powstać jakaś sensowna polemiczna zbiorowość i w tym momencie pojawili się próżniacy-slackerzy. Nie wiem, czy na Slanted And Enchanted Pavement był zespołem pełnym młodzieńczego zapału, o czym gorliwie mnie wszyscy przekonują od kilku lat, ale na pewno był zespołem slackerskim. Nie są specjalnie nowatorscy: fetyszyzują Pixies, fascynują się avant-noisem Sonic Youth, chętnie czerpią z emo-dysonansowych melodii Slint (szczerze mówiąc polubiłam Slint dopiero w momencie, kiedy usłyszałam na Spiderland piosenki Pavement – tak wiem, jaka jest kolejność), co w zupełności wystarcza na stworzenie najbardziej zajmującego wydawnictwa w dekadzie.

W przypadku tego albumu po raz pierwszy soniczne niedogodności wynikające z ograniczeń finansowych (bo ileż można wybulić z ochroniarskiej pensji), które przełożyły się na ograniczenia sprzętowe, okazały się być paradoksalnie wzmacniającą jakością. Członkowie zespołu mają jedynie ochotę bezproblemowo dostać booking na studniówkę w każdej szkole w USA i zostać dyscyplinarnie zdjętymi za palenie jointów na scenie, a jednak sprzedają te 100 tysięcy albumów i stają się legendą, co automatycznie wpływa na wysyp zespołów, którym bardzo entuzjastyczne recenzje dały poczucie, że jednak każdy chłopak z gitarą w post-hipisowskim studiu, garażu, piwnicy może zmienić historię muzyki (co nie jest oczywiście prawdą, ale ostatecznie są gorsze rozrywki).

Malkmus natomiast to był od początku facet dla którego każda kobieta zostawiłaby dowolnego mężczyznę: mądry, sarkastyczny, niezainteresowany swoją fizyczną atrakcyjnością, do tego stary numer z Morrisseyem – pisze teksty Morrisseya, którego tym razem zza pleców przedrzeźnia Al Bundy z trochę lepszym poczuciem humoru. Malkmus studiuje historię, bo się nią interesuje i wraca do domu, bo nie ma pracy w zawodzie, bo studiował historię i wtedy pisze tekst do "Here", który rozumie każdy z nas, bo jest doskonały na co najmniej dwóch płaszczyznach i sankcjonuje naszą beznadziejność, ale dla Pavement akurat to jest paragraf 22.

Rozpierdalający riff z "In The Mouth A Desert" to była pierwsza rzecz, która zaprosiła mnie na łono indie-rocka poniżej 1999 roku i pewnie są nas miliony, bo jest to jedno z lepszych zagrań w historii muzyki. Kompensując długą notkę o Malkmusie – jedyna kompozycja Kannberga w tym zestawie, czyli "Two States", trochę wyśmiała brit-pop, jeszcze zanim on dobrze powstał.

Pisanie o Pavement w 2012 roku jest naprawdę bardzo kompromitujące już z założenia, kompromitujące może być też samo słuchanie. Pewnie do końca życia odpalając S&E będę się czuła trochę jak jeden z dziennikarzy "GQ", któremu Malkmus rzucił ze znudzeniem na rozpoczęcie wywiadu: "Muszę teraz stracić dwie godziny z jakimś bozo, który prawdopodobnie nawet nie wie, czemu Greg Orden jest interesujący". –Iwona Czekirda


003Notorious B.I.G.
Ready To Die
[1994, Bad Boy]

Pamiętacie może z licealnych lekcji języka polskiego, dlaczego Szekspir jest uznawany za twórcę nowożytnego dramatu? W telegraficznym skrócie – bo nie czas i miejsce na przedmaturalne korki – koleś zerwał z antyczną zasadą trzech jedności, podziękował chórowi za współpracę i zdecydował się na wprowadzenie scen zbiorowych. Te sprawy to jednak pikuś, prędzej czy później ktoś musiał postawić to wszystko z głowy na nogi. Prawdziwa rewolucja dokonała się gdzie indziej – w kreacji postaci. Szekspir jako pierwszy zaczął modelować swoich bohaterów tak, by byli ludźmi z krwi i kości – ambiwalentnymi, dynamicznymi osobami, pełnymi napięć wewnętrznych i zewnętrznych, tragicznymi nie przez to, że ciążyło na nich jakieś fatum, a przez swoją własną, ludzką ułomność.

Wychowałem się na blokach w małym mieście, więc mam szczególne upodobanie do klarownych sytuacji, w których białe jest białe, a czarne – czarne. Dobrze jednak wiem, że moja prowincjonalno-podwórkowa utopia jest jałową i nudną ściemą, a z figlami, które płata życie, trzeba sobie radzić. Nie zrozumcie mnie źle – wcale nie pochwalam obezwładniającego gadulstwa, z zasady relatywizującego absolutnie wszystko, czy poprawnej politycznie nowomowy, która pod płaszczykiem unikania skrajności albo poszukiwania złotego środka delikatnie i z wyczuciem wpędza nas w mentalne bagno. Chodzi mi jedynie o wyczulenie na wszelkie zawiłości otaczającego nas świata oraz unikanie wytartych frazesów w myśleniu o nim.

Być może to jest właśnie klucz do uwielbienia, jakim darzę Biggiego – rapera do bólu bezpośredniego, a równocześnie bardzo niejednoznacznego. Moi koledzy już zwracali uwagę (m.in. przy okazji komentów do albumów tak różnych artystów jak Tupac i Spiritualized), że najciekawsze są te emocje i postawy, których nie da się łatwo sklasyfikować i spokojnie odłożyć je na półkę wraz z przesłuchaną płytką, tylko trzeba się z nimi zmierzyć, często wychodząc z tej potyczki ze szwankiem na własnej psychice. Trudno o większe wyzwanie niż Ready To Die. Musimy bowiem stawić czoła typowi o piramidzie potrzeb pozornie zaczynającej i kończącej się na forsie i ruchaniu, który zwierza się z przeszywającej obsesji przemijania i śmierci; pewnemu siebie ulicznikowi, którego trapi poczucie winy; społecznemu wyrzutkowi, domagającemu się uznania i szacunku; żyjącemu na krawędzi, wulgarnemu i agresywnemu bandycie, a jednocześnie niezwykle wrażliwemu poecie.

Poecie, bo wersy takie jak chociażby pierwsze z brzegu, otwierające "The What": "I used to get feels on a bitch / Now I throw shields on the dick / To stop me from that HIV shit", to przecież ni mniej ni więcej, tylko liryczny wyraz odwiecznych rozterek uczuciowych wpisanych we współczesny kontekst, a słynny singiel "Juicy" obfituje nawet w znane z historii literatury toposy – horacjański, pracy czy najbardziej oczywisty arkadyjski i chyba tylko głuchego może zmylić ten basen na teledysku. Zarazem Biggie nie stroi żadnych artystowskich póz – to gwiazdor od początku do końca, w markowych ciuchach, a nie przydługim płaszczu. Jedynie niejako przy okazji jawi się Szekspirem popkultury, któremu być może jako pierwszemu i ostatniemu udało się wykreować w konwencji hip-hopowego hitu świat tak prawdziwy, tak skomplikowany i przesiąknięty taką dramaturgią. –Krzysztof Michalak


002Radiohead
OK Computer
[1997, Parlophone]







–Wawrzyn Kowalski


001My Bloody Valentine
Loveless
[1991, Creation]

Questioner: Czym jest Loveless?

Maharaj: Wystarczy wiedzieć, czym Loveless nie jest. Nie musisz wiedzieć, czym Loveless jest. Wiedza oznacza opis znanymi kategoriami umysłu; nie może zatem być prawdziwej wiedzy poza kompletną negacją. Nie możesz w znaczący sposób stwierdzić, że "Loveless jest definicją shoegaze". To po prostu nie ma sensu. Zresztą, czy może istnieć postrzeżenie, wrażenie, które byłoby od Ciebie niezależne? Doświadczenie musi przynależeć. Ktoś musi przyjść i uznać je za własne. Bez doświadczającego nie ma doświadczanego.

Q: Słodycz kobiecego głosu niszczona jazgotem gitar.

M: Pomiędzy brzegiem rozkoszy i bólu płynie rzeka życia. Problem powstaje, kiedy umysł broni się przed przepływem, chwytając się brzegów. Płynąć rzeką to akceptować, pozwalać rzeczom przychodzić i odchodzić. Odrzuć pożądanie, strach, obserwuj teraźniejszość, bo Loveless nie jest tym, co się zdarza, lecz komu się przydarza. W zasadzie nie jesteś nawet obserwatorem. Nie ma dualizmu. W każdej chwili jesteście ostateczną potencjalnością, która jest wyrazem wszechogarniającej świadomości. Z magmy dźwięku wypływają jego manifestacje, by zapaść się ponownie w ocean ciszy. Wystarczy zmienić głośność i kołysanka zmienia się w przerażający ryk. Harmonie tworzą się tam, gdzie podąża Twoja świadomość.

Q: Musi być jakaś przyczyna powstania takiej płyty!

M: Twa matka nie musiała dać Ci narodzin; mogłeś narodzić się jako dziecko innej kobiety. Nie mógłbyś urodzić się bez Słońca i Ziemi, jednak nawet one nie dałyby Ci narodzin gdyby nie najistotniejsze: Twoje pragnienie narodzin. To właśnie pragnienie daje narodziny, imię i formę. Upragnione jest wymarzone i chciane i manifestuje się jako coś namacalnego i wyobrażalnego.

Q: Czy pragnienie było zatem najważniejszą przyczyną?

M: Jedną z wielu. Inną był wynalazek gitary lub przypadkowe spotkanie członków zespołu. Wszystko ma nieskończenie wiele przyczyn, umysł zrozumie to idąc wstecz, szukając źródła. Cały wszechświat w każdej chwili przykłada rękę do istnienia najdrobniejszej rzeczy. Jednak źródłem wszystkiego jest Nieskończona Możliwość, Najwyższa Rzeczywistość, która jest w Tobie i która rzuca swe światło i miłość na każde doświadczenie. Lecz źródło nie jest przyczyną i przyczyna nie jest źródłem. Dlatego mówię, że nic nie ma przyczyny. Możesz starać się wyśledzić, w jaki sposób coś się stało, ale nie możesz zrozumieć dlaczego rzecz jest taka, jaka jest. Wszechświat po prostu jest. Przestań myśleć o muzyce i zacznij słuchać muzyki. –Tomasz Gwara


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie