SPECJALNE - Ranking

10 najlepszych płyt 2009

16 stycznia 2010



Z wyrokowaniem, antycypowaniem i prognozowaniem to się raczej wstrzymamy, ale jedno jest pewne: w ubiegłym roku JARALIŚMY SIĘ bieżącą muzyką, w tym czasem nawet bardzo długimi wydawnictwami. A już samo to, w kontekście naszej blazy, znudzenia i postępującej ignorancji wygląda na znak – że chyba nareszcie pojawiło się przysłowiowe "coś", któremu warto poświęcić nieco uwagi. Poniżej dycha albumów z 2009 naszym zdaniem najbardziej na to zasługujących.


10Body Language
Speaks (EP)
[Moodgadget]

"It's a new day / Get up, wake up, get up, wake up, get up" to jedne z pierwszych słów, które padają na Speaks. Już po paru sekundach Body Language trafiają w sedno. W oczekiwaniu na nowoczesną przyszłość pozostajemy w stanie permanentnego zmęczenia. Zdecydowana większość poranków nie posiada soundtracka z linijkami takimi jak "Wake up, it's a beautiful morning". Wstaję, czy nie wstaję, więc jeśli jakimś cudem udało się wykonać czynności prowadzące do umieszczenia własnej osoby wewnątrz pojazdu komunikacji miejskiej, to wcale nie wywołane zostało natychmiastowe pragnienie obudzenia się. Speaks nie jest materiałem przekraczającym zalecenia ilości spożywanej dziennie kofeiny. Jeśli nawet spada na nich obowiązek wybudzania, to są w tym czarująco przepraszający. Zresztą nie podejrzewam ich nawet o chęć przekazania nadmiaru radości. "Work This City" jest jak gra z budzikiem, który pozwala na drzemkę, ale skonfigurowane na wszelki wypadek poprzedniego dnia sześć przypomnień już tak łaskawe być nie zamierza. Jest też jak stopniowe rozklejanie oczu w tramwaju, nabieranie trzeźwości i siły, końcówka nagle jest wyzwaniem do podjęcia walki z nowym dniem, który jednak naprawdę istnieje. Trójka to powszechne codzienne opus magnum. Z zacięciem na twarzy i energicznym krokiem przez parę minut przejmowane jest władanie nad światem, ale wszystkie zabawki szybko się nudzą. Zagapione w okna miny w autobusach i tramwajach realizują praktykę XXI-wiecznej godzinki kontemplacyjnej lub kwadransu, kończących się poobiadową drzemką. Gdy nadchodzi wieczór po głowie tłucze się już nienajnowszy cytat z piosenki, "Seems I can't deny, some days just don't seem right, I think I feel much better at night". Pozostanie w domu czy poszukiwania konkretnej imprezy, jakkolwiek sam wybór jest właściwie wyjątkowo przyjemnym momentem tego dnia. Resztę ratują pozostałe cztery piosenki. –Kamil Babacz

recenzja płyty »



09Japandroids
Post-Nothing
[Unfamiliar]

Nie spodziewam się, żeby przez najbliższych parę sezonów pojawiła się jeszcze jedna płyta utrzymana w tej poetyce, którą łyknęlibyśmy z równym zachwytem na twarzach. Tak, jak ponad dwa lata temu zrobili to Klipsi – popularni Dżapandro w chwili obecnej trochę wyczerpują to, co w ich przegródce gatunkowej zostało do powiedzenia. Przekleństwem wszystkich zespołów z późnego internetu (czyli tych które trafiły pod strzechy od, powiedzmy, 2006 wzwyż) jest fakt, że na starcie wyzwalają, czy tego chcą czy nie, reakcje raczej niechęci i znużenia niż starej, dobrej, licealnej *podjary*. Nie inaczej było z Japandroids – nie znam chyba nikogo, kto pokochałby ich od pierwszej wzmianki, pierwszej życzliwej rekomendacji. W dodatku ten nieszczęsny, twoja stara to twój stary, tytuł – Post-Nothing; no błagam, "my tu od piętnastego roku życia sramy ironią i rzygamy kłączem", żeby coś takiego uszło płazem. A jednak, a jednak, Dżapandro mimo pozornego chybienia wrócili pocztą zwrotną. Tydzień później, miesiąc później, dla niektórych całe wakacje później, ale wrócili. Nie zapomnę momentu wejścia "Young Hearts Spark Fire" po "Fading Vibes" Les Savy Fav, które zgotował mi tryb losowy i olśnienia, że właśnie nastąpiło jakieś nadprzyrodzone podjęcie wątku. Tego, który lubimy najbardziej. O seksie, o śmierci, o bankietach. –Aleksandra Graczyk

recenzja płyty »



08Grizzly Bear
Veckatimest
[Warp]

Z jednej strony mógłbym w tym momencie przytoczyć historie mojego lata, dziesiątkowość przeżyć i "While You Wait For The Others", które już na zawsze pozostanie w mojej pamięci jako soundtrack-wehikuł czasu do tułaczki po cudzych autostradach, podłogach i wioskach rybackich, czyli – jak się później okazało – zmieniających w dużym stopniu drogę życiową doświadczeniach. Jednocześnie, mimo niezaprzeczalnie potężnego emo-potencjału albumu, który najprawdopodobniej w stanie był przyzdobić równie istotne koleje losu równie istotnych ludzi w roku ubiegłym, Veckatimest to także twór ważny z perspektywy niewzruszonych muzykologów – szczytowy przejaw wygasającej już (na szczęscie!/?) estetyki. Czerpiąc z poletka łzawych folkowych cross-overów, jak i naprawdę rasowego niezalu (jakim nie znaliśmy go od lat), kolesiom z Grizzly Bear udało się praktycznie niemożliwe, czyli pogodzenie hoolsów "kompozycji" z bojówkami "ekspresji" w kontekście muzyki jak najbardziej indie według rozumowania najmłodszych. Trik znany wcześniej jedynie z gatunkowego manifestu, czyli pięcioletniego już Funeral, co pozwala wyciągnąć całkiem logiczne wnioski na przyszłość: nu-indie – dziękujemy uprzejmie, czas na nową dekadę. –Patryk Mrozek

recenzja płyty »



07Bird And The Bee
Ray Guns Are Not Just The Future
[Blue Note]

Na swoim drugim pełnym albumie Kurstin i George po raz kolejny dotykają problemu afektacji w aspektach: psychorozwojowym, technologicznym oraz biologicznym. Afektacji i wszystkiego co się z nią wiąże, stąd tytułowe działa laserowe. Zatem po raz kolejny Inara wysila się jak tylko nie może, żeby sprzedać nam nieco swoich pseudo-osobistych dotknięć archetypu, ale tym razem pstrykanie fot zastąpiły promienie a frustrację przed-związkową wyznania podobieństwa charakterów i puentująca wszystko śmierć. Całości kontekstu dopełniają: wokalista Van Halen, czarownice, narracja łotrzykowska oraz jak najbardziej aktualne podejście do przemieszczania się w przestrzeni.

Spodziewany eklektyzm nie daje się jednak namierzyć. Środki Kurstina to już nie pop w mniej post-jazzowych seriach, a bardziej Bacharach związany kablem i zamknięty w pendrivie. Represjonowana skłonność do orkiestracji to tutaj ostatnie takty "You're A Cad", oscarowa partia smyków w "Birthday", rozbuchana sonorystycznie całość "Polite Dance Song" (symptomatyczna zresztą − większość tutejszego materiału to schemat "zimna taktycznie, pensjonarska zwrotka − ociekający studyjnym dobrem, wieloplanowy refren") czy "Witch", gdzie niby wystarcza kilka nut basu, zawiesza się nie tylko nieco trip-hopową konstrukcję ze skromnie akcentowanych bębnów i laserowego motywu, ale też pogłosy i rozmaitość metalicznego tła w refrenie.

Bezbłędnie nagrane perkusjonalia, tłumione talerze, cyfrowe smyki i futurystycznie oleisty miks robią z Ray Guns trochę taką Yoshimi Battles The Pink Robots napisaną dla Dusty Springfield. I niezależnie od tego czy brzmi to jak deszcz meteorytów w interpretacji legend Cartoon Network, czy miłość w czasach siedzenia przy świetle z laptopa, bierzmy. –Mateusz Jędras

recenzja płyty »



06Baxter
Proof (EP)
[Mullet]

Tak. Ville Alajuuman pochodzi z Finlandii, mało ludzi go kojarzy, gra sensacyjnie melodyjny post-JuniorBoysowy synth-pop suto zakrapiany disco i specjalizuje się w pedantycznie dokładnych, matematycznych mikro-aranżacjach oraz krystalicznie czystej, starannej, klawiszowej produkcji. Słyszeliście to wcześniej i wszystko prawda (muszę być w porządku), ale co mnie obecnie – po wielu miesiącach nałogowego katowania – głównie fascynuje w tym materiale, to rzadko spotykany zmysł narracyjny kolesia. I nie chodzi mi tutaj o brak schematu zwrotka-refren, żeś sobie anty-piosenki bez kolegów nagrał. Jasne, też (ach te mostki, które okazują się być outrem albo kolejną odsłoną linearnej układanki), ale mówię o czymś więcej. Wielokrotnie w trakcie tych czterech fantastycznych tracków trafiają się chwile, w których autentycznie gubię się – nie umiem określić dokąd zmierzamy, jakie emocje nam towarzyszą, czy dominuje nastrój tęsknoty, a może strachu, a może pragnienia, a może ciepła i spokoju? Lecz mój zachwyt wynika z przekonania, że sam artysta właśnie doskonale wiedział, co robi. Bo Willy, zanim jeszcze na serio zaczął karierę, zgłębił tajemnicę destylowania tych najbardziej złożonych uczuć, które często targają nami, choć sami nawet nie wiemy, jak je nazwać. On przetłumaczył je na język kompozycji. Owe czułe (choć zimne wyrazowo) niuanse, nagłe objawienia, ocierające się o ideał, sprawiają, że omawiana EP-ka to dziwny, chyba już niepowtarzalny (sorry, In Between) zbieg okoliczności (trochę jungowska synchroniczność się wkrada), mały cud – więc i prawdziwy fonograficzny skarb minionej dekady. A najśmieszniejsze w całej sytuacji jest to, że nie można go nawet dotknąć. –Borys Dejnarowicz

recenzja płyty »



05Lars Horntveth
Kaleidoscopic
[Smalltown Supersound]

Lars Horntveth to na razie średnio rozpoznawalne nazwisko, ale tylko dlatego, że do tej pory norweski wunderkind dłubał sobie głównie anonimowo w kolektywie, w ramach Jaga Jazzist. Działając w pojedynkę Horntveth udaje się na odważniejsze ekskursje, opracowując jeszcze mniej masowe rzeczy – kontynuująca drogę stylistyczną zasygnalizowaną na solowym debiucie, wielowątkowa, kilkusegmentowa kompozycja na orkiestrę kwalifikowałaby go do poważki, gdyby nie to, że jednocześnie oferuje, w sposób zupełnie bezpośredni, ładne melodie i przystępne aranżacje, a jak wiadomo reprezentanci Akademii wyjątkowo opornie przyjmują podobne przeszczepy. Pierwszą, najfajniejszą część utworu wieńczy wyborne paroetapowe crescendo, zainicjowane na wysokości piątej minuty pięknym, liryczno-musicalowym tematem smyków, ustępujące na chwilę delikatnemu, świątecznemu staccato pianina i powracające finalnie w postaci dostojnych dęciaków z subtelnie zarysowanym w tle motywem wibrafonów, żywcem wyjętym z Reicha. Elementów reichowego minimalizmu jest tu zresztą więcej, choć nie przesłaniają one zasadniczego charakteru Kaleidoscopic – impresjonistycznej fuzji muzyki poważnej z gładko wyprodukowanym easy-listening. Ktoś porównał ten kawałek do "La Mer" Debussy'ego i nawet jeśli traktować to zestawienie w kategoriach żartu – jest to żart wyrafinowany. –Michał Zagroba

recenzja płyty »



04Animal Collective
Merriweather Post Pavilion
[Domino]

Żal dupę ściska, kiedy pomyślę sobie o losie Animal Collective. Jak wiadomo, chłopaki nagrali w ciągu 10 lat istnienia kilka zacnych płyt, w zespole jak i poza nim. Oczywiście nigdy nie zdecydowali się na kompromisy i nie łasili się do wielkich wytwórni w kolejce po platynowe frykasy. I kiedy oto mamy kolejny dowód, że takie postępowanie jest na wskroś słuszne i jako jedyne może prowadzić do rozwiercenie złotego zęba kreatywności – nowe, więcej niż solidne dziełko tych przemiłych Amerykanów nie obchodzi konia ze złamaną ręką. Ja rozumiem ignorację mediów rodzimych, które jak jeden mąż zlewają temat Animal Collective colą z piwem (tak zwany Diesel) i śledzą głównie gitarowe „wydarzenia” pochodzenia brytyjskiego. Bodaj jedyną polską nie-porcysową recenzję albumu, która zresztą wspomina coś o "stabilnej formie tego drugoligowego zespołu", należałoby wpisać do kannałów między Leszczyńskim a Girzyńskim. Co daje jeszcze bardziej do myślenia, to powściągliwość tej części krytyków, którzy zazwyczaj mają uszy (jak zauważyliście, tym krótkim zdaniem przenieśliśmy się na drugą stronę Atlantyku). Nie chcą oni jakoś dostrzec, że działający sobie gdzieś tam na boku "Animale" ukłuli styl ciasny ale własny, i nikomu się przez całą dekadę nie udało do niego poważnie nawiązać. Wasza strata guys, za parę lat będziecie ze wstydem usiłowali zapomnieć, że kiedy wyście nie zwracali uwagi na Aveya, Pandę i spółkę, to myśmy im wiernie pupilowali. –Jędrzej Michalak

recenzja płyty »



03Flaming Lips
Embryonic
[Warner Bros]

Gdyby mnie to właściwie obchodziło, to zadałbym teraz pytanie czy Coyne jest dalej szalbierzem, czy tym razem to może na serio. Embryonic nie wymaga właściwie angażowania estetycznych rozważań Kundery, których słuszność miałem już niegdyś okazję przetestować, słuchając Yoshimi. Pomimo, oczywistej, absurdalności przedsięwzięć tj. zaproszenie Karen O, by udawała odgłosy zwierząt, kręcenie clipu do "Watching The Planets" i tak dalej, całość uderza swoim artystycznym geniuszem z takim impetem, że kontrowersyjne zagrywki The Flaming Lips schodzą na plan, co najmniej, drugi.

Choć Embryonic hołduje do pewnego stopnia brzmieniu wypracowanemu na Christmas On Mars, to jednak wciąż możemy przyjąć, że ukazuje ono grupę w nowym, nieznanym dotąd, stadium. Sęk w tym, że to "stadium" zawsze było nieznane. Zastanówmy się, czy wnioski wyciągnięte po odsłuchaniu promującego, opartego na Suicide'owskim riffie, "Silver Trembling Hands" pokryłyby się w dużym stopniu z tymi po pierwszym odsłuchu? Na pewno nie. Nie nazwałbym jednak Embryonic płytą eklektyczną, gdyż "eklektyzm" nie sprowadza się tylko do różności gatunkowej/stylistycznej, a już w swoim nastroju, koncepcji, formule płynnie przechodzących w siebie kawałków, album zdecydowanie ciąży w stronę koncepcyjnej całości. Myśli, będącej być może rozwiązaniem zagadki The Soft Bulletin ("I accidentally touched my head / And noticed that I had been bleeding / For how long I didn’t know / What was this, I thought, that struck me?"), krystalizującym się w wybornym avant-psych-punkowym "The Ego's Last Stand" ("A man holds a gun / There's no explanation / Oh, he shoots at the sun").

Jeśli przyjąć, że The Flaming Lips zawsze wybierali sobie konwencję, po czym robili z niej origami, a efektem tego były już piętnastometrowe różyczki, kolczaste kaczuszki i atomowe łódeczki, to tym razem jest to astrukturalna, parmenidejska kula (cóż, że włochata?). Płyta, która zawiera wszystkie najlepsze cechy rockowego wydawnictwa, ale nie jest ich sumą. Jest czymś innym. –Jan Błaszczak

recenzja płyty »



02Sa-Ra
Nuclear Evolution: The Age Of Love
[Ubiquity]

Ta historia musiała się przydarzyć. Kto wie, czy New Amerykah antycypowało powrót mocarnego nu-soulu spod znaku Soulquarians, i przejawem tego powrotu jest opisywana płyta, czy też nadal stoimy nieco z boku, oczekując ciosów globalnego revivalu. Ze strony Shafiqa i kompanii spadło na nas tych ciosów wręcz za dużo jak na jeden rok, bo wiecie: dla mnie Nuclear Evolution i Shafiq En' A-Free-Ka są dziełami totalnymi, układającymi się na szerszym planie w jeden z najciekawszych projektów eksplorujących całą spuściznę funku, soulu i pobocznych, i wyglądających zarazem daleko w przyszłość. Stąd trafne porównanie Janka, skądinąd nasuwające się mimowolnie w takiej "Traffice", do Aquemini, ale z drugiej strony zaskakująco celne stawianie Sa-Ra jako postaci lokujących się niedaleko Chaza Bundicka (z forum). Podobieństwo zasadza się nie tylko na totalności projektów być może najbardziej kreatywnych (nomen omen) jednostek w całym dzisiejszym popie, lecz także na niesamowitym wyczuciu demontowania składowych, których byśmy jako słuchacze mogli oczekiwać. Dwupłytowy epik tych gości, podobnie jak monumentalne dzieło innego czarnego bossa, nie jest albumem, w którym wszystko jest jasne po pierwszym rozdaniu: przetykane przyswajalnymi "przebojami" (fantastyczne występy gościnne, bez wyjątku) soulowe jamy mieszają się tu z kwasem, szaleństwem i niemiłosiernym feelingiem. New A-Free-Ka(h), Funkadelic naszych czasów. –Łukasz Łachecki

recenzja płyty »



01Dâm-Funk
Toeachizown
[Stones Throw]

Oto zupełnie niespodziewanie, niemal na za pięć dwunasta objawił nam się zjawiskowy artysta/producent, który może zmienić tę grę na długie lata. I tak jak zapowiadał, dał nam Funk, acz do chuja niepodobny, w dodatku taki który rości sobie prawa do wywrócenia sceny r'n'b do góry nogami. A skoro był tak miły, to nie zastanawiając się ani chwili wzięliśmy go z pocałowaniem ręki. Damon Riddick wydając swój gargantuiczny, dopieszczany w domowym studiu przez blisko trzy lata debiut nie tylko spełnił marzenia wielu z nas, ale także pogodził nasz skromny zespół redakcyjny jak żaden inny album Anny Domino 2009, co zresztą z miejsca widać. Warto zaznaczyć, że w wersji kompaktowej ten ponad dwugodzinny materiał jest w istocie dwupłytową kompilacją, zbiorem kawałków wyselekcjonowanych z 5LP, zatytułowanych kolejno LAtrik, Fly, Life, Hood i Sky. Są nawet tacy, którzy skłonni są przedkładać wersję wydaną na wosku ponad tą lśniącą, jednak dla mnie to właśnie na tej drugiej znajdują się te najlepsze, najbardziej wyraziste jointy Damona.

Pewien szczeciński raper twierdził, że każdy z nas ma swojego Jarząbka, ale ja dziś goszczę u siebie Wujka Samo Zło, który ciągle mnie pyta o to, co takiego wyjątkowego jest w tym całym Dâm-Funku, gdzie tu ta innowacyjność, a ja przecież nigdy nie byłem nawet w Zielonej Górze. Otóż wujku, Riddick bierze na swój warsztat funk, zarówno ten od Clintona, od młodego Prince'a i jak ten od Dre, electro, boogie, soul, disco, i w oparciu o swój nienaganny zmysł, wyczucie songwriterskie tworzy z tych składników zupełnie nową jakość, wnosząc do tego wszystkiego pierwiastek trudnego do zdefiniowania liryzmu. Koleś przeżuwa stal by wypluć gwoździe. Wbrew temu, co sądzą niektórzy, propozycja Ambasadora Boogie Funku nie jest ufundowana na jakiejś niezwykle wydumanej koncepcji intelektualnej, to raczej puszczenie wodzy fantazji, to muzyka która wypływa z głębi duszy. Żadne tam konceptualne dyrdymały, tylko intuicyjnie rozwijane, pełne pasji granie, na spontanie i prosto z serca, a nawet z palca. O tym jak wielkie znaczenie w muzyce Riddicka odgrywa niczym nieskrępowany strumień świadomości można się przekonać oglądając choćby jeden z jego wielu występów na żywo. W tych wszystkich niekończących się syntezatorowych pasażach, w tych nieoczywistych, w gruncie rzeczy progresywnie rytmicznych bitach, w każdym zakamarku tej płyty kryje się damfunkowska wrażliwość, jego oddanie muzyce. U niego każda repetycja, każdy przebojowy riff musi wybrzmieć do końca. Co ciekawe w tej niezwykle futurystycznej muzyce daje się wyczuć posmak retro, ale jakże mogłoby być inaczej, skoro Damon korzysta głównie z analogowego oprzyrządowania, a także gardzi nowoczesnymi technikami produkcyjnymi. Ponadto nasz bohater idzie pod prąd panującym trendom całkowicie rezygnując z loopów i sampli.

W świecie Dâm-Funka to nie forma utworów, które momentami sprawiają wrażenie niedbałych, celowo niedokończonych, puszczonych samopas stanowi clue całej zabawy, bowiem tu najważniejsza jest treść, oddanie specyficznej atmosfery, przywołanie wspomnień. Toeachizown wbrew pozorom jest dość zróżnicowaną pozycją: mamy tu zarówno psychodeliczne, czkające na klawiszach ''Mirrors'', g-funkowe, oczekujące nawijki Snoopa ''Rollin'', naiwne, słodkie r'n'b ''I Wanna Thank You For (Steppin Into My Life)'', jak i intergalaktyczne, wgniatające w ziemię basem ''Brookside Park'', czy też zmrożone, electro-funkowe ''Searchin' 4 Funk's Future''. Dzięki temu ten zaaaaajebiście długi album sprawdza się w każdej scenerii, doznasz go zarówno za kółkiem, z drinkiem, jaki z buta, wracając nocą do domu. Nie dajcie się więc zrobić w chuj i zdobądźcie tę płytę. 2,5 godziny jak z bicza strzelił. –Wojciech Sawicki

recenzja płyty »



Udział w głosowaniu wzięli (i ich płyty roku):
Kamil Babacz (Dâm-Funk Toeachizown), Kacper Bartosiak (Dâm-Funk Toeachizown), Jan Błaszczak (Flaming Lips Embryonic), Borys Dejnarowicz (Dâm-Funk Toeachizown), Ryszard Gawroński (Dâm-Funk Toeachizown), Paweł Greczyn (Bird And The Bee Ray Guns Are Not Just The Future), Mateusz Jędras (Bird And The Bee Ray Guns Are Not Just The Future), Filip Kekusz (Oneida Rated O), Łukasz Konatowicz (Flaming Lips Embryonic), Łukasz Łachecki (Flaming Lips Embryonic), Jędrzej Michalak (Dâm-Funk Toeachizown), Patryk Mrozek (Bird And The Bee Ray Guns Are Not Just The Future), Wojciech Sawicki (Dâm-Funk Toeachizown), Michał Zagroba (Lars Horntveth Kaleidoscopic).

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Vampire WeekendFather Of The Bride
Weyes BloodTitanic Rising