SPECJALNE - Ranking

10 najlepszych płyt 2008

17 stycznia 2009



Tak, to prawda – i nie będziemy jej wcale ukrywać: w 2008 ostro się opierdalaliśmy. Znudzeni bieżącą muzyką, nie zdołaliśmy więc zrecenzować wielu "ważnych" albumów z minionego roku, w tym chociażby autorstwa takich wykonawców, jak: Amadou & Mariam, Beach House, Bug, Nick Cave, Crystal Castles, Elbow (lol), Fuck Buttons, Glasvegas (loool), Hercules And Love Affair, Hold Steady, No Age, Portishead czy Kanye West... Nawet w naszej złotej dziesiątce, która poniżej, znalazły się dwie pozycje bez wcześniejszej recenzji. Świadczy to o tym, że ogarnianie muzyki jest dziś zadaniem niełatwym, bo i czasu brakuje, i chęci. Okej, dosyć żartów.


10Juvelen
1
[Hybris]

Czasem się zdarzy, że osoba bardzo Wam bliska, wbrew kolejnym encyklikom, zrobi Wam coś bardzo złego. Mam nadzieję, że nie wiecie, o czym mówię, ale pewnie wiecie. Nie zamkniecie się wtedy w pokoju. Zrobicie to, co strażnicy z więzienia Zimbardo – wejdziecie w swoją rolę. Opróżnicie butelkę, dziwnie się ubierzecie i przyrzekniecie sobie, że tego wieczoru będziecie rozerotyzowani jak Curt Smith, przebojowi jak DJ Jurgen i wyniośle smutni jak Michał Jacaszek. Wsiądziecie do, mulącego jak Aviomarin, tramwaju i odcumujecie ten statek pijany. Zanim traficie do klubu, dwie trzecie miasta zdążą już zasnąć. Wdychając alkoholowy ukrop, niechciani znajomi rzucą w Waszą stronę nerwowe spojrzenia. Nawet lepiej, że już wiedzą. Nie oprzecie się o spoconą ścianę, tylko od razu poddacie się falom musujących syntezatorów. Podczas, gdy będziecie opróżniać kolejne szklanki, podawane falsetem słowa będą rezonować z Waszym płatem ciemieniowym. "I've got the groove to put you on the moon / I've got the rhytm to make yo move / But I’m still looking for the fair words to touch you so". To niby dlaczego zrobiło się Wam tak dziwnie ciepło i dlaczego coraz częściej spoglądacie na komórkę.

Na szczęście nie ma sygnału. Wasz też się powoli urywa. Jak w tej piosence teraz. "Watch Your Step". Na to już za późno. Dzisiaj raczej "Money Don't Talk". Funkująca gitara buja się, jak ta kelnerka, do której próbowaliście zagadać. Ale nie myślicie już o niej – nie możecie – lejąca się z głośników sacharoza klei Wasze włosy, a rozbijające się pod nimi beaty stymulują Wasz układ nerwowy. Krętymi ścieżkami prowadzi Was na dancefloor. Nie słyszeliście tego wcześniej, ale intuicyjnie ruszacie swoim, sponiewieranym moralnie ciałem. Wszystko jest intuicyjne. Wszystko jest puszyste. Wszystko jest pijane. Euro-disco na środku opustoszałego parkietu. Pyrrusowe zwycięstwo prince'owskiej emocjonalności nad girltalkowskim snem Kurtyki. –Jan Błaszczak

recenzja płyty »



09Brian Wilson
That Lucky Old Sun
[Capitol]

Nagle wszyscy chcą brzmieć jak lata sześćdziesiąte i może nawet ta stylifascyzacja co niektórym wychodzi, ale to właśnie roześmiany od ucha do ucha dziadek Wilson mówi wszystkim dzieciakom – "to ja mam flow", dając im tym samym pstryczka w nos i pokazując o co chodzi w tej grze. Niemal już siedemdziesięcioletni facet, który zatrzymał się w czasie i ciągle nagrywa pioseneczki o słoneczku, Kalifornii i surfujących dziewczynach. Dalej te same jęczenia, mruczenia, zawodzenia, słodkie melodie, harmonie wokalne, sranie w banie o głupotach, i oto jesteśmy w dziesiątce najlepszych płyt 2008 niezależnego serwisu Porcys.com. I to wcale nie jest tak, że ten rok jest do bani, a Wilson nagrał album, który przenosi nas z powrotem w lata sześćdziesiąte, kiedy to muzyka była najlepsza i już nigdy taka cudowna nie będzie. Kluczem jest tu raczej fakt, że on nagrał That Lucky Old Sun nie dla hajsu, nie dla fanów, a z czystej potrzeby serca. I to słychać. Ten album, jakkolwiek banalnie by to brzmiało, to taki szczery, promienny uśmiech, którym obdarowuje nas nasz stary kumpel Brian. A ta surfująca panna naprawdę wzrusza. Autentyzm tego, człowieku! –Łukasz Halicki

recenzja płyty »



08Osborne
Osborne
[Spectral Sound]

Pamiętam jak w dzieciństwie lubiłem po kościele chodzić do wesołego miasteczka, jak zawsze z utęsknieniem czekałem na ten dzień. Dziś, w czasach kiedy sam jestem dziadkiem, nie chadzam już do tych świątyń rozpusty. DJ Osborne natomiast w dalszym ciągu spędza tam czas, bowiem wnętrze jego regularnego debiutu nie tylko przypomina to miejsce, ale także jest dla muzyki techno AD 2008 tym samym, czym Tivoli dla parków rozrywki.

Własnoręcznie zbudowane przez Todda miasteczko mieści się w Detroit (i to słychać!) i oferuje fanom bezustannego groove'u ozdobionego malowniczymi harmoniami moc uciech, zresztą nie tylko im. Ozzy parkietu zabiera nas więc na niewiele ponadgodzinną wycieczkę po swoim Tivoli, pozwala nam wsiąść do pamiętającej jeszcze przebojowe lata 90-te kolejki wysokogórskiej (''Ruling''), zobaczyć Carla Craiga w muzeum figur woskowych (''Downtown''), uścisnąć grabę Aphexowi Twinowi w komnacie strachu (''Junk Food'') czy też porozbijać się w pomalowanym kiedyś przez De La Soul, napędzonym prądem aucie (''Our Definition Of A Breakdown'').

Wszystko to kończy się dużo szybciej niżbyście się spodziewali, ale w końcu nie ma się co dziwić, bo nasz MacGyver muzyki house stworzył jedną z najkrótszych 80-minutowych płyt w historii. Przeważnie tak długie albumy meczą niemiłosiernie, jednak w przypadku Osborne jest zgoła odwrotnie; gwarantuję, że tuż po wyjściu z tego parku rozrywki w formacie audio, będziecie prosić o więcej, o "Harder Better Stronger". Doprawdy, trudno nie zakochać się w barwnym, chwytającym za serce amalgamacie funku, chicagowskiego house i detroit-techno, w tym roztańczonym wykładzie z historii muzyki elektronicznej. Jedno wejście to za mało, radzę wykupić karnet. –Wojciech Sawicki

recenzja płyty »



07Dungen
4
[Subliminal Sounds]

Nie ma mowy o powtórzeniu Ta Det Lugnt chociaż trochę i to jest coś zupełnie innego, więc żeby naprawdę nacieszyć się piątym albumem Dungen, trzeba porzucić wszelkie tego typu nadzieje. Nie mamy jednak do czynienia z solidnym chlebem razowym, to raczej szwedzki tort polukrowany w szlaczki typowe dla lat siedemdziesiątych i smutne motywy ludowe, a nad tym wszystkim stoi głównie Gustav Ejstes i przymyka oko w stronę publiczności. W środku znajdziemy wyjaśnienie dla tych różnych ozdób – świat z siedemdziesiątych lat, choć niewątpliwie lubiany przez Dungen, został tutaj zmieszany z jazzem, Hendrixem, jak również z melancholijnym pianinkiem typu lekcja niewesołej rytmiki w szkole, a do tego dochodzą niekiedy jakieś wstawki nibyarabskie ("Mina Damer cośtam"?) czy melodyjki jak z lat z kolei 60-tych ("Finns Det Nagon Mojlighet"?). Takich dodatków i zagadek jest więcej, a do tego, jak mówi niejaki Mr. McSpunkle zamieszkujący Amazon.com: "I haven't the foggiest idea what they're singing, but only half the songs have lyrics anyway". –Zosia Dąbrowska



06Max Tundra
Parallax Error Beheads You
[Domino]

Ja wiem, wiem – prawdopodobnie w świadomości większości słuchaczy ta płyta pozostanie znana jako ta, na której jest "Which Song", ale miejcie świadomość, że jest to zdanie niezwykle krzywdzące dla reszty świetnych kawałków na tym albumie. Ben Jacobs, wracając z nowym longplayem po sześciu latach, udowadnia, że mimo, iż nie nagrał czegoś na miarę Mastered By Guy At The Exchange, to i tak pozostawił resztę konkurencji daleko w tyle. Nad geniuszem "Which Song" nie będę się w tym miejscu rozwodził – będzie o tej piosence wystarczająco w rankingu singli. Ale jak można nie zachwycić się uroczą historią o poszukiwaniu dziewczyny na MySpace i eBayu w "Will Get Fooled Again"? Albo nie dać zauroczyć się porywającemu "Orphaned"? Zwłaszcza ten drugi utwór to dla mnie highlight przynajmniej dorównujący "Which Song". Pełen "połamanych", elektronicznych zagrywek motyw przewodni to jedna z bardziej przebojowych rzeczy jakie nagrano w tym roku. Album wieńczy kawałek trochę dla Tundry nietypowy, bo trwający ponad dziesięć minut, pełen zmian tempa i rytmu "Until We Die", rozpoczęty kultowym już pytaniem "Did you ever see The Holy Mountain on ice?". Melodiami i motywami z tego kawałka możnaby obdzielić z dziesięć innych. Taaak, to naprawdę świetna płyta jest! –Kacper Bartosiak

recenzja płyty »



05High Places
03/07 – 09/07
[Thrill Jockey]

Pozbądźmy się skojarzenia z Wiadomą Kapelą kiedy słuchamy High Places. Poważnie, nie krzywdźmy tej dziewczyny i tego chłopaka, bo jeszcze się obrażą i nic nie nagrają, takie wrażliwe towarzystwo. Powiedzmy lepiej tak. Że odbieram ten zbiorek jako pełnoprawny spójny album – to raz. To ściema z tymi wersjami extended i 7", na pewno dodali te oznaczenia żeby zasłonić klęskę twórczego urodzaju. A dwa – nieważne jak bardzo chcieliby być tajemniczy i dziwaczni niekiedy, stanowią najlepsze w tym roku wieczorne tło. W głosie Pearson jest dokładnie tyle emocji, ile potrzeba, by wprowadzić w stan uspokojenia i relaksu (ktoś zakrzyknie "M83", ale nie będzie miał racji, bo tamci jednak lubią się egzaltować). A w samej muzyce jest dokładnie tyle rozkmin, aby można było tego słuchać mniej więcej... wciąż. I nie mieć poczucia zmarnowanego czasu. Ja wiem, że miłosne, idealistyczne piosenki są dla miękkich wacków. Myślałem, że potrzebuję tylko hardego bitu i wersów typu "Clean kids are dying fast / And you still refues to date". Ale niestety. Jestem miękkim wackiem. I będzie nim każdy, kto się wsłucha. –Filip Kekusz

recenzja płyty »



04Nico Muhly
Mothertongue
[Bedroom Community]

Wow... Zaiste, nie wiem co powiedzieć. Magister renomowanej, nowojorskiej Juilliard School, nieprzeciętnie utalentowany Nico Muhly i jego Mothertongue totalnie rozłożyli mnie na łopatki. Jeśli tegoroczny Gang Gang jest dziwaczny, to jak nazwać to, co przed chwilą usłyszałem? To jest jakiś psycho-minimal-folk, to jest jakaś szalona awangardowa opera, to jest jakiś bełkot obłąkanego kompozytora. Mam również podejrzenia, że Nico to tak naprawdę syn dworskiego grajka, dorastający parę wieków temu, na dworze któregoś z rodów królewskich i którego maszyna czasu przeniosła w XXI wiek.

Czteroczęściowe Mothertongue to wynik obcowania tego przybysza z przeszłości z nowoczesną muzyką i swoista fuzja światów – z jednej strony klasyczny śpiew i instrumentarium, a z drugiej psychodeliczne sample i futurystyczne keyboardy. Przyznam, że wrażenie robi to niemałe. Z kolei "New Thing" zdradza ciągle drzemiące w Muhlym instynkty czasów zamierzchłych. Mandolina i natchniona opowieść, snuta w stylu barda Jaskiera, jedynie miejscami ustępuje miejsca nawiedzonemu zawodzeniu duchów i groźnie brzmiącej nawałnicy klawiszy. "The Only Tune" jest wynikiem wyprawy Nico na amerykańskie południe i kontaktu z tamtejszymi muzykami. Jak widać panowie szybko znaleźli wspólny język, chwycili za skrzypce i banja, i powstał imponujący kawałek eksperymentalno-alt-country'owego przemówienia. I wreszcie bonusowy track "Skip Town" – efektowna, porywająca improwizacja na parę pianin, ktora zdradza cały talent kompozytorski Muhly'ego. Dźwięki, przeganiając się nawzajem, tworzą tu coś w rodzaju zapętlonej, muzycznej drogi mlecznej.

Oczywiście, to wszystko mogło być lepsze. Mógł zrobić to-tamto, a tego-tamtego nie zrobić. Jednakże, nawet z momentami totalnie niezrozumiałymi dla nikogo prócz samego Nico i momenatami lekkich przestojów, Mothertongue pozostaje dziełem tak wyjątkowym, intrygującym, wciągającym, a momentami szczerze poruszającym, że jak widzę jakieś 5.1 na Pitchforku, to sobie myślę, że chyba ktoś tu czegoś nie zrozumiał. –Paweł Greczyn



03Atlas Sound
Let The Blind Lead Those Who Can See But Cannot Feel
[Kranky]

- Proszę powiedzieć, co według pani łączy następujące osobistości: Lincoln, Rachmaninow, Cox.
- Yyyyyy. Do widzenia.
- Przepraszaam, a może pani? Co łączy następujące osobistości? Lincoln...
- "Ja tu mam promocję na sałatę za rogiem / Dwa kilo w cenie pół / Proszę mi nie zastępować drogi".
- Ech. Cześć, jestem z takiej stacji... Mamy też portal, nieważne... Chciałem zapytać, czy wiesz może co łączy Lincolna, Rachmaninowa i Coxa.
- Ja nie rozmawiam z nikim z telewizji. Odejdź proszę. Oszukali mnie.
- Eeechchc.
- Ja wiem! Ja!
- Serduszko moje! Słucham.
- Wszysccy młają zwichnięcię siatk-ÓWKI!
- Bardzo dobrze! Ile masz lat, dziewczynko!
- Pi-jjęć!
- Cudownie! A słyszałaś może ostatnią płytkę pana Coxa, co ją nagrał bez zespołu, pod własnym przezwiskiem – Atlas Sound? Był tam taki motion-core'owy banger do słuchania przy lekturze sennika, "Recent Bedroom".
- Jeszcze nie!
- A chcesz posłuchać?
- Pewnie!
...
- I jak ci się podobało, Agatko?
- Ł-łładna bardzo. I lubię, też, tego, PA-na, bo on jest takim-iły i duuuży!
- Tak? Ładniejsza niż Cryptograms Deerhunteru?
- Ta-aAK! Bo tam też byli inni panowie, a tu nie MA! I-i-i jest taka cichutka, chczę jej poszłuchać k-kiedy będziemy... Żjeżdż-ali na sankach! I szłuchali cieplutkiej helrbaty. I wszwszwystko jest pio-senką!
- Agatko, a czy twoi rodzice nie martwią się, że wchodzisz do furgonetki z obcymi dorosłymi z kamerami, że ci dorośli puszczają ci rozmyty pop?
- Oni nie ży-JĄ, proszę pana. Mamusia ciąglę powt-tarza, że nie może się w-wtr... Ącać.
- OK. Lubisz sałatę?
–Mateusz Jędras

recenzja płyty »



02Foreign Exchange
Leave It All Behind
[Nicolay Music]

Nie kocham zbytnio cukierkowatych piosenek i słysząc określenie "pościelowa muzyka" idę do kuchni. Foreign Exchange zmuszają jednak do zważania na własne słowa, za chwilę się może okazać bowiem, że ta "pościelowość" wcale nie taka wsiurska. No i właśnie – bo Leave It All Behind słodziachne jest i momentami nawet pojękujące, a w swoim poukładaniu trochę odrealnione. Stoi jednak za tym Ordnungiem wizja, jakieś całkiem natchnione zmierzenie się z nasączaniem muzyki subtelnością. I rzeczywiście jest tu jej więcej, niż w szafie na gacie twojej ulubionej aktorki, słowo daję. Z czegoś, co normalnie byłoby dla mnie przeszkodą ciężką do strawienia, FE uczynili jednak atut, nieustannie kreatywnie podchodząc do gatunku (Oval meets Kylie meets Blackaliciousa) i dzielnie operując wyczuciem – którego brak przy niniejszej koncepcji albumu groziłby piękną katastrofą. A tak ekspedycja kończy się sukcesem – ale ucieszy on nie tylko koneserów, którzy są w stanie przytoczyć ile cyców się przewinęło przez ostatni klip Beyoncé, ale też tych, którzy nigdy nie przestaną tęsknić do złotej dekady gitar i "prawdziwego" niezalu – czyli lat dziewięćdziesiątych. Bo na upartego można by było wziąć akustyka i na nim zagrać większość Leave It All Behind – a klimat tych piosenek wielkiego uszczerbku by nie doznał. –Jędrzej Michalak

recenzja płyty »



01Gang Gang Dance
Saint Dymphna
[The Social Registry]

Zatem wygląda na to, że styl ochrzczony niegdyś outre-noisem, tudzież neo-tribal, jak zwał tak zwał, przeżywa swoje zasłużone pięć minut. Wyjątkowy przypadek uzasadnionego hajpu w postaci trwającej od kilku lat mody na Animali jest sprawą szeroko skomentowaną i obśmianą, a nam nawet zdążyło przez te dwa lata przejść elitystyczne wkurwienie, że już ich nie mamy na wyłączność, bo poszły za tym masy (gorycz pozostała). Cieszy natomiast tegoroczna umiarkowana zajawka stających w zwartym ordynku łże-elit na Gang Gang Dance. Droga tego zespołu prowadząca na najwyższy stopień podium rocznego podsumowania Porcys była krótka, choć gwałtowna. Doszczętnie skrytykowany przez nas (check dział Playlist) za nudę oraz mizerię materiału self-titled został rok później odkupiony z nawiązką drugim długograjem God's Money – pełnoprawnym, przemyślanym dziełkiem, oprócz złożonej formuły, posiadającym kształt i zajebiste piosenki.

Dalej, głębiej niż poprzednie albumy sięga Saint Dymphna – frapujący, wciągający bez reszty melanż stylistyczny, oparty na eklektyzmie oraz ciągłym urozmaicaniu konstrukcji utworów i przetwarzaniu wątków plemiennych. Nawet jeśli niektóre podziały nie należą do najtrudniejszych i momentami są piosenkowe, to nie ma na scenie indie zespołu bardziej kompetentnego w kwestii rytmicznych transów, generowania beatów, polirytmii, perki grającej free i wplatania bębenkowych urozmaiceń, co udowodnili dobitnie przewodząc nowojorskiemu pospolitemu ruszeniu w ramach eksperymentalnego bębniarskiego freak-outu zorganizowanego w wakacje przez Boredoms. A żeby ogarnąć taki wszechbębniarski event, to jednak trzeba mieć łeb na karku i tęgi.

Otwarte głowy pozwalają GGD z łatwością konstruować "nawiedzone" pejzażyki, pogłębiać tekstury, czerpać z abstract elektroniki i serwować odrealnione ambientowe mgiełki, inspirowane Boards Of Canada, zaraz obok rozmytych, lecz żrących, psychodelicznych tematów. Hołd dla MBV sąsiaduje tu z grimem, zaaranżowanym co prawda po swojemu, ze złowrogimi świstami i dudnieniem w tle, ale przyznajmy, umieszczanie kawałka UK garage w środku produkcji, bądź co bądź, noise'owo-eksperymentalnej, zakrawa na ekscentryzm. Za mocno afrykańskim openerem podąża porywający, ekspresywny riot grrrl punk w typie Sleater-Kinney. Trafia się tu nawet utwór przypominający melodycznie 80s pop (lata 80-te wracają!), coś pomiędzy Madonną, a Kate Bush, tylko jeszcze w onirycznej oprawie i posiekane house'owo.

To podobno album niełatwy w odbiorze. I z jednej strony jest to faktycznie płyta-marzenie dla koneserów i muzycznych etnografów z "The Wire". Z drugiej, podskórnie tętni dance'owo, sekcja nie stroni od funkujących rozwiązań, a same hooki bywają mocarne. W minionym roku żadna inna pozycja nie pogodziła tak skutecznie frakcji nerdów, zainteresowanych obalaniem schematów, poszukiwaniami życia na Marsie i ocalaniem dorobku ginących kultur, geeków, stawiających na klimacik, i duchowość oraz gości przywiązanych przede wszystkim do dobrego motywu, i melodii. –Michał Zagroba

recenzja płyty »

PS. Uwaga: Tomek Gwara przygotował nową wersję recenzji Saint Dymphna. Poprzedni tekst do przeczytania po przewinięciu strony.



Udział w głosowaniu wzięli (i ich płyty roku):
Kamil Babacz (Foreign Exchange Leave It All Behind), Kacper Bartosiak (M83 Saturdays=Youth), Jan Błaszczak (We Versus The Shark Dirty Versions), Zosia Dąbrowska (Gang Gang Dance Saint Dymphna), Borys Dejnarowicz (Foreign Exchange Leave It All Behind), Marek Fall (TV On The Radio Dear Science), Paweł Greczyn (Gang Gang Dance Saint Dymphna), Łukasz Halicki (Flying Lotus Los Angeles), Mateusz Jędras (Gang Gang Dance Saint Dymphna), Filip Kekusz (Gang Gang Dance Saint Dymphna), Łukasz Konatowicz (Gang Gang Dance Saint Dymphna), Jędrzej Michalak (Foreign Exchange Leave It All Behind), Patryk Mrozek (Atlas Sound Let The Blind Lead Those Who Can See But Cannot Feel), Paweł Nowotarski (Eddie Current Suppresion Ring Primary Colours), Wojciech Sawicki (Atlas Sound Let The Blind Lead Those Who Can See But Cannot Feel), Michał Zagroba (Gang Gang Dance Saint Dymphna).

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Różni WykonawcyAir Texture Vol. VI
ObjektCocoon Crush