INNE - PORCAST

Frankie The Monkey
"Frankie The Monkey & Jamie Spoon / 6x Więcej"

A było tak: Koker Kok położył się spać. W głowie latały mu różne obrazki i słowa. Barwy tworzyły dziwne, fantasmagoryczne grafiki, litery składały się w niezmaterializowane wyrazy. Tajemnicza Jamie Spoon, będąca daleką krewną muzyka Jamiego Woona, towarzyszyła tej sennej przygodzie. Gdzieniegdzie pojawiała się też mała małpka, której rodzice postanowili zarymować i nazwać ją Frankie The Monkey. W głowie Kokera rozbrzmiało przeciągłe, zachwycone ''przyyyyyyyyyyyjaźń'' i wtedy zrozumiał, jakie jest powiązanie tych dwóch postaci. Przypomniał mu się Ziggy Stardust Davida Bowie i powiedział sobie, że małpka będzie superbohaterem. Zaraz potem w jego głowie pojawił się Juvelen, któremu podobno po nocach śni się pop, i zdecydował się opowiedzieć tę bajkę z krainy REM w parapopowej estetyce. Wokół – kosmos. Koker zaczął plądrować nieznane rejony swojej podświadomości i była to podróż pełna turbulencji. ''Nie zdążę wyhamować! Och!'' I tak zrodziło się połamane metrum. W czasie drogi czuł się głęboko zanurzony w absurdzie. ''Ognie w kosmicznej pustce? Co za bzdura''. I tak powstał nadprzyrodzony w swej tematyce tekst piosenki. Stałość to ostatnia rzecz, którą można określić wizję Kokera. ''Statek zmienia kształty! Czy to sen?'' Przeobrażeniu uległa także melodia, lawirując pośród nieprzewidywalnych harmonii. ''I nagle... woo... woda!'' Wyśpiewane wersy połamały się tak samo jak w opowieści bardzo przejętego dziecka albo w komiksie, gdy coś nie mieści się w chmurce. ''Wody! Inaczej zginę!'' Potrzeba doskonalenia brzmienia była jak nieugaszone pragnienie...

Niewyspany i zmęczony procesem twórczym Koker Kok nie mógł się skupić na codziennych czynnościach. Postanowił przejrzeć codzienną prasę i natknął się na artykuł o poligamii w Malezji. ''Nie! Czy ktoś ze mnie kpi?'' Nie mógł w o uwierzyć, ale po chwili pomyślał w środku,w Kokerze, że to może być całkiem przyjemne. Rozmarzył się i dopuścił do głosu swoje id, pisząc piosenkę o byciu mężem sześciu żon. Swoje wizje ubrał w błogo brzmiące chórki oraz wsparł gitarami pożyczonymi od The xx. ''Ciągle lecimy jakby w próżni?! Nic nie rozumiem...'' Nie mogąc stale ogarnąć sześciokrotnej słodyczy, Koker oddał się matematyczno-filozoficznym rozważaniom i nadał kompozycji strukturę przestrzenną, trójwymiarową. Górę wzięło jednak znowu fantazjowanie, na którym przyłapała go melodia. Gdy zobrazował sobie moment malezyjskich zaręczyn, postanowił nic więcej nie mówić, tylko sugestywnie opowiedzieć o nim dźwiękami. ''Mamo!.. znikła! Muszę obudzić vada... muszę obudzić....'' Koker spiął się i wrócił na ziemię, by zakończyć utwór poetycką wizją przedłużonej ramki na zdjęcie rodzinne i landrynkowymi dźwiękami, którymi wraz z sześcioma żonami mógłby powitać go Karol Strasburger w teleturnieju Familiada.

I tak Koker Kok poczęstował mnie podwójną dawką permanentnego zdziwienia i urzeczenia. Stworzył coś, czego nikt nie powtórzy, bo nikt nie siedzi w jego głowie. A tam właśnie powstała somnambuliczna wizja o skomplikowanej strukturze, doskonale dynamiczna, urozmaicona i dziwna. Powstało coś, co odbiera się bezpretensjonalnie i dziecięco, bo jest zupełnie niewymuszone. Wysoko postawiona poprzeczka? ''Poziom wody wzrasta! Ale nie dam się utopić jak kot...''



Monika Riegel    
19 grudnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019