PLAYLIST

Vincenzo & Elmar Schubert
"Wanna Love You"

7.0

AG: W "Wanna Love You" bawi mnie początek – składają się nań zdelayowany klawisz i "marakasy", które tak naprawdę nimi nie są, a jedynie pierwszym lepszym shakerem z komputera, ale sama myśl o marakasach wystarczy, by mnie nastroić afirmatywnie. A potem marakasowa fantazja rozwija się w coś, co okazuje się być całkiem zgrabnym kawałkiem muzyki klubowej dla starszaków (czyli tych bliżej trzydziestki i stabilnych finansowo) z wyrafinowanym, jakkolwiek nieco za bardzo w kierunku Pieprz i Wanilia vol.5, posmakiem. Wciąż jest to i wdzięczne, i zdatne a na przednówku cynamon wygrywa z mefedronem (od maja bauns).

ŁK: Nowa produkcja z brytyjskiego deep house'owego labelu Free Range. Bardzo cieszy. Nieskrępowany, bezpretensjonalny entuzjazm przetaczających się klawiszowych akordów każe zwrócić uwagę jak żywo brzmi ta muzyka. To nie jest mechanizm, to są mięśnie, organy. Głęboko ludzki numer imprezowy.

RG: Do wyścigu w czwartek startuje Vincenzo na spółę z Elmarem i wystawiają na tor powolnego, ale jakże dostojnego deep house'owego żółwia z rozmarzeniem miłosnym na ustach w tytule. Żółw powoli się rozpędza, wyprzedza tego i tamtego, w okolicach minuty i pół niemiecko-niemiecki duet pimpuje zwierzę odpowiednimi shadesami, werblami i błękitnym spojlerem. Wszyscy przyklaskują, po kolejnych awansach w tabeli wyników Vincenzo i Elmar w żaden sposób nie oddają pola – chwila nie mija i już bach wokalem, kołpakami w kolorze srebrny metalic, kaskiem astronauty, graffiti wprost od Banksy'iego, żółw staje się całkiem futurystyczny, całkiem imprezowy, całkiem odlotowy, można na luzie podziwiać i zaczynać zdania od "yo dawg...". Tymczasem już się zbliża się meta, padają myśli, że zwierzę dobiegnie obciążone tymi wszystkimi drobiazgami, PETA już się skrada z transparentami, kiedy pod wpływem błagalnego spojrzenia gwiazdy wyścigu wszystko zostaje rozebrane, a do mety dobiega sama istota żółwia i to na pierwszym miejscu. Całkiem zajebisty trucht.

MJ: "Wanna Love You" brzmi jak ciągnący się (a więc rozciągliwy) kawałek Daftów z okolic co bardziej nieśmiałych fragmentów Discovery zremiksowany w teraźniejszości. Dopiero po trzech minutach dotkniętej frenchem pętli otrzymujemy do popercypowania jakiś sample wokalu (ok, wcale nie "jakiś", ale...), którego równie dobrze mogłoby nie być. Nie mam pojęcia jak traktować tę mocno przytrzymaną powtarzalność, bo może być zarówno uznana za nudy nudy nudy nudy nudy nudy nudy nudy nudy, jak i za sprawny zabieg narracyjny. Struktura utworu sugeruje rozwiązanie drugie, intuicja dnia przed zachodem raczej to pierwsze.

posłuchaj »

Aleksandra Graczyk     Mateusz Jędras     Łukasz Konatowicz     Ryszard Gawroński    
18 marca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019