PLAYLIST

Tujiko Noriko
"Zipper"

6.5

Perspektywa katowickiego występu japońskiej bogini elektro-popu impulsywnie zachęciła mnie do, choćby tylko pobieżnego, zapoznania się z kilkuletnim dorobkiem artystki. Na pierwszy ogień poszedł ostatni album dziewczyny, wydany dwa lata temu w Tomlab From Tokyo To Niagara – uznawany za najbardziej dojrzałe, innowacyjne i eksperymentalne nagranie z jej repertuaru. Album, jak się okazało, niekonwencjonalny w formie i treści, udanie łączący bezpretensjonalną, popową lekkość z majestatycznym, Fenneszowym noisem. Wbrew pozorom, momentami ciężkie do strawienia, arytmiczne podkłady w stylu noir-electro idealnie współgrają tu ze zwiewną, avant-popową melodyką wokalizy, a także jazzowymi, bluesowymi i folkowymi implementacjami.

"Zipper", kompozycyjnie jeden z jaśniejszych punktów płyty, posiada równocześnie najbardziej wyrazistą i niepowtarzalną atmosferę. Delikatny klimat, uzyskany w dużej mierze nałożeniem na siebie licznych smaczków aranżacyjnych, zahacza o specyficzne rejony nastrojowe Múm i Dntel, chwilami buszując jednak w zimnych estetykach około-industrialnych, porównywalnych z muzyką projektu Mu. Nad całością wisi także stale obecne widmo Christiana Fennesza, austriackiego geniusza, którego dokonania były dla Noriko, jak sama wielokrotnie podkreślała, jedną z ważniejszych inspiracji. Odrealniona aura instrumentalizacyjna, niczym z najbardziej ujmujących momentów Endless Summer, co pewien czas wybija się na powierzchnię utworu, konkurując z wokalem Tujiko o palmę pierwszeństwa w prowadzeniu tracku.

Żadnym zaskoczeniem nie jest więc fakt, iż set zaprezentowany na Śląsku charakteryzował się podobnym eklektyzmem stylistycznym i nastrojowym, skłaniając się jednak odrobinę mocniej w stronę depresyjnych i neurotycznych odmian muzyki elektronicznej. Dziwić może jedynie pewna schematyczność przebiegu prezentowanych kawałków: z początku naiwny, melodyjny avant-pop, w okolicach trzeciej minuty ustępował miejsca ścianie kakofonicznych, agresywnych techno-dźwięków, wbijających w ziemię z iście shoegaze'ową siłą. Z czasem poziom napięcia uległ jednak względnej normalizacji, odkrywając smutną i wstydliwą prawdę o zgromadzonej publice, a raczej jej *braku*. Spokojniejsze, niemal wyłącznie wokalnie partie były wręcz zagłuszane przez bezmyślną trzodę lanserów i rozświergotanych amatorek muzyki klubowej, nieświadomych, zdawałoby się, obecności skromnej Japonki na otwarciu klubu o pięknie pretensjonalnej nazwie Elektro (przeznaczonego w końcu dla im podobnych). W takich sytuacjach, niestety, na usta sam ciśnie się coraz bardziej aktualny, choć często nadużywany zwrot: nie ma ludzi.

Patryk Mrozek    
15 lutego 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019