PLAYLIST

Talib Kweli
"Talk To You"

8.0

Wcale mnie tu nie ma, przez co ani trochę mnie nie słyszycie, dobra? Bo to jest tak, że ja mam teraz na dniach trzy egzaminy do zdania i to już drugie terminy, bo pierwsze zdążyłem klasycznie umoczyć, co sprawia, że powinienem teraz kuć, a nie się rozpraszać w jakimkolwiek innym, niż uczelnianym kierunku. No, ale z tym studiowaniem to jest tak, że nie dałbym rady, gdybym wbijając sobie do głowy klasyczną (czyli podsypkową) konstrukcję nawierzchni drogi kolejowej, czy też schematy oznaczania rozjazdów (akurat mam ik-a jutro, nie ma tego) nie mógł skrycie delektować się czymś, co szczerze absorbuje moje myśli. Trochę to może i głupie i niepoważne i albo jedno albo drugie, no ale smutek i wkurwienie jakie niesie za sobą codzienność bez muzyki na dłuższą metę zwyczajnie mnie przerasta.

Także ostatnio katuję sobie przykładowo Quality do przesady, co owocuje tysiącem doznań duchowych, przy których trzy z wytrzymałości wydaję się być żałośnie nic nie warte, a starania by je dostać co najwyżej pocieszne (tak sobie mówię, przynajmniej póki nie zdam). Gdy w połowie trzeciej minuty "Talk To You" skłania się ku (fałszywemu) zakończeniu, by po chwili przeobrazić się w cudnie tęskną deklamację Taliba z "Yeah, sunflower" w roli powtórnego otwarcia tematu, sam sposób w jaki wypowiada te dwa słowa jest dla mnie namacalnym świadectwem geniuszu uduchowionego MC. Tylko się popłakać i nie myśleć o niczym innym. "Cuz I would if I could", jak słyszymy nieopodal. Nie mówię nawet o subtelnym, acz bezbłędnym motywie basu, czy równie doskonałych jazzowych improwizacjach, choć sam o nich też nie mogę zapomnieć. Jeszcze tylko ten finał, gdzie kilka magicznie pasujących do całości akordów (zresztą ostatnie sekundy to wykapane Sea And Cake) dobija już dwukrotnie (?) ranioną ofiarę i naprawdę umieram, ale idę się uczyć.

Jacek Kinowski    
9 lutego 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019