PLAYLIST
Taco Hemingway

Taco Hemingway
"6 Zer"

5.0

Wykres funkcji wykładniczej ADHD polskiej rapgry przestał mieścić mi się w zeszycie. Prędkość, z jaką Quebonafide z kolesia z dziwną ksywką stał się mainstreamem naszego podwórka, mogła zdumiewać, ale to i tak blednie przy sukcesie Taco. Od wydania debiutanckiej (przynajmniej dla jego polskojęzycznej twórczości) EP–ki do ogłoszenia jego koncertu na Open'erze minęło nieco ponad pół roku. Wszystkie bajki o konieczności spędzenia dekady w podziemiu (pozdro wiadomo kto) można już wsadzić, nomen omen, między bajki. Zatrważające tempo zmian, tętno pulsu, współczesność, cokolwiek.

Zeszłoroczny Trójkąt Warszawski został przyjęty bardzo przychylnie. Fajnie, że ktoś jeszcze chce opowiadać historie, a nie bawić się tylko w nudne, beztreściowe pierdy. Naprawdę to doceniam, szkoda tylko, że koncept fabularnej płyty został rozbuchany do granic możliwości. Coś nowego? Być może, ale monotematyczność męczyła, spokojnie wystarczyłby jeden, może dwa dłuższe kawałki, aby nimi zamknąć temat. Dodatkowo bardzo wyraźna była duża niepewność i brak wprawy Taco na majku, przez co całość sprawiała wrażenie raczej ciekawego, obiecującego dema aniżeli pełnego, dojrzałego dzieła, gamechangera sceny, co w gruncie rzeczy nie przeszkadzałoby tak bardzo, gdyby nie wszechobecna kanonizacja chłopaka, która, chyba także dla niego, była lekko konfundująca.

Autor wypłynął jednak i zmotywowany tak ciepłym odbiorem działa dalej. "6 Zer" zrywa z fabularnością ostatniego wydawnictwa, przedstawiając tacohemingwayowską studencko–filisterską rzeczywistość, na którą składają się zarówno problemy (brak pieniędzy na droższe piwo), jak i ambicje (posiadanie dużych pieniędzy), dzięki czemu skraca dystans pomiędzy sobą a odbiorcą. Słowem kluczem dla sukcesu Filipa Szcześniaka jest właśnie target – młodzi z dużych miast, "rozczarowani współczesnością" (Ale Kino i Rudolph Valentino) z jednej strony, ale wykorzystujący wszelkie dobra nowoczesności ("ajfony", "roszki"); względnie zamożni, choć narzekający na biedę; lubiący rapy, ale raczej nie te polskie, bo Tede zbyt głupi i gimbusiarski, Gang Albanii jakiś wieśniacki, PRO8L3M zbyt uliczny, Pezet nic nowego nie wydaje, a innych na tablicę nikt ze znajomych nie wrzucił. No i jest w końcu ktoś!

Na eleganckim biciku inteligentny chłopak mówi o tym co nas boli, chwalmy Pana ("chociaż jestem ateistą")! Choć może to wyglądać na podśmiechujki z mojej strony, to rozumiem sytuację całkowicie – nisza została zapełniona. No ale abstrahując od warstwy socjologiczno-lirycznej: jak właściwie się to broni jako piosenka? O podkładzie ciężko powiedzieć coś ciekawego – Rumak, kumpel Taco zapodaje prosty, współczesny bicik ("0 to 100" anyone?), któremu nie sposób czegokolwiek zarzucić, choć na Trójkącie Warszawskim zdarzyło mu się popełnić kilka lepszych produkcji. Jako raper Hemingway odnotowuje spory progres – słychać większą pewność siebie w głosie, flow jest swobodniejsze, a składanie wersów ciągle wykracza poza nudną polską szkołę pisania tychże. Słucha się tego całkiem przyjemnie, ale czy to jest właśnie ta rewolucyjna świeżość, odmiana na scenie? Nie rozśmieszajcie mnie. Mimo tego ciekaw jestem, jaki kształt przybierze zapowiedziana Umowa O Dzieło. Przekonamy się już za moment, ale bardzo bym chciał, żeby nie okazało się, że ten tekst wyczerpuje temat Taco.

Antoni Barszczak    
24 czerwca 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019