PLAYLIST

Röyksopp
"Poor Leno"

9.0

Jest właściwie środek jesieni, dziś potwornie lało, a przed sklepami trafiają się już choinki (!! w ten sposób jebane promocje skracają człowiekowi istnienie). Ale ja tu pozwolę sobie zaserwować ostatnie wspomnienie lata, zacierane stopniowo w mózgu, sukcesywnie rozmywane i lekko mgławiejące pod przeźroczystą powłoką świadomości. He, słyszałem takie akcje, plotki śmigają po mieście, że podobno straciłem wyczucie i zbytnio się angażuję w prywatne epopeje, miast skrobać ściśle o muzyce. FUCK YOU! To moje życie, historyjki wiążą się z moimi doświadczeniami i po prostu kłamałbym omawiając daną piosenkę z założeniem unikania jakichkolwiek nawiązań do realnych skojarzeń, odsyłających do realnych zdarzeń. Na pewnym etapie starzenia, dojrzałości mentalnej i zwłaszcza mając na koncie sporo przygód z wartościowaniem płyt, człowiek spostrzega konkretną, precyzyjną linię łączącą artystów i albumy z ich miejscem na pamięciowym twardym dysku. I jeśli coś, to właśnie to się liczy. Przynajmniej jestem szczery. A druga sprawa: ponoć nadmiernie eksploatuję ostatnio wątki seksualne. FUCK YOU! Na pewnym etapie starzenia, dojrzałości etc. Plus, sex is what makes the world go round! Zarówno powierzchownie, jak i głęboko antropologicznie. Dosyć wstępu.

Upływ czasu to kategoria podstawowa dla kogokolwiek kto ze mną rozmawiał na poważnie, ale do cholery, bywa, że ten fakt konfrontujemy przerażająco drastycznie. Kilka dni temu musiałem wstać brutalnie wcześnie, bo o piątej rano. Mam budzik z radiem i zwykle ustawiam na radar dowolną stację, bo z reguły serwują one takie okropności, że organizm sam wstaje i ucieka do mycia zębów ze zniesmaczenia. Ale tej nocy usłyszałem serię mrocznych pętli jungle, straszną i genialną suitę drum'n'bassową, znienacka, niczym jakieś Metalheadz Presents Platinum Breakz, Vol. 324. Poszatkowany hałas (didżejski mix z Radia BIS zdaje się?) ewokował zimno i śmierć. A przecież dopiero kilkanaście tygodni przedtem moja dobowa struktura wyglądała diametralnie inaczej. Przypominam se, jak pewnego lipcowego wieczoru zawitałem w drzwiach mieszkania mojej then-girlfriend, która raptem wróciła znad morza, usiadłem przy komputerze by napisać playlist o Black Rebel Motorcycle Club, wysłałem go do updejtu, a następnie spędziliśmy we dwoje super noc, i O PIĄTEJ NAD RANEM TO JA ZASNĄŁEM. ("By dawn? If I was lucky".) Tym różnią się wakacje od semestru akademickiego. Oraz tym, że można spać do woli. Lecz wtedy rozbudziliśmy się "stosunkowo wcześnie", bo około dziesiątej, więc dla pełniejszego rozchylenia "sklejonych oczek" odpaliłem Melody A.M. Röyksopp na wieży. Wilgotny, błyszczący sound ewokował ciepło i miłość, i minęło pół godziny, nim zaczęliśmy normalnie rozmawiać.

Tutaj nurtująca kwestia zdominuje resztę reminiscencji. Mianowicie, co za element bezbłędnie, płynnie, naturalnie i efektywnie zasklepia estetyczną przepaść dzielącą niezal-rockowego eksperta i parkietową dziewczynę? W sensie, hej, pytam poważnie. Oczywista odpowiedź brzmi: seks, ale pomówmy teraz o muzyce, hmm? Typ stylistyki, która zadowoli gusta i jego, i jej, i w łagodny sposób dokona przejścia od bezzasadnych dyskusji o tym, czy New Pornographers wymiatają, do wzajemnej radości? Spójrzmy: potrzebujesz wyrazistego bitu i zajebistych melodii, tanecznego rytmu i kompozycyjnego bogactwa, komercyjnego blichtru i szczypty niezal-feelingu. Po to, by ona odnalazła znajome cykanie dicho rodem z klubów, a on tak uwielbianą wrażliwość harmoniczną. Cóż, pasuje multum opcji. Możesz próbować z Out Hud, Kylie, Milky, Basement Jaxx ("which reminds me of sex, Hot'N'Cold bejbe"), Avalanches, Twilight, Herbertem lub wieloma innymi wykonawcami. Ale zaryzykuję, iż Röyksopp stworzyli idealną hybrydę wymienionych czynników i pomijając osobiste dowody na słuszność tezy, obstawiam, że statystycznie najwięcej par o takiej "konstrukcji" bawiło się świetnie właśnie przy dokonaniach norweskiego duetu, na zasadzie standardowej symbiozy: "she's taken to the Pixies, and I've taken to, um, lots of sex".

Zabarwienie niezal, mógłby ktoś postulować, kończy się na inicjalnym wrażeniu zrzynki Flaming Lips (Yoshimi zaczyna się tym samplem, z którego startuje opener Melody A.M., tylko trochę spowolnionym), ale esencjonalnie chodzi o to, że zwyczajnie mało jest tak bardzo zorientowanych na sonwgriting płyt tanecznych. Koncentracja na focusie, tak rzadka w świecie przyswajalnej elektroniki, a także super gęste, wbrew pozorom (sprawdźcie słuchawki) tekstury dostarczają doznań na długie sesje. Sporadyczne niespodziewane zwroty akcji melodycznej dziwnie stapiają się z transową repetycją. Pośród generalnie równego materiału lśni kilka brylantów, nominowanych do czołówki fuzji podrygujących wzorków i melancholijno-ładnych motywów: przestrzennie zawijany "Eple", przejmująco liryczny "Sparks" albo pozytywnie zakręcony w nostalgii "Remind You". Aha, no i jeszcze "Poor Leno", z którym wiążą się sentymenty, niestety średnio do zrelacjonowania. Tego ranka padło zdanie-absolut: "jak można śpiewać o misiu?", co przywodzi na myśl teledysk do "Poor Leno" i perkusjonalia w postaci blaszanej puszki uderzanej przez biednego misia, co przywodzi na myśl uśmiech z dużymi jedynkami (duże jedynki są sexy), co przywodzi na myśl moją reakcję na kamienne oblicze misia, który w tym pokoju stał, ze ślipiami wbitymi w ścianę, co przywodzi na myśl że czuję jak by to było wczoraj, a minął ponad kwartał. Pęknięte pudełko do Melody A.M. i przeskakujący, porysowany track numer 5 zostały, hi hi.

Borys Dejnarowicz    
5 listopada 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019