PLAYLIST
Rihanna, Kanye West i Paul McCartne

Rihanna feat. Kanye West & Paul McCartney
"FourFiveSeconds"

5.0

Kiedyś podczas rozmowy luźno rzuciłem, że najgorsze są w sumie rzeczy przeciętne. Jedynkowe czy wręcz zerowe dzieła nie objawiają się nam codziennie. Nie przeprowadzałem żadnych badań, ale logika sugeruje, że rozkład ocen, jakie wszyscy przyporządkowujemy piosenkom, powinien mniej więcej odzwierciedlać rozkład normalny. Przejście na drugą stronę Gaussowego "dzwonu" powinno być teoretycznie tak rzadko spotykane jak niepowodzenie podczas próby rozpoczęcia wspinaczki po wykresie funkcji. Jest coś fascynującego w osiągnięciu kompletnego dna. Często wynika to z tego, że umiejętności twórcy uginają się błyskawicznie pod ciężarem wygórowanej ambicji, przez co powstaje obrzydliwie pretensjonalna i chaotyczna papka. O czymś takim się przynajmniej pamięta. Zwyczajne, dość przyjemne, trochę nudne, sympatyczne, lekko sztampowe kawałki aż tak nie drażnią. Wpadają jednym uchem, a wypadają drugim, nie pozostawiając żadnego wyraźnego śladu w pamięci.

Tak właśnie prezentują się moje odczucia wobec "FourFiveSeconds". Nie twierdzę, że to jakaś wyjątkowo zła piosenka, myślę nawet, że jest całkiem niezła, ale zwyczajnie nie czuję ochoty na to, by ją włączyć. Nie jest to przypadek "Anacondy", która mimo początkowo nieprzychylnej reakcji potrafiła mnie zachęcić do kolejnych odsłuchów i po jakimś czasie singiel Minaj całkiem mi się spodobał. Najnowszy hit Rihanny był przeze mnie odtwarzany wielokrotnie, lecz nie spowodował jakiekolwiek wolty ani nie wywołał żadnych intensywnych emocji. Gdyby nie to, że wykonywany jest przez niezwykle popularną gwiazdę popu, członka najważniejszego zespołu wszech czasów oraz jakiegoś faceta, który zapodział się w Staples Center podczas tegorocznej ceremonii rozdania nagród Grammy, przez co znalazł się na scenie w momencie, gdy Beck odbierał nagrodę za album roku, trudno by mu było wywołać jakiekolwiek zainteresowanie. W przypadku pierwszej kolaboracji Kanye z Maccą dziennikarze muzyczni przesadnie reagowali na mało istotne zjawisko, rozdmuchując je do kuriozalnych rozmiarów. Miałem wrażenie, że zdecydowanie częściej spotykałem się z (pisanymi z perspektywy niosących kaganek oświaty przewodników po historii popu) tekstami wyrażającymi zdziwienie tym, że fani Westa nie kojarzą McCartneya niż z faktyczną nieznajomością członka Beatlesów. Teraz w poszukiwaniu istotnej informacji pisze się o zmianie artystycznego kierunku Rihanny i Kanye oraz tym, jak sprawdzają się ich głosy w niecodziennych okolicznościach. Jakoś trudno mi uwierzyć, że podobna stylistyka na dłużej przedostanie się do ich twórczości, natomiast jeśli chodzi o wokal, to w przypadku rapera wypada to moim zdaniem trochę komicznie (chociaż z pewnością duży wpływ może mieć na to trudność w uwolnieniu się od kontekstu, w jakim osadzona jest jego postać), a Barbadoska broni się dość nieźle, ale też trudno mi jakoś specjalnie zachwycać się tylko tym, że jej głos nie jest tak przetworzony jak zazwyczaj.

"FourFiveSeconds" zapamiętam po prostu jako relaksujący kawałek z całkiem udanym refrenem. Mimo że tekst dotyczy między innymi topienia smutków w alkoholu i nadziei na to, że w przypadku wylądowania w więzieniu znajdzie się osoba, która może zapłacić kaucję, to z wykonania bije czysta i pogodna beztroska, wynikająca z akceptacji dla słabości, na które nikt nie jest odporny. A jeśli komuś po wielokrotnym odsłuchu singla ciągle jest mało, to warto sprawdzić, co zrobił z nim nieoceniony Lido. Peter Losnegård postanowił trochę rozruszać leniwie płynącą melodię, znacznie wzbogacając instrumentację. Młody Norweg otwierał już koncert Beyoncé i pomagał w tworzeniu jednej z piosenek na płytę Ariany Grande, więc kto wie, może RiRi zapozna się z jego remixem i zaprosi do współpracy, by wniósł trochę świeżości na następny album – na pewno bym się nie obraził.

Piotr Ejsmont    
19 lutego 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019