PLAYLIST

R.E.M.
"Supernatural, Superserious"

6.5

W latach 80-tych R.E.M. znajdowali się w obozie Smiths i twee-popowców – byli nowymi konserwatystami, którym zależało na powrocie muzycznych cnót 60's – z brzęczącymi melancholijnie gitarami Byrds na czele. Eksperymentalne myślenie post-punkowców czy zachwyt możliwościami studia (nagraniowego, fotograficznego, telewizyjnego) new-popowców były im i ich fanom całkiem nie po drodze. Koncertujący 100 razy w roku R.E.M. stanowili absolutne centrum college-rockowego mitu – podrzędne kluby, przepocone ciuchy, nocleg w vanie, "Left Of The Dial", kapela dla studentów, hektolitry Budweisera, partia Zielonych, tomik poezji.

Przetrawiłem trochę cennego czasu na forach dyskusyjnych poświęconych kapelce opisywanej dziś w playliście i poznałem dość dobrze społeczność jej fanów – młodych i tych, którzy widzieli ich jeszcze w latach 80-tych. Najczęstszym marzeniem odnośnie przyszłych wydawnictw wypowiadanym przez współdyskutantów był powrót R.E.M. do "ostrego, rockowego brzmienia". Pojawia się ono natrętnie przy każdym kolejnym albumie (to dlatego przecież piękne "Up" jest często dissowanym krążkiem) – może teraz, może więcej szybszych piosenek, więcej przesteru, o taaaak – "I Wanna DJ" to już niemal to, o co chodziło. A potem następował bolesny zawód oraz kolejna porcja rytualno-infantylnych komentarzy.

Czy współfanatycy ateńskiego tria nie słuchają innej muzyki? Dlaczego z taką rozkoszą kojarzy im się akurat to jedno oblicze, jedna estetyka, skoro najlepsze piosenki na trzech ostatnich płytach to eksperymenty w rodzaju sennego, odhumanizowanego "Airportman"? Dlaczego mimo generalnie słusznej postawy artystycznej, R.E.M. zawsze przyciągało osoby, dla których w XXI wieku fakt, czy coś ma więcej czy mniej elektroniki albo zawiera obowiązkowy przester czy jest hip-hopowe, jest często jakimkolwiek wyznacznikiem jakości (oczywiście, nie dla wszystkich). Jak bardzo ja sam oddaliłem się przez ostatnie lata od gustu osób dla których ma znaczenie to, czy ktoś kręci tyłkiem na scenie i nosi jaskrawe ubrania albo dla których Dizzee Rascal czy M.IA. byliby prawdopodobnie niesłuchalnym kawałkiem gie...?

Trzeba jednak przyznać, że tego typu rozważania nie pojawiłyby się, gdyby Around The Sun czy spore fragmenty Reveal nie były długimi fragmentami najgorszą porcją muzyki w historii zespołu i gdyby udało się mu pozyskać nowych fanów. W głowach samych Ateńczyków, którzy w 1996 podpisali swój pakt z diabłem – 5-albumowy deal na 80 milionów dolarów (dziś w erze bucksa za 2,40 nie robi pewnie to aż takiego wrażenia) musiało się pojawić przykre spostrzeżenie – tracimy publikę, spadamy do drugiej ligi – zróbmy wysił (jak mawia moja szefowa) i nagrajmy wreszcie coś świeżego. Nie śledziłem akurat relacji Bruce'a Springsteena z fanami, ale wydaje mi się, że jego "Radio Nowhere" to też ponowna próba bycia ważnym i próba odpowiedzi na ten request fanowski (czy można być bardziej for real niż Boss? Czy zbiór fanów Bowiego i fanów Springsteena nie jest zbiorem rozłącznym).

Tak więc i R.E.M. są tutaj wreszcie, a może chcą być super-poważni i wreszcie super-naturalni, wrócili do rocka normalnie, przester – jest, zaangażowanie – jest. Melodia chwytliwa – to w końcu dla Mike'a Millsa, nawet w okolicach 50 urodzin, wysił ledwie odrobinę większy niż podłubanie w nosie – JEST. I co mamy w efekcie? Konstrukcja pieśni prosta niczym budowa cepa – "wild-thingowy riff" Petera Bucka na największym od lat przesterze przypomina o odsłonie R.E.M. w odsłonie MTV-120Minutes-alt-rockowej, znanym z płyty Monster (choćby z openera albumu), toporny chórek Millsa w sumie nie przeszkadza. O nastolatkach i konkursie fajności Stipe śpiewa – "Humiliation / Of your teenage nation", a ja mam wrażenie że od czasu 80-milionowego kontraktu Stipey stara się przede wszystkim śpiewać konkretniej, jakby na zadany temat. Jego ekspresja przypomina o zupełnie innej piosence niż często przywoływany "Kenneth", nie wiem dlaczego nikomu się to jeszcze nie pojawiło – "Disturbance At The Heron House" i generalnie ten nieco podniosły, polityczny ton Document. Ale wszystko z czymś się musi kojarzyć – "everybody comes from somewhere", szczególnie z 14 albumami w dyskografii. Po raz pierwszy podoba mi się pierwszy singiel z nowej płyty R.E.M., myślę, że zbliżającą się premierą jestem nawet minimalnie podekscytowany, jest super i o nic więcej mi nie chodzi.


Zobacz także:

http://www.myspace.com/rem
Piotr Kowalczyk    
5 marca 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019