PLAYLIST

Radiohead
"Burn The Witch"

8.0

Ileż zawirowań i falstartów dostarczył w tym roku kwintet z Oxfordu − kto wie, ten wie, ale to były akcje w stylu wyszukiwania ukrytych tracków na SoundCloudzie czy siejące popłoch i wywołujące zamieszanie zmiany profilowych fotek w mediach społecznościowych. Gdy ostatnio Radiohead wysłali fanom ukrytą wiadomość, którą ci mogli znaleźć w swoich skrzynkach pocztowych, a następnie postanowili rzekomo zniknąć kompletnie z Internetu, pomyślałem sobie, że to w sumie byłoby ciekawe: wydać płytę bez żadnej informacji, bez żadnej zapowiedzi, po prostu kilka dni po całym medialnym zamieszaniu ludzie przyszliby do sklepów z płytami, a tam na półkach już lśniłby LP9. Oczywiście stało się inaczej, wciąż niewiele wiemy o nowej płycie, ale za to dostaliśmy pierwszą zapowiedź tego, jaki kształt może przybrać follow-up The King Of Limbs.

Nie wiem, "o czym jest" to czterominutowe dziełko, ale tekst odczytuję jako zmetaforyzowaną, istniejącą w swoistym radioheadowo-semiotycznym dyskursie wykładnię o odrzuceniu przez wzgląd na własną inność. Swoją drogą tekst: "but today i got the words to BURN THE (WHITE?) WITCH.. thats a good un. jonny has lots of orchestration tasks now including this.. ('oh good' says he exiting stage left)" − napisał Thom Yorke na radioheadowym blogu dokładnie 28 września 2005 roku (looool). Greenwood naprawdę musi być zarobiony i zajęty tymi wszystkimi soundtrackami i solowymi nagrywkami czy kooperacjami, skoro finalną wersję "Burn The Witch" słyszymy dopiero po ponad dekadzie od ukazania się tej krótkiej notki. To też pokazuje, jak u RH wygląda selekcja i w jak długim procesie uczestniczą szkice na papierze, zanim staną się zrealizowanymi utworami. Choć wiadomo, że do tego wszystkiego dochodzą wszelakie czynniki, więc zostawiam to, ale można postawić hipotezę, że ta nowa pieśń opatrzona gorzkim klipem w poetyce jakichś Sąsiadów jest prawdopodobnie odrzutem z sesji do Hail To The Thief − kto ma egzemplarz może nawet znaleźć fragmenty tekstu "BTW" ukryte w książeczkowym artworku. Tak czy inaczej przez tyle lat RADIOGŁOWI wykreowali całkiem niezłą kabałę. Ale już ad rem.

Po krótkim ptasim śpiewie startują kapitalnie rozpisane przez Jonny'ego smyczki (teraz dopiero bondowski "Spectre" może czuć się odrzucony) zaciągające dług u minimalistów: u Glassa, choć jednak bardziej u Reicha − na myśl przychodzi zwłaszcza Electric Counterpoint wykonywany przecież przez Greenwooda, o czym wiedzą nawet ci, którzy wyjechali na Opener. Zatem nie po raz pierwszy w historii Radiohead zacierają się granice popu i poważki. A gdy wchodzi bas brzmiący jak ten z "Myxomatosis", tylko w bardzo uziemionej wersji, oraz beat, wtedy dopiero da się zaobserwować, że nagle zniknęła gdzieś ta nieustanna, motoryczno-elektroniczna "transowość" obecna na In Rainbows czy Limbs oraz na wielu pojedynczych utworach wydanych po 2007 roku. Również rozświetlony prechorus dryfuje już w zupełnie innej sferze doprowadzając do typowego, cierpiętniczego refrenu (za który miliony równocześnie kochają i nienawidzą Yorke'a) obłożonego jednak fantastyczną melodią wdrożoną w dolny rejestr. Druga zwrotka przez moment przynosi odrobinę pendereckiej maniery, natomiast w finale formacja urządziła tak zapierające dech w piersiach, wbijające w fotel LUX VERITATIS, iście goooodspeeeedoowe gówno, że zwyczajnie nie ma co zbierać.

No powiem wam, że fajnie to wyszło. Fajnie też, że w 2016 Radiohead potrafią wydać zajebisty kawałek, który być może zwiastuje ich najlepszy album od... Hail To The Thief. To byłby dopiero "low flying panic attack", nieprawdaż?

Tomasz Skowyra    
4 maja 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019