PLAYLIST

Nina Nastasia
"Judy's In The Sandbox"

6.0

Nina Nastasia niedawno koncertowała w Polsce, a na jej warszawski show w CDQ przyszło podobno tylko trzydzieści parę osób. Nie byłam, ale ponoć Nina miała większą od siebie gitarę, po każdej piosence dygała, a towarzyszył jej tylko jeden muzyk, z akordeonem. Aha, prawda, że sądząc po zdjęciach ona ma w sobie cos z Christiny Ricci w Rodzinie Addamsow? I jeszcze jest z Nowego Jorku. Więc co, chyba nieźle na razie to brzmi? Żałuję, że nie poszłam wtedy do CDQ.

Producentem płyty Dogs, wydanej zresztą po raz pierwszy w roku 1999 przez Socialist (reedycja Touch & Go z 2004) jest nikt inny, tylko Steve Albini, ten od Pixies i PJ Harvey. Ale i od Nirvany – i zwłaszcza w pierwszych kilkunastu sekundach "Judy's In The Sandbox" to naprawdę słychać, już w samej melodii jest jakieś podobieństwo. Gdyby mi ktoś wcześniej o tym podobieństwie, zresztą bardzo subtelnym, powiedział, to raczej by mnie to zniechęciło, bo Nirvany, przynajmniej dla mnie, niezbyt da się już słuchać, choć to niby klasyka. Ale właśnie na przykładzie "Judy's In The Sandbox" widać, jak coś samo w sobie już niekoniecznie słuchalne (tu: Nirvana, przynajmniej nie tak bezpośrednio jak kiedyś) – bez tego, co już przeszkadza – może przewijać się dalej w muzyce, chociaż pod inną postacią.

Nastasia, przynajmniej w tej piosence (bo cała płyta jest, także pod tym względem, dla mnie trochę nierówna), potrafi pogodzić emocjonalność z umiarem, nie ma rozdzierania szat, denerwującej mniej sentymentalnego słuchacza egzaltacji. A przy tym jest tu nie tylko bezpretensjonalność, ale zdecydowanie cos więcej. Wpadająca w ucho melodia (zresztą podobnie jak "A Dog's Life" z tej samej płyty, równie dobre), świetne smyki wchodzące gdzieś na początku drugiej minuty – zwłaszcza tego koniecznie nie przegapcie, no i tekst – na przykład: "He takes a breath and pulls her in / And shuts her out, the ways to hold her hand / He looks around and feels her curls / Across his frozen cheek, too close to touch". Aha, a z tymi psami to coś tam znaczy dalej. Nina potrafi wzruszyć bez cienia kiczu, ckliwości, która zagraża singerkom-songwriterkom. Naprawdę, to przecież właściwie nie jest moja muzyczna bajka, singer-songwriter to nie jest moja ulubiona kategoria. Nic tu nie ma, że elektro, disco, cała sala nie śpiewa z nami. Niby jedna pani śpiewa smutne piosenki z gitarą, smykami i bębnami, a przykuwa to uwagę i zostaje w głowie.

Dogs nie jest płytą życia, płytą wybitną i najlepszą ze wszystkich, ale na pewno, zwłaszcza w swoim gatunku, bardzo się wyróżniającą. Polecałabym nie tylko zwolennikom Cat Power, Shannon Wright czy Neko Case, ale też pierwszej płyty PJ Harvey (na przykład można sobie porównać "Judy's In The Sandbox" z "Plants And Rugs") – pozostałych zachęcam do spróbowania, nawet jeśli na hasło singer-songwriter reagują początkowo, podobnie jak ja, średnio entuzjastycznie.

PS. Nie wiem doprawdy, dlaczego kolega redaktor prowadzący Dejnarowicz zwala na mnie w swoim niedawnym plejliście o Rachel Stevens przykry obowiązek wypowiedzenia się na temat poziomu urody męskiej w zespole młodzieżowym S Club 7. Sami widzicie, że on jednak nas terroryzuje w naszym skromnym serwisie.

Zosia Dąbrowska    
16 listopada 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019