PLAYLIST

Nelly Furtado
"Night Is Young" / Nicole Scherzinger "Poison"

4.5

Co za ciekawy zbieg okoliczności. Dwie panie, które w okolicach 2006 roku wypuszczały nagrania ustanawiające kanon mainstreamowego popu lat zerowych, naszpikowane fantastycznymi hookami i olśniewające świeżością single takie jak "Do It" i "Supervillain", choć w przypadku Nicole bez większego kasowego sukcesu, dzisiaj idą ramię w ramię w kondukcie żałobnym mającym pogrzebać tę fantastyczną epokę w otchłaniach historii. W każdym razie, mimo podniosłych zabiegów retorycznych, wszystko jak krew w piach, bo marsze żałobne nadziei zwykle nie niosą.

Na piewszy rzut oka, Nelly Furtado wydaje się lepiej sobie radzić po tej stracie, ale to tylko pozory. Dziewczyna, chociaż trumien jeszcze nie schowała, myśli już na jaką dziką stypę dzisiaj trafi. "Jest żałoba, bawmy się" jest sensem, który wyłania się ze słów refrenu. Jednocześnie, jakby wpadła w pewną psychozę. "I wanna be / Frozen in time / Forever in this moment" – śpiewa Furtado. Czy Furtado jest czarną wdową, która zabija pop i staje się niepoczytalna? Wskazywałyby na to kolejne linijki tekstu, które brzmią jak opętane pokrzykiwania nad ociekającym krwią trupem: "How you wanna live? / What you wanna feel? / Don't you know you make me feel / So alive". No właśnie. Do kogo te linijki pasują lepiej, niż do muzycznej gwiazki klasy B, wyniesionej do panteonu przez jednego z najzdolniejszych producentów dekady w szczytowym okresie jego talentu i kariery? Może nawet powinniśmy szukać już sztywnego ciała Timbalanda.

Czy druga wdowa ma czyste sumienie? Wydaje się, że w tym przypadku podejrzenia powinny paść przede wszystkim na producenta. Kim jesteś i co zrobiłeś z Nicole Scherzinger? Znacie go już. Jego koleżanki obwieszają się mięsem, a on sam nazywa się RedOne. Czemu wiem, że to on? Proste, pozostawia po sobie mnóstwo śladów. Pomijając mało istotne podpisy w liner notes i wykrzykiwanie swojej ksywy na początku każdego utworu, jest on piewcą wulgaryzacji popu. Ma więcej krwi na rękach, niż jego naiwne, chcące nagrywać chwytliwe piosenki, oddające się temu potworowi wokalistki. Lady Gaga wcale nie jest złą dziewczyną, tylko wpadła w bad romance. Sugababes to przecież grzeczne dziewczynki z dobrych domów. A już z pewnością zła nie jest Nicole. Choć zwykle ulegała silnemu wpływowi mężczyzn ("I just want bad man alone"), otwarcie się do tego przyznając ("These bad boys / They're driving me crazy"), a może nawet planując morderstwo ("I wanna be Bonnie and Clyde / 'Cause I ride or die"), należałoby to uznać za niewinny żart i flirt, bo wreszcie była to laska, która jak już się zakocha, to ulega partnerowi w 100% ("Baby Love"). Co się stanie, gdy taki kochany Czerwony Kapturek spotka złego Wilka? Rzeczywistość wygląda nieco inaczej, niż w bajce. Wilk pożera Babcię, a następnie szprycuje Kapturka narkotykami ("got poison on my mind"). Nicole już nie jest sobą, zaczyna śpiewać obrzydliwe teksty przypominające te śpiewane przez inną, opętaną przez króla dopalaczy wokalistkę, Lady Gagę ("gonna stick to a stick"), a w teledysku nagle staje się przerażająca. I tak właśnie działa ten biznes. Trup producenckiego popu przewraca się w grobie, ale opętane Nelly i Nicole zabiły trumnę gwoździami i pochowały głęboko w ziemi. The Poppy Horror Show, w którym ja jestem Kryminologiem, a RedOne Doktorem Frank-N-Furterem. I chociaż pozornie sprawy Furtado i Scherzinger nie łączą się, nie musi tak być zawsze. W końcu Furtado, mimo że już nadpsuta, może być dla RedOne'a kolejnym łakomym kąskiem. Oby zabrali go z powrotem do eurodance'owej Transylwanii. "Creature of the night!".



Kamil Babacz    
30 listopada 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019