PLAYLIST

Muchy
"Obok Ulic I Miejsc"

7.5

Ja wiem, że to niegrzeczne truć ludziom o takich własnych klęskach i wstydliwych prywatach. Wyciągać jakieś ckliwe historie o byłych pannach czy tych wszystkich emocjonalnych rozruchach tkwiących w cieniu kłopotliwego i spóźnionego aktu dojrzewania – ale, czy przypadkiem nie mówiłem Wam, że "Let Down" na zawsze pozostanie w osobistej topowej trójce ulubionych kawałków? I może w pierwszych sekundach – nie zważając na brutalnie nasuwające się Radioheadowe reminiscencje – mógłbym z wyczuciem starego salonowego wyjadacza bronić się przed tą osaczającą i przesadnie tkliwą zawieruchą. Ówcześnie złapać głęboki oddech, zanim nadejdzie moment, w którym to oblegane przez kurz pomieszczenie zaleje gwałtowny potok głębinowej nostalgii. Ale, gdy te inicjujące sekundy perfidnie zostają zamknięte wyrwanym z Building Nothing Out Of Something leniwym gitarowym emblematem, to ja już mogę tylko bełkotać i czuć bezsilność, porwany i powoli osuwający się w głąb tej cholernej, wstydliwej adolescencyjnej toni...

No elo, powrót po zbawiennej fajce i godzinnym nieprzerwanym ripicie kawałka. To byłoby w zasadzie prawie na tyle z ideowej i moralnie słusznej egzaltacji. Dodam jeszcze tylko, że Terroromans, jak i same Muchy kocham miłością najszczerszą, najczystszą i publicznie się tego nie wstydzę, pomimo tego, jak bardzo w dzisiejszych czasach staje się to passe, a takie wyznania trzeba albo ukrywać w podziemiach własnej podświadomości, w morzu alkoholu albo mówić o tym wszystkim z lekko ironicznym rozczuleniem zwalając wszystko na wszechobecny zeitgeist końcówki lat 00. Sam zespół chyba kładzie na to wszystko lachę, nie próbując bawić się w jakiś cool-aktualny band zasypujący dziesięcioletnią przepaść ku chwale Polski Ludowej. W zamian za to zapodając, nie tylko konglomerat motywów 1 do 1 wyjętych z odmętów Notorycznych Debiutantów, ale jeszcze mając czelność rzucać klasyczną do bólu strukturę: zwrotka, refren, zwrotka, refren, później quasi solo i koniec w postaci refrenu z patetyczną nadbudową repryzy – i co? I pewnie z tego powodu znajdą się malkontenci narzekający, że gdzie podziało się tu nowatorstwo czy jakieś strzępki oryginalności, których brak; i to nie tylko w takim globalnym ujęciu, ale w takim, w którym "Obok" staje się esencjonalnym klonem i hołdem przeszłości, teoretycznie pozbawionym własnej unikalnej osobowości (w końcu materiał promocyjny reedycji, więc dość zachowawczy ruch) – więc w sumie po co?

No właśnie po co? Po to tylko, aby dać nam tak czystą i perwersyjnie masochistyczną przyjemność płynącą ze skumulowanego, wżerającego się w głowę refrenu skończonego Kaiser Chiefsowskim akcentem, występującym wspólnie z porażającym basowym fundamentem, będącym jaskrawym kluczem do zrozumienia nienagannej zajebistości tych podkreślonych fraz. Dostarczyć wybitny i podręcznikowy wokalny wybuch, tylko trochę zerżnięte intro i porządne rzemieślnicze zwrotki, a także jeden z najbardziej krwistych mostków cieszący głębią bębnów oraz lekko zdeformowanym chórem (znowu OK). Doskonale skrojony i doprowadzony niemal do perfekcji ekstrakt wszystkiego, co najlepsze z tego, co wypluła z siebie przesadnie ckliwa, przesterowana popowa alternatywa, skompresowane do trzech minut. Wzruszam się niemiłosiernie.

Michał Kołaczyk    
16 kwietnia 2018
BIEŻĄCE
DeafheavenOrdinary Corrupt Human Love
Kamasi WashingtonHeaven And Earth