PLAYLIST

Mark Ronson feat. Lily Allen
"Oh My God"

5.5

Ronson na albumie Version prezentuje obłędnie lamerskie podejście do kwestii tworzenia muzyki, grając na prymitywnych instynktach tłuszczy i niewielkim rozeznaniu muzycznym gości wizytujących wysoko pozycjonowane w guglach portale ogólnotematyczne (ależ ja pierdolę). Taki Rubik trochę, tylko że żeruje na twórczości celebrities, wykorzystując do tego inne celebrities (bądź ich samych – patrz Kasabian, Maximo Park). I tak oto na singlach ukazały się już nowe wersje hiciorów Radiohead, Britney, Coldplay, Smiths (lol, ale niewielki), Zutons i Kaiser Chiefs właśnie. I wszystkie one na pseudowodewilową, w ostatecznym rozrachunku miłą dla ucha modłę, emitowane są na TOK FM kiedy konferencja prasowa się spóźnia, bądź zaproszony gość opowiada nie po myśli prowadzącego. Mógłbym opowiedzieć jeszcze jedną anegdotę o TOK FM, ale po jej upublicznieniu portal zbierałby baty od środowiska masońskiego, więc nie powiem.

Naturalnie zauważyliście, że omijam główny wątek. Bo ilekroć się do niego zbliżam przychodzi mi na myśli kilka wyświechtanych frazesów, że taki easy-listening nie otwiera przede mną wrót raju. Bądź zdania o tym, że utwór w oryginale zapowiadał świetny album (którym się Employment jednak nie okazał) a wersja z Lily Allen nie zapowiada nic dobrego. Fakt, że olewcza i spóźniona nawijka panny Allen jest z lekka seksowna, a punkt kulminacyjny oraz przejściówka między refrenem i drugą zwrotką wprawiają czerep w ruch lekko falujący, ale rzadko w utworach aspirujących do ustawienia na wyższej półce słychać tak cyniczne działanie nad hiciorem jak we WSZYSTKICH dotychczasowych singlach z Version (a najświeższe "Valerie" do spółki z Amy Winehouse najbardziej). Do tego zerowy walor użytkowy i teledysk który chyba mnie nie śmieszy. Stojące w sprzeczności z etosem rycerzy niezalu gówno, ale całkiem poprawne.


Zobacz także:

http://www.youtube.com/watch?v=EMks5poE2MY
Filip Kekusz    
12 września 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019