PLAYLIST

Luomo
"Really Don't Mind (Radio Edit)"

7.0

Po pierwsze The Present Lover wcale nie jest gorsze od Vocalcity, a między nami mówiąc to ja nawet The Present Lover lubię bardziej. No więc bardzo dobrze się składa z tym "Really Don't Mind", bo to jakby jakiś odrzut z roku 2003. Może gdyby Sasu Ripatti wydawał podobne rzeczy co roku, byłby w końcu przesyt, ale o żadnej nadprodukcji nie ma niestety mowy. Tak więc słucham i wcale nie mam dosyć, chociaż niby to samo brzmienie, bas, echa wokali i oczywiście wokale, bez których Luomo nie byłoby tym samym – tu jak zwykle pani Johanna Iivanainen przy mikrofonie.

Drugi znak rozpoznawczy Ripattiego też się na szczęście nie zmienia – pojawia się od razu to samo, można powiedzieć, hipnotyzujące słuchacza zimno i wrażenie bycia w jakimś katalogu, pustym centrum handlowym czy czymś w tym rodzaju, albo spróbujcie być pierwszymi gośćmi w pewnym niedużym klubie na Nowym Świecie i włączcie sobie sami dla siebie kulę dyskotekową jak będziecie na dole, to coś w tym rodzaju (swoją drogą pozdrowienia dla tego klubu, bo ze dwa razy słyszałam tam The Present Lover, a przynajmniej tak mi się wydawało). Przeważnie Ripatti hipnotyzował też długością utworów (10 minut to norma, może ma to jakiś związek z tym, że jako nastolatek był jazzowym perkusistą), ale tutaj niecałe 4 minuty wystarczają (dwa razy dłuższa wersja albumowa jest chyba mniej udana).

Luomo pojawi się jeszcze na szczęście w Polsce, 29 i 30 września w Toruniu i w Warszawie, więc kto nie był w Klubie Festiwalowym we Wrocławiu, teraz już nie ma wyjścia. Część redakcji (w tym ja) we Wrocławiu była i doznawała pod sceną, czym jest impreza doskonała. Ten koncert to główny powód, dla którego w ogóle w końcu ruszyłam się na ENH (pozostałe powody to Manuel Göttsching).

Z muzyką Luomo jest coś takiego, że to, co w niej takie udane, jest jakoś jednocześnie bezpośrednio odczuwane i nieuchwytne. Pewnie bierze się to z niepowtarzalności, niesprowadzalności czy coś takiego, w każdym razie wychwycenie tego to rodzaj wrażenia, które się nie przejada, bo za każdym razem jest coś innego, to znaczy gdy znajduje się kolejnego takiego artystę. No a w tym przypadku nie trzeba chyba nawet zmieniać artysty.

Cała nowa płyta Paper Tigers już w październiku i nic nie wskazuje na to, żeby podzieliła los nowości od Scissor Sisters i Basement Jaxx, bo rozczarowania póki co nie ma.

PS. Dopiero niedawno poszukałam jakichś bliższych informacji o Johannie Iivanainen, to podobno znana fińska wokalistka jazzowa. Okazało się, że śpiewa w zespole Korpi Ensemble i bywa porównywana do Norah Jones. I rzeczywiście, to coś w tym rodzaju i nawet imidż też i chyba chcę wrócić jakoś do swojego przekonania sprzed kilku lat, że to śpiewa ta pani z okładki. Dr Jekyll i Mr Hyde normalnie.

Zosia Dąbrowska    
20 września 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019