PLAYLIST

Los Trabantos
"Nienawidzę Świata"

2.0

– Jędrula, słyszałeś tę piosenkę Los Trabantos?
– Hm, chodzi ci pewnie o "parodię" protest-songu, "Nienawidzę Świata"?
– Hehe, parodię? A może ona tak na poważnie? Wiesz, "no future" etc. Chociaż od wejścia wokalu to i tak nie ma znaczenia.
– Wiadomo, WEJŚCIE WOKALU! Zresztą na całym Między Rabarbarem A Pomidorem wkradają się zaśpiewy w stylu Miry Kubasińskiej z (zajebistego notabene) Na Drugim Brzegu Tęczy. Tylko, że raczej te wsiurskie, jak z czterdziestu siedmiu sekund kultowego "Po Ten Księżyc Złoty" ("dzię-ku-je-MY").
– Mi się to raczej kojarzy z klasycznymi partiami Ani Wyszkoni...
– Nie, no bez przesady, muzycznie tu się coś dzieje. Weźmy inne kawałki, jak ten niepokojący "Napad" (ej, zacny riff!).
– No dobra, riff riffem, ale ta pseudo-niedbała maniera wokalistki. I jej t.e.k.s.t.y.! "A to cholery / A to złodzieje / Auto mi ukradli / Właśnie w niedzielę!". "Ojeju ojeju / Ojeju ojeju / Oddaj mi auto / Ty głupi złodzieju".
– Haha. No ta, ta, ale zczekałtuj na przykład melodię "Wuja". No ok, to zwolniony "Bal U Senatora '93" Pidżamy (jej feeling zresztą zapożyczany jest na krążku często). Albo "Ala 0-700"? Łe, no dobra, to z kolei blurowy "Boys & Girls" plus żenujące "coś swojego". Eee.
– Nie no, w sumie coś w tych kompozycjach się zdarza. Jednak dla mnie teksty i głos Graży sprowadzają Między Rabarbarem do rejonów jedynkowo-dwójkowych. Dlatego byłbym na nie.
– Yep, raczej nie wróżę grupie kariery. Choć w Polsce już zaistnieli – jakiś artykuł w "Gazecie", coś... Mimo to też jestem na nie.
– Ok, no to na razie.
– No cześć.



Madonna: 30 najlepszych utworów na 30-lecie działalności artystycznej

WSTĘP

30 Open Your Heart (1986, czwarty singiel z True Blue)

Chartsy na Last.fm nie kłamią: True Blue było na przestrzeni ostatnich kilku lat najczęściej repeatowanym przeze mnie albumem Madge, a "Open Your Heart" - najczęściej odtwarzaną piosenką. Nie mam nic na swoją obronę. "Open..." to świadome swojej dramaturgii, nerwowe migotnięcie na skądinąd najbardziej niezobowiązującym, dziewczyńsko-nostalgicznym krążku wokalistki, czyli coś co mnie w naiwnych muzycznych opowieściach elektryzuje najbardziej. "True Blue" to chyba najśliczniejszy ejtisowy brelok z logiem American Grafitti, jaki można sobie przypiąć do skórzanej kurtki, a duchologiczny ładunek "La Isla Bonita" uwolnił niegdyś w spektakularny sposób Krzysztof Antkowiak, zaprzęgając pod cały proces naszą wrodzoną miłość do polskiego morza ("Chcę być krabem u twych stóp..."). W konfrontacji z tak dowcipnymi zagrywkami czwarty (serio, dopiero czwarty!) singiel z True Blue wypada raczej blado, ale w zamian przepowiada lekko carrollowski patos Like A Prayer i ściska za gardło jednym z najbardziej przejmujących drabinkowych mostków w dziejach popu.

Jacko twierdził, że to kwestia tego, że jest facetem ("[...] kobieta nigdy nie będzie miała tylu fanów, co mężczyzna fanek") przesądzała o jego dominacji nad Madonną w wyścigu o tytuł króla/królowej popu, ale prawda leży po części gdzie indziej. Madge zawsze była bowiem postacią drugoplanową swoich własnych piosenek, co prawda piekielnie bystrą w śledzeniu zmieniających się muzycznych trendów, ale też unikającą (JAK DIABEŁ ŚWIĘCONEJ WODY) określenia się za pomocą utrwalonej tożsamości. "Open Your Heart" może nie jest kompozycyjną perełką kalibru jej najwybitniejszych dokonań, ale jest jej jednym z niewielu utworów, gdzie zwycięża przede wszystkim ekspresja i chyba jedynym, którego tekst znam w całości na pamięć.

(Swoją drogą Madonna zawsze miała szczęście do "spadów" po innych artystach - "La Isla Bonita" Patrick Leonard napisał z myślą o Michaelu Jacksonie, a "Open Your Heart" miało trafić pierwotnie do katalogu Cyndi Lauper. TYLE WYGRAĆ.) –Jakub Wencel

posłuchaj »



29 Keep It Together (1989, szósty singiel z Like A Prayer)

Wspólny kawałek Prince’a i Madonny musiał się kiedyś wydarzyć, jednak chyba szkoda, że to przedsięwzięcie nie doszło do skutku kilka lat wcześniej. Nie wiem jak wyglądały relacje tej dwójki podczas sesji nagraniowych do Like A Prayer (a tajemnicą poliszynela jest, że PODOBNO mieli za sobą romans), jednak "Love Song", ten ich słynny duet, przyniósł co by nie mówić gigantyczne rozczarowanie. Prince miał na głowie burtonowskiego Batmana, z kolei Madonna skupiała się bardziej na kreowaniu kolejnych wizerunkowych kontrowersji, efektem czego dostaliśmy utwór napisany pewnie w trakcie zaledwie paru godzin, oczywiście pretensjonalny i sprawiający wrażenie, jakby dwójka artystów poszła nim na łatwiznę.

Ale niech ta historyczna wtopa nie przesłoni nam jednego – Prince jednak podczas tych sesji nagraniowych na coś się przydał. Dograł gitarowe partie w paru kawałkach i lubię myśleć, że to właśnie "Keep It Together" brzmi bardziej jak hipotetyczny efekt jego współpracy z Madonną. Sam kawałek jest przejawem obrania przez królową azymutu na kierunek radykalnie funkowy – tak zaraźliwym groovem nie pogardziliby klasycy, a wymienianie Sly & The Family Stone w roli głównej inspiracji nie powinno nikogo dziwić. Najsmutniejsze w tym jest to, że ten wybitny pop-funkowy odpał Madge przeszedł praktycznie zupełnie niedostrzeżony – dziś w rozważaniach nad Like A Prayer jest zupełnie pomijany, czego nigdy do końca nie zrozumiem. Jestem gotów upierać się, że ten nieprawdopodobnie chwytliwy mostek (wjazd gitki na wysokości "When I look back at all this misery…" – brak mi słów jakie to dobre) to jeden z highlightów w całej dyskografii Madonny. I jeśli gdzieś narodził się "E.D.E.N" Bundicka, to najpewniej pomiędzy zwrotką i refren "Keep It Together". –Kacper Bartosiak

posłuchaj »



28 Live To Tell (1986, pierwszy singiel z True Blue)

Największym paradoksem True Blue – w założeniu najbardziej optymistycznego, upbeatowego albumu Madonny w latach 80-tych, który powstał przecież z inspiracji pierwszą wielką miłością piosenkarki, Seanem Pennem – jest fakt, że w roli pierwszego singla promującego to wydawnictwo wybrano właśnie "Live To Tell". Ten w założeniu monumentalny utwór (pewnie jeszcze lepiej słychać to w trzynastominutowej (!) wersji Epic Extended Mix) imponuje już pierwszymi taktami zdehumanizowanego syntezatorowego intro. To, że przy tak "pogodnych" w gruncie rzeczy piosenkach jak "La Isla Bonita" czy "True Blue" właśnie tak gorzka pigułka pełniła rolę "lead single" to kolejny z licznego grona paradoksów w życiu Madonny. Sama piosenka to podręcznikowa wręcz ballada i jednocześnie jeden z najlepszych kawałków, przy których artystkę songwritersko wspomógł niedoceniany Pat Leonard. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »




27 Burning Up (1983, drugi singiel z Madonna)

Wejście elektryka na początku numeru zwodziło mnie od początku. Czyżby odpowiedź Madonny i Lucasa na "Beat It" Jacksona? Niestety nic z tych rzeczy. Lawirujący na swoich prawach wokal zdecydowanej jak nigdy i ostrej jak brzytwa Madonny, wspaniałe muśnięcia klawiszy w refrenie i producencki szach-mat w postaci nowofalowych wyładowań gitary to klucz do zdefiniowania magnetyzmu tego utworu. Ciekawe jak dziś "Burning Up" wypadłoby na parkiecie stając ramię w ramię z "Day Of Mine (Ludicrous Idiots)" albo ""Down In L.A."? Precyzyjna, wykalkulowana bestia. Ależ to chodzi po tych trzydziestu od latach od premiery. –Jacek Marczuk

posłuchaj »




26 Causing A Commotion (1987, drugi singiel z soundtracku Who’s That Girl)

Drugi singiel z soundtracku do "Who’s That Girl" jest niemal tak nabuzowany jak stojąca za nim inspiracja i źródło wyładowanej w nim frustracji, a mianowicie Sean Penn, porywczy mąż Madonny. Waga piosenki polega na przemyceniu dwóch ważnych zdarzeń. Pierwsze to objawienie światu niekwestionowanej władzy nad opętanym, namacalnym basem, którym wydrapany jest wyraźny kontur singla. Drugie to zaprezentowanie i dookreślenie androgenicznego stylu Madonny, blondynki i żołnierza jednocześnie. Całość prowadzi do wytworzenia bezcennej wartości dodanej – wrażenia, że tylko Madonna potrafi w jednym singlu zmieścić pokłady przemocy i słodkie, melodyjne wyznanie. Niech będzie, "Who’s That Girl" wybaczone i zapomniane. –Monika Riegel

posłuchaj »



25 Shoo-Be-Do (1984, album track z Like A Virgin)

Autorski hołd dla klasyka Motown z 1968 roku. Ta odsyłająca do tradycji doo-wopp ballada w średnim tempie, to dowód na nieprzeciętne songwriterskie zdolności królowej. Najpierw preludium w postaci wysuniętego na pierwszy plan wokalu Madge wespół z oszczędnym akompaniamentem pianina, po chwili wejście bitu, zmiana tempa, zaraźliwa zwrotka, potem hook w refrenie, następnie mostek Lenny’ego Picketta, w końcu zwieńczenie repetycją chorusa wraz z korespondującym motywem saksofonu. Jedyny z indeksów spośród zebranych na sofomorze sygnowany wyłącznie nazwiskiem Ciccone. Wydany poza Ameryką Północną jako strona B "Into the Groove", jawi się być jego doskonałym uzupełnieniem jednocześnie pozostając nieco w cieniu żelaznego klasyka. –Marek Lewandowski

posłuchaj »



24 Till Death Do Us Part (1989, album track z Like A Prayer)

Sugestywne "Till Death Do Us Part" to jedna z bardziej osobistych piosenek Madge, której wokalistka nigdy nie chciała zaśpiewać na żywo. Utwór obnaża backstage głośnego małżeństwa z Seanem Pennem, które poprzedzone walkami miedzy sławnymi współmałżonkami, zakończyło się w mało szczęśliwych okolicznościach. Zapętlany latino-pochodny motyw syntezatorowy utrzymuje utwór w dość szybkim, niemal tanecznym tempie, co daje złudzenie wczasowego klimatu piosenki, ale taka impresja szybko przemija po nadzianiu sie muzyki na cierpkie słowa wokalistki, co w rezultacie dużo bardziej przypomina osobliwą stypę. Bardzo dramatyczna jest końcówka utworu, a zwłaszcza ostatnia, puentująca partia refrenu wraz z poprzedzającym ją, prześwietnym swoją drogą quasi-mostkiem, pozostawiając słuchaczowi ciężkie wrażenie niepokoju. Madonna w "Till Death Do Us Part" pokazuje, że również w tym najbardziej wielkoformatowym popie, można własną piosenką osiągnąć osobiste katharsis niekoniecznie podkładając pod ekshibicjonistyczny tekst słabe banalne pościelówy (bądź lepsze banalne pościelówy),  o czym w przyszłości zapomni cale pokolenie piosenkarek i ich producentów. –Iwona Czekirda

posłuchaj »



23Pretender (1984, album track z Like A Virgin)

Jako jeden z b-side’ów wykrojonych z sofomora Ciccone, "Pretender" zdradzał wcale duży potencjał, żeby na osobnym wydaniu się znaleźć. Refren to przecież bliski krewny tego z "Like A Virgin" – i nawet całkiem przewrotnie byłoby kawałek umieścić w takim zestawieniu. Pokrewny hook funkcjonuje zupełnie inaczej w nieco wolniejszym tempie i bez wsparcia sprężystej "sekcji rytmicznej", stanowiących climax singla numer jeden. Dla odmiany, to zwrotki i mostek tej kontrastującej z treścią "Material Girl" ballady, sygnowanej gdzieniegdzie zdawkową grą Rodgersa, stoją na równi, o ile nie wyżej w hierarchii. Natomiast atmosfera dyktowana niezmiennie od pierwszych taktów rozwija się najpełniej wraz z linijką "I know all about your kind" i wiadomo już, dlaczego ta perełka ma prawo urzekać. –Krzysztof Pytel

posłuchaj »



22Crazy For You (1985, singiel z soundtracka do Vision Quest)

W moim ulubionym balladowym utworze Madonny urzeka mnie wiele czynników. Począwszy od samego intro (czy tylko ja słyszę tam potencjalnie ulubiony motyw Roberta Jansona?), przez iście teen-popową narrację aż po zwyczajnie ŁADNIE zaśpiewany finał. Ale po kolei – rzeczywiście siłą "Crazy For You" są dyskretnie przemycane ozdobniki zupełnie nie przystające do ówczesnego stylu Madonny. Zresztą sam fakt wydania tego utworu tuż po "Material Girl" pozwala przypuszczać, że już w 1985 roku Królowa dostrzegała potencjał płynący z umiejętnego wykorzystywania przeciwieństw i kontrastów w budowie własnego wizerunku. "Crazy For You" to po prostu skrzący się trudną do zdefiniowania autentycznością uroczo gówniarski love song, w którym dla odmiany Madge przedstawia się w roli bardziej skrytej kujonki niż rozwrzeszczanego dziewuszyska. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »



21Oh Father (1989, czwarty singiel z Like A Prayer)

XXXXXX –Iwona Czekirda

posłuchaj »



20Stay (1984, album track z Like A Virgin)

Na najfajniejszych fragmentach wyprodukowanego przez Rodgersa Like a Virgin wyjątkowo silny ślad odcisnął Stephen Bray. "Stay" jest równie fascynujące w wersji albumowej, jak i w demie z 1981 roku, jednym z pierwszych utworów, które razem napisali – właściwie zupełnie innej piosence, która dopiero po mash-upie z "Don’t You Know" zyskała znany kształt. "Stay 1981" to dziwadło – jakiś ambientowy, nerwowy, psychodeliczny proto-trance. "Stay" z 1984 roku to z kolei utwór zbudowany na uzależniającej, niedającej myśleć repetycji melodii refrenu. Jest w nim też coś przewrotnego – nie dziwię się, że nigdy nie został singlem. Nie ma w sobie elementu automatycznie rozpoznawalnego, nie brzmi jak utwór-sygnatura. A jednak dla mnie nią jest i nie jestem w stanie tego wytłumaczyć – to najbardziej madonnowy nie-singiel, jaki przychodzi mi do głowy. –Kamil Babacz

posłuchaj "Stay" (wersja albumowa) »
posłuchaj "Stay" (wersja demo z 1981) »



19Think Of Me (1983, album track z Madonna)

Uwielbiam te chudziutkie linndrumowe uderzenia w membrany i wejście pompującego energię motywu syntezatorowego. Grożąco-kusząca poza Madonny i silny, pewny siebie timbre to oczywistość, natomiast w kontekście początku jej drogi na szczyt ma jakiś taki zdrowszy smak. To się czuje. Cały debiutancki longplay to w ogóle jest petarda – ładunek naszpikowany faworytami do opanowania podium w klasyfikacjach dotyczących najlepszych utworów nie tylko Madonny. Za mój ulubiony ostatecznie uznałem "Think Of Me" i tłumaczę sobie, że w rolę języczka u wagi wcielił się saksofon swobodnie wkomponowujący się swoim solo w regularne wyżłobienia tego dzieła dance-popowej nanotechnologii. Wizyjna inżynieria Reginalda Lucasa znajduje w tym niesinglowym numerze najwulgarniejszego ambasadora. –Michał Hantke

posłuchaj »



18Borderline (1983, piąty singiel z Madonna)

Spory trwają do dziś. Jedni twierdzą, że "Borderline" to piosenka o nieosiągniętym kobiecym orgazmie. Inni, że toksycznym związku. Wielu dyskutantów obstaje też przy zaburzeniach typu borderline (czy co tam aktualnie jest w modzie). Gdyby Madonna podzieliła los kogoś z Klubu 27, internauci na pewno doszukiwaliby się aluzji do samobójstwa i narkotyków. Te jakże ciekawe rozważania miałyby pewnie dla mnie większe znaczenie, gdyby nie refren. Nie jestem hobbystą rozpisywania akordów, ale tutaj moim zdaniem dzieje się coś cudownego:

A/C#         F#/A#         Bm      A        E/G#
Borderline    feels like I'm going to lose my mind
       Em7             D/F#            D/A  A
You just keep on pushing my love over the borderline

Pierwszy album popularnej wokalistki wypełniony jest ezopowymi opisami kobiecej seksualności, jakby sprzed języka spopularyzowanego przez Cosmo i pewien serial. W "Borderline" błyskotliwa melodia i ekspresja Madonny dają lekko odrealniony, melancholijny efekt. To nie jest już dresiara ze Słonecznego patrolu jak w "Holiday", imprezowiczka z "Everybody" ani świadoma swojej seksualności młoda kobieta, tylko podatna na zranienie wrażliwa duszyczka. Swoją drogą, Madonna nienawidziła tego numeru, bo sztucznie podwyższono jej wokal, żeby brzmiała młodziej niż w rzeczywistości. Mimo tego wątpliwego zabiegu, efekt jest wyjątkowo dojrzały i poruszający, bardzo soulful, nawet jak na Madonnę.

W gospelowych aranżach refrenu "Borderline" słychać zapowiedź "Madonny barokowej", znanej z „Like a Prayer”. Wydaje mi się też, że single najciekawszego moim zdaniem obecnie producenta mainstreamowego popu, Deva Hynesa, "Losing You" Solange i "Everything's Embarassing" Ferreiry, to także numery z podobnej, jeśli chodzi o wymowę emocjonalną, półki co "Borderline". –Piotr Kowalczyk

posłuchaj »



17True Blue (1986, trzeci singiel z True Blue)

Piosenka tytułowa z True Blue, napisana przez byłego chłopaka Madonny dla jej ówczesnego męża Seana Penna, jest próbą odnalezienia się niepokornej wokalistki w słodko-kiczowatej, ale jakże pełnej klasy zarazem, stylistyce żeńskich bandów z lat sześćdziesiątych. Pozująca dotąd na Simone de Beauvoir muzyki popularnej Ciccone tymczasowo porzuca płaszczyk igrającej z opinią publiczną skandalistki, serwując nam rozbrajającą balladę o zupełnie dziewczęcym uczuciu (jakkolwiek może być w tym sporo przekory). Fani gęstego songwritingu na pewno już wypunktowali, że "True Blue" opiera się z grubsza jedynie na czterech akordach gitary, ale nie sposób prychać, że mostek również nie wnosi wiele świeżości, przy tak bardzo zachęcającej do wtórowania rozkosznej melodii refrenu i całej linii wokalu ogólnie, która, poprzez swoją udaną retro stylizację, jest czynnikiem decydującym o unikalności tej pozycji w dyskografii Madonny. –Iwona Czekirda

posłuchaj »



16Like A Prayer (1989, pierwszy singiel z Like A Prayer)

Połowę życia i całe dzieciństwo spędziłam "u sióstr", czyli w katolickich placówkach edukacyjnych, na co, podobnie jak Madonna, lubię zwalać fakt mojego obecnego braku szacunku dla siebie. Dlatego też "Like a Prayer" nigdy nie wydawało mi się szczególnie hardkorowe, myślę, że sama w wieku 14 lat miałam analogiczne rozkminy. Madonna mówi jak jest. Ktokolwiek przeszedł przez gehennę hormonów i etyki absolutnej wstrzemięźliwości, podpartej groźbą faktycznego piekła, zgodzi się, że jest w tym połączeniu coś mega sexy. I to właśnie dlatego, że nic nie wolno. Frustracja, dopóki jest autentyczna, j e s t mega sexy, to znaczy – nie wydaje mi się, żeby było to coś, w co można się wkręcić dobrowolnie, na zasadzie role-playu. To stan ducha niezwykle ciężki do odtworzenia w momencie, kiedy już wszystko wolno i kiedy znika element udręczenia – Madonnie się udało, ale to raczej wyjątek od reguły. Zawsze bawiła mnie beztroska estetyka pornografii operującej figurą "kobiet w roli służebnej/pracownic sektora publicznego", jakieś bibliotekarki, pielęgniarki, zakonnice? Bez nerwowego oglądania się za siebie, bez posadzki rozstępującej się aby ukazać odmęty piekielne, bez cichego łkania po fakcie? Ha ha, nie. –Aleksandra Graczyk

posłuchaj »



15Physical Attraction (1983, album track z Madonna)

Chciałem sprawdzić, czy na En.Wiki ten utwór posiada osobne hasło, ale znalazłem tylko "physical attraction" jako takie, po czym wylądowałem na wersji polskiej i ostatecznie zamiast zanudzać tanią muzykologią, postanowiłem zacytować 5 fragmentów tegoż hasła na Pl.Wiki:

5. Media, reklamy promują pewien "modny" typ urody, który jest szalenie trudny do osiągnięcia i wymaga wielu zabiegów pielęgnacyjnych (np. kobieta "musi" używać kosmetyków). Do jednego numeru Playboya wykonuje się ok. 6000 zdjęć. Jedynie kilkanaście zostaje opublikowanych. Mężczyźni oglądają więc najpiękniejsze kobiety w najlepszych ujęciach, wykonanych z użyciem nowoczesnych technik fotograficznych przez profesjonalnych fotografów, na ogół retuszowane. Obrazy te przedstawiają nierealne osoby w nierealnym otoczeniu. Konsekwencją oglądania takich obrazów przez mężczyzn jest zmniejszone zadowolenie ze związku z aktualną partnerką, ocenianie swojego zaangażowania w związek jako mniejszego, wzrost akceptacji dla przemocy seksualnej oraz podwyższenie skłonności do instrumentalnego traktowania kobiet[50].

4. Osobom atrakcyjnym przypisuje się także pewne negatywne cechy: większą próżność, zarozumiałość i niewierność partnerom[45]. Są one także o wiele surowiej oceniane (np. w sądzie), jeśli w przestępstwie wykorzystywały swoją urodę (np. w celu oszustwa matrymonialnego) niż osoby o przeciętnej powierzchowności.

3. Generalnie kobiety poszukują u mężczyzny raczej zasobów materialnych oraz skłonności do dzielenia się tymi zasobami niż urody i młodości. To sprawia, że związek między atrakcyjnością mężczyzny a jego wyglądem jest zdecydowanie słabszy niż w przypadku kobiet. Mężczyzna atrakcyjny to niekoniecznie mężczyzna atrakcyjny fizycznie. Potwierdza to bardzo wiele badań – kobiety zainteresowane są zwłaszcza mężczyznami zasobnymi i tym, co może sprawić, że będą zasobni (ambicja, pracowitość, siła, inteligencja itp.).

2. W wielu kulturach (także zachodniej) dochodzi do celowego deformowania ciała w taki sposób, aby pasowało do obowiązujących wzorców urody – opalanie, piercing, gorsety, tatuaże, odsysanie tłuszczu, operacje plastyczne, wstrzykiwanie substancji porażających mięśnie (np. jad kiełbasiany), co prowadzi do czasowego ukrycia zmarszczek, itp. Chińczycy krępowali dziewczynkom stopy w specjalny sposób (zobacz: krępowanie stóp), Majowie deformowali czaszki i wywoływali zeza, Aborygeni australijscy łamali sobie nosy, liczne plemiona afrykańskie deformują ciało, dzięki czemu staje się ono "piękniejsze". W ubogich społeczeństwach, gdzie większość ludzi jest chuda lub szczupła, krągłe kształty spostrzegane są jako atrakcyjne. W kulturach sytych jako atrakcyjne są spostrzegane raczej szczupłe sylwetki.

1. Eksperyment. W pewnym eksperymencie naturalnym z lat 80. XX wieku[39] obserwowano osoby, które po raz pierwszy spotkały się na randce. Badacze wiedzieli, jakie cechy osobowości posiadają obie strony, oceniano także ich wygląd. W wyniku eksperymentu okazało się, że jedynym czynnikiem skorelowanym z wyrażeniem zainteresowania ponownym spotkaniem był wygląd. Jeśli osoba była atrakcyjna, druga strona chciała się ponownie spotkać. Żadne inne cechy osobowości (np. inteligencja, ekstrawersja, otwartość, dobre przystosowanie, kobiecość, męskość, szczerość, dominacja, uległość, zależność, niezależność, itp.) nie korelowały z ochotą do ponownych spotkań. Zastanawiające było także to, że gdy badani byli proszeni o uzasadnienie swojego pragnienia, to wymieniali zwykle poczucie humoru, inteligencję, przyjacielskość, dobre zrozumienie itp., ale nie wymieniali atrakcyjności. Ten wynik interpretuje się jako niechęć do przyznania, iż wygląd zewnętrzny ma istotny wpływ na nasz stosunek do drugiej osoby. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »



14Everybody (1983, pierwszy singiel z Madonna)

Porządnie zamknąć płytę pełną perełek pokroju "Holiday", a tym bardziej pozamiatać parkiet po takich producentach jak Reggie Lucas i John "Jellybean" Benitez – to nie lada wyzwanie. Przyjął je na klatę ktoś, kto odkrył Madonnę jeszcze zanim podpisała pierwszy kontrakt – DJ, producent i jej były chłopak zarazem – Mark Kamins. Tak powstał najpierwszy taneczny hit, który w 1982r. otworzył Madonnie drogę do muzycznej kariery. "Everybody" odbija się jak kauczuk od poprzedzającego "Physical Attraction" i spada na nieco bardziej gumową powierzchnię pomazaną syntezatorami i basem. Ton i barwa głosu Madonny chyba w żadnym innym momencie płyty nie są tak perswazyjne jak w refrenie tego kawałka. Zaraz potem zwrotka z nogi na nogę, pstryknięcie palcami i wyjście z piruetu do kolejnego refrenu. Beat rodem z R&B i brak zdjęcia Madonny na okładce singla niejednego zwiodły i w miasto poszła plota, jakoby za taka muzą stała czarna Madonna. Ale tylko do czasu nakręcenia kultowego klipu z migającymi światełkami i Madge w kamizeli w nocnym klubie Danceteria. Rok później dostajemy wielkie zaproszenie do tańca od Bowiego. Chyba niepotrzebnie, po "Everybody" i tak wszyscy już tańczą. –Monika Riegel

posłuchaj »



13La Isla Bonita (1986, piąty singiel z True Blue)



–Krzysztof Michalak

posłuchaj »



12Material Girl (1984, drugi singiel z Like A Virgin)

Znajdź gościu lepszy opener na jakiejkolwiek płycie lat 80s, to fundnę ci kratę twoich ulubionych browarów. Ok, z pewnością znajdziesz, ale ten z drugiej płyty Madgie jest chyba moim ulubionym. W "Material Girl" nie rozchodzi się tyle o Marię Veronice Louise Ciccone, co o producenckie bossostwo Nile'a Rodgersa i całej reszty załogi Chic. BOSSOSTWO. Przepoczwarzenie się z funkowców w luminiarzy new wave'u. O słowach piosenki powiedziano już za wiele, więc sobie daruję. Ciężko mi jednak znaleźć na tej płycie tak cudownie kanciasty numer z nowofalowym nerwem idealnie wpasowany w plastyczny wokal Madonny. Boskość hooków to jedno, ale gdzie dziś byłyby Kylie Minogue, Paula Abdul, Nelly Furtado czy Girls Aloud, gdyby nie zasłyszały tego numeru na potańcówce u znajomych? Nie chcę nawet o tym myśleć. –Jacek Marczuk

posłuchaj »



11Cherish (1989, trzeci singiel z Like A Prayer)

To być może moja ulubiona letnia piosenka wszech czasów. W sumie metapiosenka – "Cherish", obudowany jest cytatami, odniesieniami i 60sowymi fascynacjami, ale i tak to kawałek na odetchnięcie po nieco przyciężkiej stronie A "Like a Prayer". Z tym, że może wcale nie aż tak wiele tu luzu – to 80’sowe doo wop dopracowane do najdrobniejszego elementu, zwulgaryzowane i wyciśnięte do ekstremum, obudowane w fantastyczne opadające i wnoszące się melodie. Dywagacje, czy zwrotka, refren czy mostek, są bezzasadne – choć ja jednak głosowałbym za mostkiem. I chyba najfajniejszym w jej dyskografii basem. –Kamil Babacz

posłuchaj »



10Dress You Up (1984, piąty singiel z Like A Virgin)

"Dress You Up"łączy w sobie najbardziej wulgarne wątki Like A Virgin – obsesję dóbr materialnych "Material Girl" ("You've got style, that's what all the girls say/Satin sheets and luxuries so fine/All your suits are custom made in London")i niewyszukany erotyzm utworu tytułowego.To trochę taki rewers "He’s The Greatest Dancer", które kilka lat wcześniej Nile Rodgers i Bernards Edwards, współtwórcy albumu Madonny, napisali dla Sister Sledge. Kathy Sledge miękły nogi na widok eleganta noszącego ciuchy od Halstona, Gucciego i Fiorucciego. To słabość, na którą Madonna nigdy by sobie nie pozwoliła. Erotyczna zapowiedź refrenu brzmi prawie jak groźba – z tego łóżka żywe niekoniecznie wyjdą dwie osoby, kochanek może zostać pochłonięty. Prowadzona syntetycznym basem muzyka jest tak bezwzględnie precyzyjna, jakby cały czas czuła na sobie surowy wzrok wymagającej wokalistki. Jedyne elementy utworu brzmiące żywo i spontanicznie krótka solówka Rodgersa i oczywiście wokal obdarzonej marnymi warunkami, ale siłą woli brzmiącej jak diwa Madonny. "Watch out boy she´ll chew you up" śpiewała inna blond gwiazda lat 80., to mógłby być tekst o wykonawczyni "Dress You Up". –Łukasz Konatowicz

posłuchaj »



09Like A Virgin (1984, pierwszy singiel z Like A Virgin)

"Madonna albo posiada fantastyczną tożsamość, w której jest pewna autentyczność i odporność na wszystko, albo tak naprawdę nie posiada żadnej. Oczywiście moim zdaniem nie posiada żadnej, ale trzeba doda , że jest to rzeczywiście fantastyczna broń, ponieważ ona tym brakiem tożsamości najzwyczajniej w świecie gra" – napisał kiedyś o Madonnie Jean Baudrillard. "Like A Virgin" to rzeczywiście idealny przyczynek do dyskusji o tożsamości w popkulturze. Nie będę oryginalny – "Like A Virgin" to również i dla mnie coś więcej niż tylko piosenka. Nie tylko na poziomie "interpretacji przekazu", ale również w sferze stricte songwriterskiej. Na przestrzeni tych niespełna czterech minut mamy do czynienia z prawdziwym manifestem artystycznym grupy Chic, którego Madonna – przypadkiem lub nie – jest tylko (lub aż) twarzą. Bez wątpienia to właśnie album Like A Virgin wyznaczył pewien kanon tego, co stojący na uboczu songwriterzy mogą robić z piosenkarką, pozostając wciąż na pozycji "tylnego siedzenia". Oczywiście Madonna nigdy nie była "tylko" piosenkarką i zawsze (z przeważnie kiepskim skutkiem, czego brutalnie dowiodły kolaboracje z Benassimi tego świata) pozostawała świadoma tego, co się wokół niej "muzycznie" działo. Jednak lubię myśleć, że Rodgers i spółka w 1984 trochę przechytrzyli Ciccone i urobili ją jak lalkę z plasteliny. Wyrachowana businesswoman z niesamowitą, wrodzoną intuicją, którą Krasowski mógłby nazwać "Wałęsą popu", oczywiście w dłuższej perspektywie wyszła na tym lepiej niż członkowie Chic.

"Like A Virgin" to jeden z pierwszych przykładów, kiedy muzyka pop została podana w formie wieloaspektowego, pozornie niekoherentnego produktu. Biała piosenkarka w funkowym świecie mówiąca o tym, że czuje się "jak dziewica", podczas gdy dziewicą już na pewno nie była wstrząsnęła konserwatywnymi Stanami Zjednoczonymi lat osiemdziesiątych i trudno się temu dziwić. To był czas, gdy znudzone żony amerykańskich polityków dokładnie przesłuchiwały wszystko, co wydawał muzyczny rynek w poszukiwaniu jakichkolwiek seksualnych aluzji. W społeczeństwie, w którym o seksie mówiło się jedynie szeptem, Madonna zaczęła o nim krzyczeć. Jej występ na gali MTV Awards z 1984 utorował drogę dla seksualnie wyzwolonej Janet, dla Britney, dla Aguilery, dla Miley i wielu innych zawodniczek, które zdążyły doprowadzić całą konwencję do momentu, w którym można ją skomentować jedynie solidnym bełtem. Jednak odzierając "Like A Virgin" z tribute’u u Tarantino i tego całego "efektu popkulturowego" wciąż słyszę tętniącą życiem nieprawdopodobnie chwytliwą piosenkę. I o to w tym wszystkim powinno kurwa chodzić. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »



08Express Yourself (1989, drugi singiel z Like A Prayer)

Ciężko nie zazdrościć ludziom, których beztroskie czasy imprezowania przypadały na późne lata 80-te. Serio, sprawdźmy największe amerykańskie hity roku ubiegłego. LMFAO. Katy Perry. Gotye. Maroon 5. Bruno Mars. "Diamonds". A teraz 1989. Madonna. Bangles. Phil Collins. Roxette. Paula Abdul. Janet Jackson. "Love Shack". Rozumiecie, o co mi chodzi. Madonna, Janet, Paula. "Express Yourself" to jedno z moich pierwszych tak wyraźnych wspomnień chartsowych. Najwyraźniej piosenka ta przez wiele miesięcy czy nawet lat po premierze śmigała non stop w krajowym eterze na rozmaitych rotacjach, ale co ciekawe, odtwarzano ją w wersji albumowej, pewnie z cedeka Like A Prayer, a nie na przykład z The Immaculate Collection. Tym lepiej, bo album version, w którym Stephen Bray rozwinął skrzydła kompozycyjno-aranżacyjne, bije na głowę mniej urywający łeb, nieco zachowawczy edit singlowy. Jak na ironię buńczuczne hasło "second best is never enough" nie zostało zrealizowane, bo w USA "Express…" musiało zadowolić się #2. Tym niemniej z jakiegoś powodu Lady Gaga zerżnęła właśnie ten, a nie inny wałek z bogatej talii szlagierów Madge. Dlaczego akurat ten? Bo widocznie uznała, że paradoksalnie najprecyzyjniej reprezentuje on podświadomie zakorzenione w zbiorowej popkulturowej percepcji mimowolne wyobrażenie o tym, jak muzycznie zdefiniować Madonnę. I miała rację. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »



07Papa Don’t Preach (1986, drugi singiel z True Blue)

Jak wszystkie 80sowe piosenki Madonny, "Papa Don’t Preach" dobrze wychodzi na osadzeniu go w konkretnym miejscu i czasie. A zatem to było tak, że tuż po zbulwersowaniu opinii publicznej wygibasami związanymi z "Like A Virgin" Ciccone zagrała tym razem zupełnie inną kartą. Oto epatująca frywolnością piosenkarka zaatakowała chartsy utworem, pod którym dla odmiany mogliby się podpisać zwolennicy hejtującej jej dotąd frakcji pro-life. Opieranie swoich utworów na "ważnych społecznie tematach" to kolejna ważna umiejętność w katalogu skillsów bossującej w owym czasie Madge. Wiadomo o czym jest ta piosenka, tu nie ma miejsca na żaden dualizm w odbiorze, co tylko podkreśla teledysk. Młoda dziewczyna zachodzi w ciążę i po wielu perturbacjach decyduje się samotnie wychować dziecko. Ojciec – jak każdy italoamerykaniec – chodzi wkurwiony, bo to trochę przypał, że wszystko odbyło się tak nie po Bożemu, ale wiadomo, że koniec końców wszystko się jakoś ułoży. Tym niemniej cała sytuacja z "Papa Don’t Preach" pokazała paradoks położenia, w jakim znalazła się Madonna na wysokości True Blue. Z jednej strony była krytykowana przez część środowisk feministycznych za odwrócenie się od ideałów sierpnia, z drugiej – część środowisk katolickich zarzucała jej namawianie nieletnich do uprawiania seksu bez zabezpieczenia (serio, serio xd) i prowadzenia do sytuacji, w której "dzieci mają dzieci".

Ale znowu – jeśli odrzeć to wszystko z popkulturowych kontekstów, to zostanie nam rasowy słodko-gorzki hicior, w którym smyki zażerają na niespotykaną wcześniej skalę, gdzie dramaturgia jest budowania zgodnie z hitchcockowskimi wytycznymi, a wejście refrenu za każdym razem oscyluje wokół czystej dziesiątki. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »



06Who’s That Girl (1987, pierwszy singiel z soundtracku Who’s That Girl)

Chciałem obejrzeć cały film (kiedyś oglądałem fragmentarycznie), ale przed napisaniem tego komenta jakoś nie udało mi się zebrać. No ale nie na temat aktorskich talentów Madonny przyszło nam się rozwodzić. Sam numer pewnie lokuje się w pierwszej dziesiątce moich ulubionych piosenek artystki, a to głównie dzięki oryginalności. Na tle oniemiającego bogactwa upbeatowych tanecznych singli schyłkowych eighties ten – podobnie jak "La Isla Bonita" z True Blue – śmiało wplata egzotyczne motywy latynoskie. Odbija się to na charakterystycznej rytmice i synthowych imitacjach dęciakowych zagrywek, szczególnie w mostku. Mieszanka hiszpańszczyzny w refrenie i bongosów nieodłącznie kojarzonych u nas z Jose Torresem mało kiedy w popie brzmiała tak absolutnie nieczerstwo. –Michał Hantke

posłuchaj »



05Vogue (1990, pierwszy singiel z soundtracku do filmu Dick Tracy)

"Vogue" było pierwszym nowym numerem, który Madonna zaprezentowała w latach 90. i pewnie też najważniejszym. Utwór doczepiono do inspirowanego swingiem soundtracku "Dicka Tracy’ego", ale jego właściwe miejsce jest na wydanej kilka miesięcy temu składance The Immaculate Collection, w bliskim sąsiedztwie "Express Yourself" i "Rescue Me". Na tamtym przełomie dekad Ciccone ciągnęło w stronę rozbuchanych tanecznych hymnów z rodzaju tych, które przeważnie śpiewają czarne kobiety o dużo mocniejszych głosach. Jak to wszystkim uzmysłowił Robert Leszczyński, Madonna nie potrzebowała mieć głosu, żeby robić karierę, ale nie potrzebowała go też do nagrywania wybitnego i wyznaczającego trendy popu. Ludzie przez lata próbowali nagrywać takie zamaszyste, oparte na housie single jak "Vogue". Nawet sama Madonna sobie wysamplowała. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj »



04Lucky Star (1983, czwarty singiel z Madonna)

Madonna, "Lucky Star” Otwieracz pierwszej płyty Madonny, uznawanej przez wielu za najlepszą, także historia przez duże C. Szczęśliwą gwiazdą Madge była w zasadzie ona sama. Mimo to nie mogłaby błyszczeć tak jak dziś, gdyby nie wydatna w owym czasie pomoc Johna Beniteza, producenta odpowiedzialnego za platynowy sound jej debiutu, po którego włączeniu produkcje Breakbota (i wiele innych też) nieuchronnie gasną. Ma się wrażenie, że same piosenki napisane zostały tak, by ich taneczność odbierana była niejako z korytarza. Nawet na wcześniejszym "Everybody”, który chyba najsilniej przywołuje ducha disco, główny hook pozostawia piekielnie nęcący niedosyt, przy czym głos i przekaz Madonny świetnie z tym otoczeniem korespondują.

W większej mierze wykorzystując syntetyczne narzędzia niż żywe instrumentarium, "Lucky Star” nie wnosi co prawda tak mocno zaznaczonego bitu, jak większa część materiału, a kompozycyjnie ledwo sugeruje refren, nawiązując do muzyki tanecznej epoki poprzedzającej. Chodzi tu jednak o tę doskonałą lekkość, rewitalizację ("refinement of the decline”, można by powiedzieć) muzycznych patentów w celu wyciśnięcia z nich esencji popu w formie tak bezpretensjonalnej, że bardziej się nie zwyczajnie nie da. Określenie tego kawałka sztuką mija się z prawdą, bo nie o to tutaj chodzi. Nawet na pamiętne melodie przyjdzie jeszcze pora (choćby w obrębie tego samego albumu). Tymczasem ten najbardziej radosny, obok "Holiday”, kawałek na Madonnie, apoteoza tego, co w muzyce cenimy jako istoty żyjące najbardziej, po prostu zachwyca, całą noc, cały dzień zachwyca. –Krzysztof Pytel

posłuchaj »



03Angel (1984, trzeci singiel z Like A Virgin)

Najlepszy z najmniej znanych utworów Madonny (choć też singiel). Utwór-wizytówka Nile’a Rodgersa i prawdopodobnie jedna z najlepszych piosenek, do których przyłożył rękę w swojej długiej i obfitującej w sukcesy karierze songwritersko-producenckiej. W "Angel" najbardziej imponują mi songwriterskie detale – takie jak sprawne przejście z niższego rejestru wokalnego do wyższego oraz to, jak ta kompozycja jedzie na trzech akordach. To charakterystyczny chicowski wyrób najwyższej klasy, nie wyobrażam sobie, by cokolwiek można tu było zrobić lepiej. Jeśli którąś z piosenek Madonny można nazwać najbardziej "porcysową", to chyba właśnie "Angel" zasługuje na to miano. Nie macie serca jeśli potraficie tego przesłuchać bez repeatu. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »



02Holiday (1983, trzeci singiel z Madonna)

„Holiday” to najbardziej uniwersalny kawałek Madonny, o czym niech świadczy to, że w ostatnich latach bez ceregieli swoje „Holiday” nagrała i Jessica Simpson („A Public Affair”), i Lady Gaga („Fashion”). Pomniejszych odniesień, sampli i cytatów jest o wiele więcej, bo to właściwie największy klasyk post-disco, z elementami electro i rodzącego się freestyle’u. Podobno Madonnie nie chce się już śpiewać „Holiday”, ja jednak wątpię, żebym kiedykolwiek nie chciał tego numeru słuchać lub do niego tańczyć. Cały utwór jest jednym wielkim hookiem, a przy tym jest apoteozą życia i radości. To dzięki niemu wyobrażam sobie lata 80. jak o fajniejsze, prostsze czasy, choć oczywiście niekoniecznie w Polsce. Wiem, że nie chciałbym żyć w świecie, w którym by nie istniał, więc nawet cieszę się, gdy ktoś go bezczelnie kopiuje, bo nie ma po prostu lepszego odniesienia dla tanecznego popu. Co zresztą powiedziała Jessica Simpson, gdy wytknięto jej plagiat? „"I think people are ready to hear something that Madonna used to do. We all need to hear that every now and again”. Amen. –Kamil Babacz

posłuchaj »



01Into The Groove (1983, czwarty* singiel z Like A Virgin)

Wyjątkowy charakter przebiegu kariery Madonny najprościej można oddać poprzez porównanie go do losów filmowego cyklu Die Hard. Po dziewiątkowych początkach, w zapoczątkowanej w 1988 roku serii nastąpił poważny, ciągnący się do dzisiaj kryzys, którego przyczyn należy upatrywać przede wszystkim w jednym czynniku – oddaniu zbyt dużej kreatywnej kontroli nad marką gwieździe oryginału, Bruce'owi Willisowi. Podobnie jak Madge, która otoczoną opieką wytwórni oraz całym sztabem kompozytorów i producentów przez lata sypała po uszach swoich fanów diamentami, tak i Willis, do momentu, gdy zaczął być główną siłą napędową swojej FRANCZYZY, ustanawiał kanon i szlifował język nowoczesnego kina akcji. Z obojga zostały po latach tylko ich własne karykatury.

Podążając za tą logiką, odpowiednikiem "Into The Groove" wśród zbioru najlepszych scen pierwszych trzech części Die Hard, byłby ten fragment (z zastrzeżeniem, że wszystkie hooki kumulują się w przedziale 2:30 – 2:50). –Jakub Wencel

posłuchaj »



Paweł Greczyn     Jędrzej Michalak    
16 lutego 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019