PLAYLIST

Lillix
"Sweet Temptation"

3.0

Siakiś nowy girlsband? Na to wygląda, z tym że tym razem taki niezal. Trudno powiedzieć czy dziewczyny są z castingu, podobno nie, nawet grają już ze sobą jakiś czas, wydały płytę a'la Avril Lavigne. W międzyczasie jednak dobiły do wieku w którym można już spożywać alkohol, nawet w stanach, a zmywalne tatuaże przestają się podobać – słowem przyszedł czas na zmiany. Być może wytyczne przyszły z góry, a może w beztroskich główkach naszych dzisiejszych bohaterek zakiełkowała popularna ostatnio samosieja, w każdym bądź razie nowe Lillix postanowiły zamienić słowo "indie" w ciało, no a że ciało to one akurat mają, wyszło to co wyszło. Przy tym okazało się, iż w potocznym rozumieniu przeciętnego mieszkańca kontynentu Ameryka Północna wspomniane wyżej pojęcie ma dość jednoznaczne konotacje, mianowicie Killers. No tak, w tym miejscu można się spodziewać, że sama recka to będzie thriller erotyczny, ale czymże jest sama muzyka?

Rocky. "Recorded by producer Jeff Saltzman (The Killers) and James Michael (Alanis Morrissette, Motley Crue)" – mówi oficjalny zagajacz, "Ojej" – mówi niżej podpisany. Nie tyle, że muzyka rocky, ale film Rocky. A dokładniej scena z wbieganiem po schodach. Kawałek żwawo, na nowofalową modłę, pnie się w szarym dresiku (skromna gita, prosty krój klawiszy – bez zbędnych ozdobników) ku ekstatycznemu chorusowi, takiemu do poskakania i pomachania pięściami w geście tanecznego triumfu rytmu nad materią. Zejście truchcikiem i znów to samo. Fajnie to wyglądało w jedynce, w dwójce dało się znieść jako nawiązanie, w trójce powoli trąciło myszą, w czwórce było już śmieszne, w piątce żałosne, a w szóstce? – a szóstkę mamy już chyba w dupie, nie? O ile Killersi podchodzili pod czwórkę, a w swych szczytowych osiągnięciach pokroju "Mr. Brightside" zahaczali o znośną trójkę, o tyle dziewczęta rozpoczynają od czwórki, przy drugiej zwrotce wyraźnie wpadają w piątkę by po przesłuchaniu dojść do wniosku, że miało się do czynienia z trailerem szóstki.

No dobra koniec lania wody, przejdźmy do konkretów. Otóż Ruda. Znaczy się Blondyna też niczego sobie, ale… No dobra niech będzie Blondyna. Tak, Blon… Ruddaaaa… cholera. No nie wiem, musze przyznać, że Czekoladowa na perkusji przełamuje formę aryjskiego indiebandu i w ogóle jest takim ciekawym zjawiskiem, podstępnym pokłosiem politycznej poprawności rzekłbym, ale nie oszukujmy się it's all about… (nie zrozumcie mnie źle, doskonale kapuje że "zrobienie" dziewczyn do teledysku zajęło kilka godzin pracy ekipy od efektów specjalnych wypożyczonej z planu Potwór Z Bagien Kontratakuje, ale skorom recenzent to musze się zmusić, taka praca) Ruda. Koniec





(Chociaż może ta Blondyna…)

Paweł Nowotarski    
10 sierpnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019