PLAYLIST

Les Hauts De Plafond
"Intro"

6.0

Mały come-back do wątku lingwistycznego. Znanym powszechnie jest fakt, że język francuski, choć fonetycznie piękny, inteligencją nie grzeszy. Mam tu na myśli dominację freestyle'u nad regułami, podstawowe zasady słabo cechujące się logiką czy też przejrzystością (vide – liczby). Jeśli rajcuje was podobnej klasy bajzel i w muzyce, do tego wplątany w mowę Camusa, polecam czteroletni dziś Musique d'Appartement ŕ Tendance Radicale... Peut-Ętre duetu Les Hauts De Plafond (co znaczy tyle co "Wysokości Sufitu").

Ten udany krążek podchodzi pod miano kolażu. Termin nasuwa skojarzenia ścieżek gęstych samplowych przeplatańców, jednak w tym przypadku jest inaczej: wynalezione dźwięki (jak pewnie zauważyliście, lubuję się w podobnych wymieniankach – mamy tu zatem na przykład włączenie sokowirówki, puzon, szum poczekalni lotniskowej, wyłączenie sokowirówki) podawane są łagodnie, niemalże z przerwami na ich dogłębną kontemplację. Od tej strony może to być pomysł na wprowadzenie rockowego konserwatysty w rejony pozbawione gitar i nieautomatycznej sekcji rytmicznej.

Osobną kwestią jest jednak dobór treści tych serwowanych niemal statycznie strzępków. Charakteryzują się one bowiem pewną napastliwością, przynajmniej jako grupa (rozpatrywać ich osobno nie ma sensu, na albumie się przecież kumulują). Trzeba co prawda oddać Les Hauts De Plafond, że podjęli próby nadania zbitce dialogów i wymienionych wyżej odgłosów formy nie tyle nawet zjadliwej, co wysoko estetycznej. Dwa lata później z pełnym rozmachem podobną ideę zrealizowali na Thought For Food The Books. Na Musique d'Appartement daje się niestety odczuć dyktatura pomysłu: przejął on nad muzykami, tfu, artystami kontrolę, wprowadzając raczej zamęt niż, mimo wszystko potrzebny, ład.

Utwór "Intro" wcale nie otwiera albumu (czyni to "..."), co więcej nie jest wstępem do następnej ścieżki. Oprócz niezwykle szorstkiego (najbliższy zapis to "wy-py-tzzzzzzzz-ty ky-wzzzzzzy") motywu zelektryczniałego głosu, preferowanego choćby przez Mouse On Mars, napotykamy niespodzianie na pejzaż tożsamy Martes(!). Tak, to słynne Martes Murcofa, które, przypominam, ukazało się dwa lata po krążku Les Hauts De Plafond. Zbieżność niestety okazuje się raczej koincydentalną, ot te nastrojowe smyki antycypują siódmy u Meksykanina "Mir". W dalszej części krążka na podobne prorocze znaki nie natrafiamy. Heh, oglądanie Murcofa przez prototyp różowych okularów geniuszu The Books, to by był dopiero kolaż. Raczej nieprzyswajalny, ale z pewnością zatrzymujący nas w miejscu. Taka płyta jednak (miejmy nadzieję) nie powstanie, choć kto tak naprawdę wie, co jeszcze wyda się Żabojadom logiczne?

Jędrzej Michalak    
2 marca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019