PLAYLIST

Leh
"Łabędź"

7.0

Redaktor Marczuk zastanawiał się ostatnio nad fenomenem zespołu Bitamina, a ja wzruszam ramionami, ponieważ z polskiej muzyki słucham tylko tych, dla których zeszyt rymów jest jak spowiedź, a nie "eksperymentujących z rapem", ale myślę, że wystarczy ogień na majku i dobry BIT, A MI NA pewno będzie lepiej (mnie!). Dlatego z należytą uwagą śledzę scenę, na której Mesiwo trzyma rękę na pulsie z Pink Floyd i marnym dubstepem na słuchawkach, podczas gdy młodszy przedstawiciel Alkopoligamii na swoim debiucie włącza i wyłącza Elliotta Smitha, z lekkością wcielając się w rolę młodszego i bardziej wkurwionego Szmidta. W "Nieskończoności" – najmocniejszym punkcie zeszłorocznego mikstejpu – poznaliśmy polskiego Denzela Curry'ego ("Przedwczoraj słuchałem Scootera po zjedzeniu piksy") i nie skłamię, jeżeli napiszę, że słuchałem tego w nieskończoność. Mijają dni, mijają noce, Sarius płacze i kończy karierę, bo jego płytka się nie sprzedała ("Byłeś moim obiektem kpin"), a reprezentant Gdyni ciągle robi ósemki na boku, tak-tak, zdecydowanie jak nieskończoność. Nie można również zapominać o mistrzowskiej zwrotce na Liniach Lotniczych Ducha, która towarzyszyła mi w ostatnich tygodniach podczas wędrówek do monopolowego, podczas powrotów z monopolowego, w czasie spacerów i w trakcie ucieczek przed czymś, co ledwo pamiętam, ale "coś mi mówi, że wyjść jest tyle ile sklepów w okolicy". Z każdym kolejnym odsłuchem jestem coraz bardziej pewien, że to jeden z najlepszych momentów w polski hip-hopie ostatnich lat. Najważniejsze: gdy rapuje o zaleganiu ze zwrotkami i hajsem, to czuję dziwną bliskość, bo zalegam z tekstami na Porcys, a zamiast tego zalegam w łóżku i knuję plan; trzęsą mi się ręce, nucę prokrastynacyjne hymny.

Jest luty, Leh wypuszcza drugi singiel z nadchodzącej płyty – prawdopodobnie najdojrzalszy kawałek w karierze – i kolejny raz zdobywa me serce jak Jarek Jakimowicz w jedynych godnych szacunku "Młodych Wilkach". Tym razem nawija na swoim bicie, na którym równie dobrze moglibyśmy usłyszeć Earla Sweatshirta: z wystrzałem i instrumentalną codą, gdyż brak słów, wypłukany magnez, trochę spłukani ważymy nieodpowiedzialne tematy w niedoborach i niedopowiedzeniach. Związek z bitem? To skomplikowane, kolego: poflirtował z nim przy barze, potem niezwłocznie się oświadczył i bezczelnie zdradził po upojnej nocy poślubnej. Kac i rozgoryczenie po alkoholowych ekscesach na poprzednich trackach ("Jak patrzysz na mnie, szans nie widzisz na zmianę"), dokładna eksploracja mroczniejszych wątków ("Kruszę to w kartce, ziombel, znów psuję szansę od niej / Wkurwienie – znam je dobrze, sumienie – mam je w ogóle?") – poruszamy się po psychicznym mikrokosmosie każdego zdrowego chłopaka. Jednak w niewietrzonym pokoju nie ma miejsca na wyszukane metafory i sen, a przyjaźń trzeba nawiązywać z czterema ścianami, dlatego warto się w końcu poddać i w somnabulicznym przebłysku przyznać, że "kolejną noc nie śpię, żeby przespać dzień". "Uśmiech nie pasuje mi do twarzy dziś" - to tak jak ja, bo mam krzywy zgryz od zjadania łaków.

Nawet jeżeli wolę go w innej konwencji, frywolnego, energicznie wypluwającego słowa, z gracją skaczącego po podkładzie, to trudno nie przyznać, że "Łabędź" to świadectwo rozwoju i wszechstronności. W tej wspaniałej rzeczywistości, w kraju, w którym nagroda Nike dla Tego Typa Mesa nie byłaby największym absurdem, przyznaję Lehowi paszport Porcys i czekam z niecierpliwością na płytę, bo jest potencjał na mocnego rozkurwiacza, a ty zdejm kapelusz, zdejm kapelusz. Porcys pyta: kiedy płyta?

Paweł Wycisło    
20 lutego 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019