PLAYLIST

Kelly Rowland
"Kisses Down Low"

7.0

W zamieszaniu po rozpadzie Destiny's Child, chronologicznie jako pierwsza ogarnęła się Michelle, wydając solowe Heart to Yours. Jako druga zadebiutowała Kelly Rowland. Beyoncé, żeby nie wchodzić w drogę debiutowi koleżanki, litościwie przesunęła premierę Dangerously In Love na 2003. Posunięcie to może się wydawać o tyle fortunne, co wyrachowane, bo jak pamiętamy: mimo ciężkiego mielenia przez operatorów boomboxa na szkolnych dyskotekach i telewizje muzyczne w domach naszych rodziców, pierwszy singiel Kelly Rowland był plus minus najgorszą rzeczą na świecie. Pamiętna "Dilemma", z melodią nadającą się do zaadaptowania przez obwoźne furgonetki z mrożonkami i z zestawem rymów równie intensywnych jak Nelly / Kelly. Był i teledysk. Nelly z frajerskim plastrem, który równie dobrze mógł sobie nalepić na czole, i Kelly w outficie, który w widmowej postaci objawia mi się czasem tuż przed zaśnięciem (ten moment, kiedy już trochę śpicie i zdarza wam się nagle kopnąć w ścianę). Jakiś gorset z rzemykami, dzwony, kaszkiet. Co najmniej jeden z tych elementów wykonany ze sztruksu. Krótko mówiąc, w zestawieniu szlagierów wczesnych 00s, do których się nie powraca, nawet jeśli płacą: mocny pretendent do finałowej trójki (tutaj przerwa na dżingiel: You're my butterflyyy, SUGAH, baby).

I teraz: niektórym wokalistkom udaje się wykaraskać z gruzowiska niezdarnych pierwszych singli ‒ to przypadek Rihanny i "Pon De Replay". Niektóre pozostają przygniecione tym krzyżem na wieczność, jak Avril Lavigne i "Complicated". Kelly przypadł w udziale ten drugi scenariusz, i nawet w obecnej, pewnej siebie i wyzwolonej odsłonie, krąży nad nią widmo, widmo sztruksowych kaszkietów. (Sorry, musiałam). Przekłada się to na jakąś trudną do określenia artystyczną niezręczność, która w przeciwieństwie do uroczej niezręczności np. Solange, nie ma wartości aspiracyjnej, ale z którą, jako mniej ładna z dwóch sióstr, jestem w stanie sympatyzować. Trudno nie kibicować wysiłkom Kelly, wiedząc z kim musi konkurować, i że jest drugim wyborem dla praktycznie każdego, kiedy Beyoncé nie zgadza się na chórki/festiwal/udział w reklamie. To dziwna sytuacja, kiedy szczerej sympatii towarzyszy przykre poczucie dyskomfortu, jak przy przebywaniu z zahukanymi ludźmi, którzy starają się za bardzo ‒ co jest rzecz jasna głupie i niedojrzałe, ale ciężkie do przeskoczenia. Czy istnieje jakiś żeński i uprzejmy odpowiednik przymiotnika "dorky"?

Takie tam pitolenie, bo przecież to dobry kawałek. Głównie za sprawą produkcji Michaela Williamsa, ukrywającego się pod pseudonimem Mike Will Made It, a którego deklinacji właśnie szczęśliwie zdołałam uniknąć (szyk zdania pany!). Bit towarzyszący Kelly jest więcej niż solidny, a prawie zjawiskowy i dobrze rokuje na przyszłość ‒ Mike współpracował do tej pory głównie z raperami i dopiero zaczyna "zaznaczać swoją obecność w popowym światku". Jego największe dotychczas osiągnięcie produkcyjne to ubiegłoroczne "Bandz A Make Her Dance", z bitem ze wszech miar zjawiskowym, który Ian Cohen określił jako "gorgeously vacant" ‒ i chyba tak należy myśleć o muzycznym usytuowaniu stylu Mike'a. Gdzieś pomiędzy wymyślnym minimalizmem Neptunes, slumsowym minimalizmem Bangladesha, a wizjonerskimi popisami Timbalanda. Popie, zmierzaj tą drogą.

Aleksandra Graczyk    
27 maja 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019