PLAYLIST

Kamasi Washington
"Truth"

8.0

Jeszcze kilka lat temu wydawało mi się, że jazz zginął śmiercią męczeńską, ukamienowany onanizmem muzyki improwizowanej, zohydzony przez festiwale przeznaczone dla aspirujących do wyższej klasy średniej; że padł w wątpliwej chwale bycia współfinansowanym przez rządową instytucjonalizację prowadzoną na wzór skansenu przez akademików bez wyobraźni. Cóż, może wciąż sprawy mają się tak samo, ale kiedy już powoli "wtulałem się w ciepły kocyk nostalgii", trochę zza sceny L.A. (w końcu sidemańska przeszłość), a trochę znikąd (przynajmniej dla tych, którzy nie czytają creditsów), pojawił się Washington – człowiek zdolny do nagrania w 2015 (płyta roku) jazzowego albumu na RÓWNE 8.3 (wciąż trochę abstrakcja), epatujący przy tym dziwną, paradoksalną świeżością, która przejawiała się jako totalny brak drętwej, mało przystępnej jazzowej ortodoksji. To, co od początku mi imponowało, to natychmiastowo zauważalny brak nadęcia, bo przecież na The Epic obcowaliśmy z kompozycjami często ponad 10-minutowymi, o symfonicznym przepychu, ale wszystko było tak naturalne (głównie dzięki wdzięcznym motywom) i sprowadzone do ziemi, jakby te jazzowe hymny miały być pokłonami, odami do "zwykłego, szarego człowieka".

Właśnie to podejście urzekło mnie u Kamasiego – subtelny kontrast pomiędzy maksymalistycznymi ambicjami a "soundtrackową" przystępnością jego jazzowych kolosów. Wtrącenia smyków i wokalu na The Epic, chwytliwe motywy poprzetykane brownowsko-coltrane'owską frazą, która zadowoli zarówno jazzowych purystów, jak i nowicjuszy (klasyczne "Cherokee", czyli wprowadzenie najlepsze z możliwych), funkcjonują jako znakomity wstępniak dla "alternatywnych kopaczy" oraz szukających jazzu delikatnie umykającego akademickim kliszom.

Tak też jest w przypadku "Truth" – utworu, który bez problemu odnalazłby się na The Epic, i który idealnie balansuje na granicy bycia para-soundtrackiem a jazzowością wypełnioną melodycznymi smaczkami oraz afroamerykańską tradycją spod znaku uduchowionego pacyfizmu What's Going On. Zaczyna dobrze znane piano, pojawia się wibrafon (aż miałem ochotę powtórzyć Hutchersona), jazz-rockowa gitara, tradycyjnie również chór, ale prawdziwe show zaczyna się w okolicach 5:08, kiedy perkusja wskrzeszająca ducha Elvina Jonesa (a czasem Maxa Roacha, ale przecież każdy jazzowy perkusista nawiązuje do Roacha, heh) nieco ożywa i chwilę później wjeżdża danie główne w postaci getzowskiego saxu powoli rozcieńczanego według najlepszych modalnych wzorców (zwróćcie też uwagę na bounce'ujący kontrabas albo wyskakujące na pierwszy plan piano na 10:38) sięgających spirytualizmu późnego Trane'a, po których następuje kolejny wybuch jazz-rocka, dopełnianego przez mindfuck w postaci harmonicznej plątaniny powracającego wibrafonu i piana w okolicach 11:12. Piękny finał.

"Truth" to po raz kolejny idealne pogodzenie jazzowych światów, ambitny wycinek z historii gatunku, nie unikający zerkania w przyszłość, która jawi się jako chóralna, popowa wręcz przystępność, nostalgiczna podróż tak pobudzająca, że przypominam sobie o nieco niedocenianych w ALTERNATYWIE łącznikach tradycji, takich jak choćby Marsalis czy Redman. Z tej 14-minutowej historii można wyciągnąć jeden banalny, ale i doniosły wniosek: dobrze, że to właśnie Kamasi – nieortodoksyjny koleś z otwartą głową (Flying Lotus, Thundercat, Lamar) – jest ambasadorem jazzu w 2017. To dobrze wróży na przyszłość.

Jakub Bugdol    
19 kwietnia 2017
BIEŻĄCE
Playlist Extra: 15 najlepszych utworów Jorge Elbrechta
Presentable Corpse"Don't End Up Alone"