PLAYLIST

Justin Timberlake
"Cry Me A River"

7.5

Kto miał pisać playlista na poniedziałek? I chociaż odrzucali, przesuwali, do końca wetowali, to ja się nie poddaję. I walczę do końca. Aż może wreszcie się uda. Bo ja wierzę w cuda. Tylko że niestety w rezultacie rzeczywiście powędrowałem na szary koniec, na przeklęty dzień sralentynkowy i zamiast opowiadać o wcześniej upatrzonych zgrzytach, mrokach i czadach jestem zmuszony wycofać się w coś miększego, coś barwniejszego, by oddać hołd pewnemu nieistniejącemu świętu, które atakuje nas jednak z każdej strony, tak żeby nie dało się o nim przypadkiem zapomnieć.

Przyszedł mi tu ku pomocy Justin Timberlake (ex-boyfriend Britney, były członek N'Sync, a dziś już solowa postać) ze swoim bardzo pokaźnym jak na jedno długogrające wydawnictwo zbiorem znakomitych hitów. Ze wszystkich radiowych przebojów Justina to "Cry Me A River" zdobyło największy, i co ważniejsze uniwersalny poklask. Starzy fani z wypiekami na twarzy śledzący związek Timberlake'a ze Spears dogłębnie analizowali warstwę tekstową, dopatrując się w dotkliwym rozstaniu ze zdradzającą (z producentami?) chłopca gwiazdą tworzywa dla bolesnego lamentu. Co bardziej wnikliwi wskazywali na teledysk i podejrzane podobieństwo bohaterki obrazu do Britney. Inni, niekoniecznie poruszeni sercowymi losami artysty, zwracali przede wszystkim uwagę na zaraźliwy, dublowany, pociachany motyw przewodni, autentycznie angażujący w miłosną historię subtelny patos melodii, a przede wszystkim dźwiękową wielowymiarowość kompozycji.

Nie będę się spierał o wartość utworu, ocenianego przeze mnie bardzo wysoko, ale "Cry Me A River" najlepszym singlem z Justified? No fucking way. Jeśli JT ma być następcą Jacko na wakującym tronie króla ambitnego popu, to inspiracje soulowym Majkelem lat 80-tych jak w kapitalnych "Like I Love You" czy "Senorita" wydają się bardziej odpowiednim tropem. Podniosłe żale kojarzą mi się raczej z Jacksonem w moralno-anatomiczno-artystycznym rozkładzie, Jacksonem przykutym do skał i wystawionym na przyrodnicze tempete w kretyńskich teledyskach. Aczkolwiek ta granica kiczu nie zostaje tutaj jeszcze przekroczona, pewne subtelności skutecznie rozładowują piętrzący się patos, a drobiazgowa realizacja Timbalanda dowodzi produkcyjnej wirtuozerii. To rewelacyjny numerek. Poza tym: "Cry Me A River lalala". I dalsze słowa są zbędne.

Michał Zagroba    
14 lutego 2004
BIEŻĄCE
Porcys Składak: Four Tet
Four TetNew Energy