PLAYLIST

Juan MacLean
"Here I Am"

8.5

Któż z nas, miłośników dokonań Luomo, nie marzył kiedyś chociaż przez sekundę o tym, żeby skromny blondyn został zatrudniony na pełen etat do produkcji regularnego komercyjnego popu? Z jednej strony niby łatwo to sobie wyobrazić, z drugiej jednak… cholernie trudno. Dlaczego?

Łatwo, bo czysto stylistycznie najbardziej piosenkowe momenty z Vocalcity, Present Lover czy późniejszych albumów typa miały w sobie całkiem sporo potencjału parkietowo-chartsowego, gdyby je sprzedać ładną buźką solistki-celebrytki. Nie wspominając o tym, że Kylie na Body Language w paru indeksach właściwie otarła się o takie rozsadzenie systemu od środka, w epoce kiedy microhouse-pop wydawał się mieć szanse na zostanie "next big thing" w świecie mainstreamu.

Trudno, bo niestety poza tym chlubnym epizodem zachodni wielkobudżetowy pop raczej nie flirtował ze wspomnianą estetyką i po kilku latach dawania nadziei naiwnym… z hukiem skręcił w stronę wielkiego zasranego gówna. Co symptomatyczne w tym roku Ripatti nie dostał wizy do USA i swoje gorzkie żale postanowił ująć w ambientowym, sygnowanym jako Vladislav Delay protest-albumie Visa. Przy tak złym humorze artysty o żadnym popie (tym bardziej komercyjnie zamerykanizowanym) nie ma w ogóle mowy.

Tymczasem John "The Juan" MacLean zawsze pozostawał nieco w cieniu sławniejszych kolegów ze środowiska DFA. Niby krytycy umiarkowanie chwalili jego longplaye Less Than Human i The Future Will Come, a singiel "Happy House" zrobił nawet ćwierć furory w kręgach zblazowanych post-ironistów spod znaku ILM. Mimo to ten "inny łysy gamoń" z tanecznego podziemia NYC (w odróżnieniu od Morgana Geista) nie należy do ikonicznych postaci elektroniki, nie ma na koncie nagrań przełomowych czy stylotwórczych, uosabiając za to etos solidnego i rzetelnego rzemieślnika, na którym zawsze można polegać, aczkolwiek nikt nigdy nie wymaga od niego niczego "ekstra".

Tegoroczny album MacLeana In a Dream, choć (zaryzykuję) najrówniejszy w jego dotychczasowym katalogu, raczej nie zmieni wyżej nakreślonych skojarzeń. Bo wyłączając dość topornego openera zawiera on imponującą porcję owszem znakomicie zrealizowanego, "szóstkowego", nienagannie skrojonego electro-popu w różnych smakach, który wszelako… "nie fruwa". Na szczęście nie fruwa poza indeksem drugim, który chętnie nominowałbym do nagrody house'owego hita roku.

Tu, podobnie zresztą jak w innych numerach, głosu użycza Nancy Whang ("naturalizowana" Chinka z Portland, znana chociażby ze śpiewania i klawiszowania w LCD Soundsystem tudzież goszczenia przy mikrofonie na płycie Classixx), która nie tylko efektownie uwodzi chłodną manierą rozkapryszonej elitystki (artystycznie jest dla MacLeana tym, kim Siciliano dla Herberta), ale i zapodaje hooki ewidentnie kojarzące się z archiwum top 100 Billboardu. Dość powiedzieć, że melodyjka "All I wanna do is talk to you…" imituje słynną wznoszącą linię "Don't think about it, boy leave her alone" Charliego Wilsona w "Signs" Snoopa i Justina.

Utwór nie posiada ani wstępu, ani zakończenia - składa się tylko z rozciągniętego do maksimum "rozwinięcia", wyłonionego w epicentrum dyskotekowego obłędu i wyciszonego po sześciu minutach fazowej ekspozycji. Nie ma "akordów" - oś stanowi mechaniczna, acz giętka partia synth-basu, sprytnie oplatana klawiszowymi tłami. Ciekawe czy MacLean zdaje sobie sprawę, że tak być może brzmiałby wyimaginowany romans Luomo z przysłowiowym "Hollywoodem": modalny "techno-pop", który Kraftwerk wynaleźliby w połowie lat 80-tych, gdyby skusili się na kolabo z jakąś wschodzącą chicagowską divą i skutecznie powściągnęliby jej soulowe zapędy.

Borys Dejnarowicz    
25 grudnia 2014
BIEŻĄCE
Lista przebojów Carpigiani: Notowanie #19
TinasheJoyride