PLAYLIST

Jonny Greenwood
"Convergence"

6.0

Kiedyś, gdzieś (Szkoła Podstawowa nr 3), to zdaje się funkcjonowało coś takiego jak "jesteś inny", co znaczyło tyle co "jesteś gorszy". No cóż, muzyka filmowa jest inna. Przeniesienie inwektywy, choć nie w pełni uprawomocnione, swoje racje jednak ma. Soundtracki w porównaniu do "normalnych" płyt powstają inaczej, co innego mają też na celowniku. Stąd nie mam wielkich wymagań wobec albumów tego typu. Nie miałem w każdym razie, wsuwając po raz pierwszy do odtwarzacza Bodysong Jonny'ego Greenwooda. A jeśli nie Greenwood, to kto?

No i muzyk zaczynający w On A Friday jako "ten od harmonijki" nie zaskoczył. Bo chyba nikogo nie zdziwiło, że wyśnione w umyśle Greenwooda (i zarazem oparte na kadrach z filmu) pejzaże, zrealizowane zostały w wielu odcieniach i przy wysokiej różnorodności dobranych instrumentów. I tak mamy tu na przykład dym saksofonowych improwizacji ("Splitter"), a skoro już bystrze skojarzył się wam "The National Anthem", to wspomnę od razu o "Moon Thrills", ewokującym nieco grozą tegoż. Co prawda to Yorke przybrał internetową ksywę Doctor Tchock; precyzją sprawnego medyka wykazał się jednak właśnie młodszy Greenwood. Niemal każda sekunda ścieżki jest starannie wyreżyserowana, co do milimetra jeśli chodzi o umiejscowienie dźwięków, co do konturu jeśli chodzi o ich kształt. Nawet jeśli mamy do czynienia z freestylowaniem (a oto i słowo zupełnie nie pasujące do raczej poważnego w wymowie albumu), Greenwood starał się ująć wizje swojej wyobraźni w sposób jak najbardziej sprecyzowany. Szczególnie ułatwia mu to niezaprzeczalny tytuł najlepszego aranżera jaki padół ziemski obecnie nosi.

Małą siurpryzą jest pojawiające się na krążku żydowskie (ej a w ogóle to polecam tradycyjny taniec przy klezmerskim bandzie) zawodzenie skrzypiec. Właśnie na tym polega słuchanie Bodysong – na wyłapywaniu smaczków (interesujących mniej lub bardziej) w zawartości utworów i w technice ich ujęcia. Kolejnym przykładem jest dywanowe bębnienie, z pozoru wyjęte prosto z epickiego Mount Eerie (w "Convergence"). A pozór to dlatego, że Philem Elvrumem kierowało nieziemskie natchnienie (z którym pewnie je śniadanie i którego cenne godziny marnuje idąc co parę dni spać); młodszy Greenwood zaś był po prostu ciekawy efektu pomysłu. I jest cool: tu, jak i wśród pozostałych zakamarków krążka. Nie ma ani kompozycji-absolutów, ani podobnych motywów, nie ma tak charakterystycznego gitarzenia. Ale czy miało być? A, no i warto Bodysong obejrzeć, choćby dla głębszego zrozumienia ścieżki dźwiękowej.

(Radiohead zaczęli już prace nad nowym materiałem. Podobno jest nieźle. Yy.)

Jędrzej Michalak    
23 marca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019