PLAYLIST

Jon Hopkins
"Emerald Rush"

5.5

Asekuranctwo Jona Hopkinsa nie tyle boli, co rozczarowuje. W 2013 roku o brytyjskim producencie nie napisaliśmy na Porcys ani słowa. Jednocześnie trójka redakcyjnych kolegów umieściła Immunity gdzieś na końcowych miejscach swoich pierwszych dwudziestek tamtych dwunastu miesięcy. Z perspektywy czasu wygląda to trochę tak, jak gdyby uczynili to wyłącznie z czystej przyzwoitości. Bo choć bezpieczna, to była to płyta wyprodukowana bezbłędnie – fakt, nie podlega żadnej dyskusji. Jak świat długi i szeroki, niewiele można wskazać w ostatnich latach albumów z kręgu szeroko pojętej muzyki elektronicznej, które popełniono z takim namaszczenie i pietyzmem. Sterylność brzmienia i odpowiednio zdywersyfikowana gama nastrojów pogodziła wielu – nawet tych nieskorych do wyściubiania nosa spoza swoich umiłowanych, gitarowych rubieży. Z "Open Eye Signal" uczyniono office ambience Programu III Polskiego Radia po godzinie dwudziestej, jak podpowiadają mi koledzy, a sama postać Hopkinsa w oczach i uszach polskiej publiki nadzwyczaj szybko ulegała procesowi "MODERATyzacji". Ale to był rok 2013. Wtedy IDM słodki jak Oreo jeszcze nie mdlił, a my już prawie dekadę trwaliśmy w zmierzchu tuzów roztańczonego microhouse'u. Tyle tylko, że dzisiaj jesteśmy już pięć lat po wspomnianym Immunity i zdaje się, że sam jeden jedyny Hopkins nie jest świadom upływającego czasu. Granie na sentymentach przerodziło się w samogwałt nad własnym obrazkiem i ciężko dokładnie powiedzieć czy "Emerald Rush" to inteligencka wersja bieda-utworów deadmau5a, a może sprytna próba ponownego wbicia się na populistyczny top. W rolach głównych: Dobry człowiek, Bezpieczna alternatywa oraz Niewykorzystany potencjał. Ja brzmię jak frazes, bo słuchałem komunału.

Witold Tyczka    
20 marca 2018
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019