PLAYLIST
Jefre Cantu-Ledesma

Jefre Cantu-Ledesma
"Love's Refrain"

8.0

O naszej szczerej sympatii do Jefre Cantu-Ledesmy szczególnie przypominać nie musimy. Nie dalej niż rok temu pisząc o poprzednim krążku amerykańskiego artysty, "fassbinderowym A Year With 13 Moons, rozpływałem się nad uzależniającą sennością melancholijnych pasaży mocno stylizowanych na nie-śpiewany "słodkawy pop" klasy B lat osiemdziesiątych i ubolewałem nad faktem, iż gatunkowa transgresja odchodzącego do lamusa glo-fizmu trafiając na żyzny, drone-lightnoise'owy grunt nie potrafiła wytworzyć choć jednego indeksu będącego kompozycją skończoną. Nierwaną, z nieznacznie zaznaczonym intro i outro, gdyż nawet najzgrabniejszy monolityczny koncept-album potrzebuje zintegrowanych z całością cezur. Dziś jednak okazało się, że już nie mam nad czym ronić łez. JCL wspiął się na absolutne wyżyny i popełnił najlepszy utwór – w tej specyficznej konwencji – od dawien dawna.

Na pierwszy rzut oka: nuda. Temat ten sam: odyseje miłosne. Dziewiczy kontakt z warstwą muzyczną: b-sides Endless Summer odkopane jakieś trzydzieści lat później – wow! Prawda: na "Love's Refain" znajdujemy charakterystyczny przesterowany shoegaze'owy wajb rodem z gitarowo-laptopowego opus magnum Christiana Fennesza pogodzony z hipnagogicznym, new-age'owym backgroundem (ktoś na pewno wyczuje vaporową estetykę Internetu 1.0), którego obsesyjnym wyznawcą od zawsze jawił się nam Ledesma. Wszystko to w pełnej zgodzie z naturą: ujmujące pojednanie kontrolowanej kakofonii z (po raz pierwszy w obszernej dyskografii Amerykanina!) wyraźnie słyszalną melodią. Do tego niesamowicie dostrojony balans pomiędzy momentami "naładowań" i "zagęszczeń" (wojna światów na wysokości 2:40), a fragmentami "zneutralizowanymi" (wspomniane cezury z pierwszego akapitu; odrealnione mirażowe loopy). Ten singiel zdecydowanie zdradza potencjał na płytę ważną w kontekście grudniowych podsumowań roku.

Witold Tyczka    
2 sierpnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019