PLAYLIST

Gonga feat. Beth Gibbons
"Black Sabbeth"

6.5

Z pomocą encyklopedii da się dziś połączyć okruchy rozproszonej wiedzy i otworzyć przerażające perspektywy. Hrabia Aleksiej Konstantynowicz Tołstoj, rosyjski mesmerysta-okultysta, napisał opowiadanie Rodzina Wilkołaka prawdopodobnie pod koniec lat trzydziestych XIX wieku. Wypełnia je opis przerażających wydarzeń w głębokiej Serbii, w domostwie starego Gorczy, gdzie zjawia się tajemnicze monstrum. Wurdulak – trochę lykantrop, a trochę wampir, chciwy rodowej krwi. Przypuszczalnie historię zainspirowały fragmenty Relation d'un voyage du Levant francuskiego botanika Josepha Pitton de Tournefort. Przeczy temu jednak notatka samego Tołstoja, który zaznaczył, że tekst stanowi jedynie francuskie tłumaczenie anonimowego dziennika napisanego przez świadka tamtych mrocznych wydarzeń. Hrabia nigdy nie zdecydował się zresztą na publikację Rodziny Wilkołaka. W rosyjskim przekładzie opowiadanie ukazało się dopiero pośmiertnie, w 1884 roku.

Włoski reżyser Mario Bava zapoznał się z tą owianą mgłą tajemnicy historią po upływie stulecia. Stała się ona podstawą jednej z części potrójnej narracji filmu Black Sabbath z 1963 roku. Serba Gorczę zagrał w nim demoniczny Boris Karloff, czyli słynny Frankenstein z lat trzydziestych, który swój nom de scène zaczerpnął prawdopodobnie z noweli The Rider Edgara Rice Burroughsa – płodnego autora pulp fiction, twórcy postaci Tarzana czy Johna Cartera. Kinowy Black Sabbath ukazał się w czasach, w których włoski horror przeżywał właśnie swój złoty i mroczny wiek. Mario Bava należał do wiodących autorów tych udziwnionych wizualnie i fabularnie dryfujących dzieł, lepkich od podprogowego (i nie tylko) erotyzmu oraz czarnej magii. Jego utwory, z których wymienić warto na przykład: Planet Of The Vampires, Bay Of Blood, czy Rabid Dogs, urzekły swego czasu młodego Quentina Tarantino. Trójdzielna konstrukcja Black Sabbath (oryginalnie zresztą I Tre Volti Della Paura) spodobała mu się tak bardzo, że postanowił nawet powielić ją w swoim Pulp Fiction.

Prawdopodobnie w 1969 roku, w jednym z kin Birmingham, Black Sabbath obejrzał także Terence Butler, basista zespołu Earth. Wkrótce grupa zmieniła nazwę na Black Sabbath właśnie, wydała eponimiczny album, który otwierał zresztą utwór tytułowy. Tekst napisał sam Butler po tym jak kilka dni wcześniej doświadczył wizji, w której wpatrywała się w niego stojąca przy łóżku mroczna i czyhająca postać. Butler czytał w tym czasie niezidentyfikowaną do dziś książkę Dennisa Wheatleya – autora szpiegowskich thrillerów i prozy okultystycznej, którego cykl o agencie Gregorym Salluscie pomógł Ianowi Flemingowi wymyślić Jamesa Bonda. Wiele wskazuje na to, że akurat tamtej niespokojnej nocy Butler sięgnął jednak po którąś z czarnoksięskich pozycji w dorobku Wheatleya (może The Devil Rides Out przeniesioną na ekran i pokazywaną w kinach rok wcześniej), stąd też tekst piosenki pełen był odniesień uznawanych w owym czasie za "diabelskie podszepty". Butler twierdził nawet później, że był w tym czasie pochłonięty lekturą szesnastowiecznego traktatu o magii, który pożyczył mu Ozzy Osbourne, ale z wiadomych względów wydaje się to po prostu niewiarygodne. Istnieje alternatywny tekst "Black Sabbath" pisany z szatańskiej perspektywy. Diabeł zresztą, a właściwie diabolus tkwi też w melodii utworu. Rozpoczyna go tryton, który Tony Iommi zasłyszał kiedyś w "Mars. The Bringer Of War" – jednej z siedmiu części suity The Planets Gustava Holsta. Ze względu na piekielne skojarzenia interwał ten w okresie średniowiecza uznawano za dysonans, a jego użycie było zakazane.

Te asocjacje w niczym "Black Sabbath" nie przeszkodziły. Piosenka, jak wiadomo, jest dziś powszechnie znana i coverowana. Vader grał ją kiedyś w dalekiej Japonii, a w teraz swoją wersję przedstawia grupa Gonga z Bristolu. Nie wiem jakim sposobem instrumentalny zazwyczaj sludge-kolektyw namówił do udziału w projekcie bristolską legendę Beth Gibbons, lecz w dowód wdzięczności zaproponowano nawet drobną modyfikację tytułu na niezręcznie-zręczny "Black Sabbeth". Nie bez znaczenia może być przy tym fakt, że bracia Thomas i George Elgie, perkusista i gitarzysta Gonga, grali kiedyś w zespole Crippled Black Phoenix. Występował tam także Geoff Barrow, którego Gibbons poznała w 1991 roku w kolejce w Urzędzie Pracy i z którym założyła następnie słynny Portishead. Sukces tej adaptacji "Black Sabbath" jest właśnie w połowie zasługą SabBeth Gibbons, która nieźle poradziła sobie ze staroświecko-cmentarną paranoją, przywołując zarówno klimat modnego w okolicach metalu retro-rusalstwa (Blood Ceremony, Cauchemar, itd.), jak i egzystencjalnej newrozy, którą artystka kultywuje od lat, przy czym na tle ciężkich gitar brzmi trochę jak Jarboe w kolaboracji z Neurosis. Zdradzający wyraźną inspirację estetyką Electric Wizard klip, będąc kolażem ekscentrycznych italo-fantasmagorii z filmu Bavy, domyka łańcuszek zależności i chyba jest też na drugim miejscu w hierarchii, przed samym zespołem Gonga, który przede wszystkim zorganizował i nie popsuł. Nie dziwi mnie jednak wcale, że choć wszystkie materiały, notki i recenzje omawianego wykonania utrzymano w entuzjastycznym tonie, zawsze pojawia się w nich dwuznaczna sugestia, aby posłuchać też oryginału.

Wawrzyn Kowalski    
30 kwietnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019