PLAYLIST

Gang Gang Dance
"Lotus" / "J-Tree"

8.5  /  8.0

OH SHIT, GANG GANG. Powrót osiadłych na Manhattanie freaków to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły się w tym roku w muzyce. A jeszcze lepsze jest to, że w mojej ocenie GANGUSI są w tak wysokiej formie, że właściwie czekam już tylko na czerwiec, aby dobrać się do Kazuashity – longplaya, który (mam nadzieję) oczaruje mnie swoją kosmiczną potęgą soundu. Skojarzenie wykluło się na kanwie dwóch czynników. Po pierwsze dzięki emanującej płomiennym rubinem okładce płyty, wyglądającej jak fotografia marsjańskiej powierzchni. A po drugie amerykańska formacja, niczym Elon Musk, z każdym kolejnym projektem jest bliżej kosmicznej tajemnicy, tyle że Gang Gang Dance dokonują tego na płaszczyźnie dźwięków.

Oba ujawnione utwory z LP, a więc "Lotus" i "J-Tree", promienieją jakimś trudnym do uchwycenia, utajonym pięknem. Oba są wolne jak ptaki, unikają surowości, oba przemawiają do słuchacza głosem pełnym mglistego zaufania. Co ciekawe, dość wyraźnie słychać tu też wpływ rozmarzonego japońskiego ambient-popu z lat 80., który nie kończy się na nazewnictwie (weźmy na przykład dokonania Mioko Yamaguchi czy Mami Koyamy). I tak "Lotus" rozpoczyna się jak niepewnie stąpający po powierzchni majak, odzyskujący stabilność dopiero dzięki cudnej klawiszowo-basowej oprawie (0:32, swoją drogą słychać, że to nasz przyjaciel Jorge przyglądał się gitarom w tych piosenkach). Następnie z krainy snów przybywa eteryczny głos Lizzi Bougatsos (porównywany trochę na wyrost do wokalu Elizabeth Fraser, ale coś w tym jest) i muzyczna baśń wreszcie ma swoją narratorkę. Wreszcie na wysokości 2:35 pojawia się twist bezpośrednio przywołujący idom Silent Shout (gdyby takie rzeczy pojawiały się na płytach Fever Rey to słuchałbym ich namiętnie). Natomiast to, co dzieje się od 3:02 można pozostawić bez komentarza: to zwyczajne najczystsze helleńskie piękno zaklęte w dźwięku, dla którego w ogóle słucham muzyki.

Z kolei "J-Tree" to w zasadzie druga część tej pięknej historii – nadal z klasą i majestatem, nadal z pogranicza astralnej jawy i snu, nadal nieziemsko. Brzmi to trochę jak swobodny jam zrodzony ze wspólnej, niewysilonej radości grania, bo tyle tu przestrzeni, miejsca i swobody. A jednocześnie panuje wręcz wzorowy porządek – instrumenty i inne zabawki zachowują się jakby uczestniczyły w przyjacielskiej rozmowie po latach i właściwie tak właśnie jest. I nie ma chyba sensu zastanawiać się "co tu jest grane", bo żadna odpowiedź nie wydaje się satysfakcjonująca (dream-pop? post-rock? psych-pop? art-pop?). Myślę, że to po prostu kolejna ewolucja języka stworzonego przy okazji wyśmienitego Eye Contact. Ale to również niezbyt istotne w obliczu szaleństwa od 4:13 – tutaj Gang Gang odlecieli już w rejony, za które kochamy ich chyba najbardziej. Więc można tylko trzymać kciuki, aby cała Kazuashita okazała się równie wyborna jak dwa zwiastujące ją utwory. Bo cóż więcej można chcieć?

Tomasz Skowyra    
15 maja 2018
BIEŻĄCE
Kate NVдля FOR
Vinyl WilliamsOpal