PLAYLIST

Friendly Fires
"Love Like Waves"

8.5

Wreszcie. Aż siedem lat trzeba było czekać na nową muzykę Friendly Fires, czyli gości, którzy sprawili wielką niespodziankę znakomitym sofomorem Pala będącym ich przepustką do popowej Ligi Mistrzów (do tego tematu jeszcze wrócę). Ale wczoraj ten nieznośny hiatus się zakończył, bo oto angielskie trio zaprezentowało w programie Annie Mac swój nowiusieńki singiel i już pierwszy odsłuch nie pozostawia złudzeń, że warto było czekać.

"Love Like Waves" właściwie spełnia moje marzenia o współczesnym popie, którego tak strasznie mi brakuje: to nie tylko niebezpiecznie chwytliwy, zaraźliwy killer o sile rażenia bomby neutronowej, ale wymuskany, skąpany w noszącej znamiona chirurgicznej precyzji warstwie producenckiej song. To już u tych gości jak widać standard: wszystko, co znalazło się na Pali nie było żadnym "wypadkiem przy pracy", tylko konsekwencją w rozwoju tej niepozornej na wysokości fajoskiego debiutu kapelki. Ale pierwszą rzeczą (zaraz po marzycielskiej intonacji tytułu przez Eda Macfarlane'a) jaka uderza w kontakcie z "Love Like Waves" jest splot trzech linii w introdukcji kawałka: z morskiej piany wynurza się słodziutki, przemycający balearyczną błogość wzorek, jego kontrapunktem jest dynamiczny, pocięty, piekielnie chwytliwy synth-bass z prawdopodobnie footworkową proweniencją (ale czuć też aurę Lorenzo Senniego), natomiast trzecim elementem jest ambientowe tło brzmiące jak złoto przemienione w dźwięk. Wszystko przejrzyste, czyściutkie i błyszczące. I tak właśnie zaczyna się singiel.

W zwrotce witamy już oficjalnie Eda i ten jego "bujający w obłokach", czujący więcej i mocniej, intuicyjny wokal. Jest krótka, jakby nie mogła doczekać się spotkania z obezwładniającym hookiem refrenu. Toteż chwilę później znowu jesteśmy w rajskich objęciach chorusa. W zwrotce numer dwa zaczyna się to, na co tak bardzo czekałem: pod powierzchnią przemyka ambientowy pasaż, który na wysokości 1:33 ewoluuje w shoegaze'ową mgiełkę – to są właśnie te detale! Ale kiedy wydaje się, że więcej niespodzianek nie będzie i można się rozejść, pojawia się druga minuta i trzydziesta sekunda, a wraz z nią najbardziej wyśmienity fragment piosenki (którym jest mostek, zresztą już drugi w kawałku): nagle z imprezy na plaży przenosimy się do nieokreślonej, niebiańskiej krainy w której czujemy się wolni i samoświadomi. Rozmarzony falset Eda jak duch przemierza tropikalno-basową wyspę myśli, żeby za moment wpaść w hiperprzestrzeń i wrócić dokładnie w momencie kulminacji imprezy (możecie wyjść z siebie i stanąć obok, ale musicie wiedzieć, skąd wzięła się ta pofalowana, figlująca na całego, synthowa kokardka na wysokości 3:26).

A wracając do Champions League: komentarz DJ-a Carpigiani dotyczący "Love Like Waves" tylko potwierdza, że nadchodzący wielkimi krokami longplay Friendly Fires (bo chyba będzie cały album, co nie?) ma tylko jeden cel: rozkurwić ten nudnawy, skostniały mainstreamowy pop. Skoro kolesie zniknęli na tak długo, to raczej nie tracili czasu, tylko konstruowali swoją wizję perfekcyjnie zrealizowanego, misternego, studyjnego indie-dance-prog-popu, na jaki raczej nie zasługujemy. Dlatego czekam już tylko na oficjalną zapowiedź trzeciego długograja ekipy Macfarlane'a, bo wszystko wskazuje na to, że będziemy mieli do czynienia z dziełkiem wymiatającym dokładnie w porcyscore'owym sektorze. Nie jesteście przekonani? Nie ma sprawy, zerknijcie poniżej, gdzie "embeduję drania dla dramaturgii".

Tomasz Skowyra    
6 kwietnia 2018
BIEŻĄCE
Lista przebojów Carpigiani: Notowanie #19
TinasheJoyride